Fenix Run&Walk spełnia marzenia [ZDJĘCIA]


Opublikowane w sob., 17/01/2015 - 20:37

Mysłowicki Festiwal Spełnionych Marzeń to impreza, która wrosła już w śląski kalendarz biegowy. W tym roku odbywała się już po raz ósmy, tym razem pod nazwą FENIX Run & Walk i w ramach Ligi Festiwalu Biegowego.

Ów mityczny ptak jest symbolem Fundacji Sport i Sztuka Fenix, która organizuje zawody, stąd też jego podobizna tradycyjnie zdobiła statuetki i medale. Te ostatnie w tym roku wielu sportowców rozczarowały. Przyzwyczajeni do pięknych odlewanych medali sprzed roku czy dwóch, kręcili nosami na sklejkowe feniksy, który otrzymali w tym roku. Ale po kolei…

Relacja Kasi Marondel

Na Festiwal Spełnionych Marzeń trafiłam po raz pierwszy dwa lata temu. Niestety, nie było to spotkanie zbyt szczęśliwe, choć po czasie wspominam je z rozbawieniem. Zwłaszcza, że historia zatoczyła koło.

Bieg ma charakter crossowy a jego trasa jest naprawdę wymagająca. 15 km leśnych ścieżek, z licznymi podbiegami i nierównościami terenu skrytymi pod śniegiem (w końcu to styczeń). Dwa lata temu na tej właśnie zdradzieckiej trasie... złamałam kość śródstopia. Żeby było zabawniej, wcale nie na ostrym zbiegu czy wystającym kamieniu, ale na idealnie płaskim, równym i miękkim śniegu. Coś dziwnego w stopie poczułam, ale w błogiej nieświadomości złamania pobiegłam dalej. Dalej oznaczało tutaj jeszcze prawie 11 km do mety. Nie muszę dodawać, że byłam ostatnia…

Chociaż prawie nie bolało, po drodze do domu zahaczyłam o szpital. Na wszelki wypadek. Nie wiem, które z nas było bardziej zdziwione, kiedy lekarz pokazywał mi zdjęcie RTG z malowniczym złamaniem a potem nakładał gips, a ja siedziałam na wózku inwalidzkim z medalem na szyi i butem do biegania w dłoni…

Po roku postanowiłam na trasę wrócić i przełamać strach. Zupełnie jakby kolejne złamanie miało się czaić za drzewem… Wróciłam także w tym roku. I dotarłam do mety z dziwnym bólem nad piętą. Ale o tym za chwilę.

Tegoroczna aura zmieniła zimowe zawody w jesienne, a coroczne apele organizatorów o przydatności kolców na trasie w ostrzeżenia o potężnym błocie. Faktycznie – na mecie wszyscy zgodnie twierdzili, że tak ubłoconych butów czy kijów do nordic walking jeszcze nie mieli. W swoich butach błoto znalazłam nawet wewnątrz. Mimo wszystko – było warto.

– Kocham tą trasę! Jest piekielnie trudna, ale uwielbiam nią biegać i wracam tu co roku! – krzyczał na mecie jeden z biegaczy. I miał sporo racji, bo wśród uczestników Festiwalu spory procent stanowią stali bywalcy. Oni po prostu lubią dać się sponiewierać tej trasie…

Na osłodę organizatorzy przygotowują co roku wspaniałe oznaczenia kilometrowe z hasłami motywującymi do dalszej walki, nieodmiennie wywołującymi uśmiech na zmęczonych twarzach (np. „Hulaj dusza, górki nie ma!”). Chociaż pojawiają się pewne nieścisłości co do ostatecznego kilometrażu trasy, jakoś nikomu to nie przeszkadza. Bo zabawa jest świetna, także podczas posiłku, losowania nagród i dekoracji zwycięzców. I po prostu chce się wracać co roku. Nawet, jeśli czasem zdarzy się kontuzja. Tak moja dzisiejsza, która… wyszła mi na dobre. Bo pomogła trafić na dobrego specjalistę, który odkrył przyczynę kontuzji, także tajemniczego złamania sprzed dwóch lat. Może więc to naprawdę Festiwal Spełnionych Marzeń?

Wyniki imprezy znajdziecie w festiwalowym KALENDARZU IMPREZ. Te biegowe możecie wpisać do tabel Ligi Festiwalu Biegowego w kat. Najlepszy biegacz 5-10-15.

KM

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce