Jak biegać, to w Jedlinie! Światełko w tunelu Ambasadora

Jak biegać, to w Jedlinie! Światełko w tunelu Ambasadora


Czwarty już Wodociągi Półmaraton Górski Jedlina-Zdrój za nami. Biegłem tam dwa lata temu i chyba przesz ten czas zapomniałem, że to naprawdę trudny bieg. No cóż zrobić, zapisałem się – pisze Michał Talaga, Ambasador Festiwalu Biegów.

Muszę przyznać, że wykazałem się dużą determinacją by wystartować w Jedlinie. Nieświadomie dążyłem do "dania sobie po garach". Ale od początku.

Wszedłem na stronę biegu, otworzyłem panel zapisów i zapisałem się. Jakże to proste. W tym przypadku niekoniecznie. Nie czytając uważnie regulaminu– mam z tym zawsze problem – przelałem na konto organizatora wpisowe. Spokojnie więc czekałem za terminem biegu.

Pewnego dnia znajomi mówią, że zostali wylosowani do uczestnictwa w nim. Hmm fajnie. Widocznie sporo ludzi było, tak sobie pomyślałem. Ale targany ciekawością zagłębiłem się w temat. I okazało się, że mnie nie ma na żadnej liście. Okazało się, że odbyło się losowanie uczestników na listę główną i rezerwową i w żadnym z tych przypadków nie zostałem wybrańcem. Cóż, co teraz robić.

Dzwonię do organizatora i w Jedlinie, wyjaśniam swoją pogmatwaną sytuację i dzięki uprzejmości szefostwa Centrum Kultury w Jedlinie udało się mnie wcisnąć na listę. Chylę czoła.

14 maja było pięknym dniem, drugim z taką temperaturą, przypominającym o tym, że mamy o tej porze roku w naszym kraju zwykle wiosnę. Na półotrej godziny przed startem pojawiliśmy się w biurze zawodów, po uprzednim zaparkowaniu auta na łączce - jako pierwsi zresztą. Bo parking się zwyczajnie zakorkował. Zresztą biegacze dobrze sobie z tym poradzili. Zagubionym wolontariuszom od kierowania ruchem przy parkingu głównym uprzejmie dziękowali i radzili sobie sami. Pobliska łąka szybko się zapełniła, potem następna, a także nowo budowany chodnik – prawdopodobnie dostosowany do ruchu pieszego i rowerowego biorąc pod uwagę jego szerokość.

Pakiet nie rozpieszczał ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. Fajnym pomysłem było drzewko w pakiecie – świerk albo jodła jedlińska, przepraszam ale nie pamiętam – już wsadzone jest w ziemię przez przyszłe pokolenie biegaczy. Organizator zapewnił również basen dla tych co przybędą na metę.

Wspaniała energetyzująca rozgrzewka i następnie przemarsz zawodników na linię startu. Parę minut po 10 się zaczęło.

Delikatny zbieg po to by wdrapywać się niekończącym podbiegiem. Jak to w górskich biegach trasa widokowa z momentami. Czyli czasem można ze zmęczenia nie utrzymać. Uwielbiam tę trasę, choć na końcówce różniła się od tej sprzed dwóch lat.

W pewnym momencie rywalizacja nabrała rumieńców, bo na biegaczy spadł rzęsisty deszcze. Przemoczył nas dokumentnie. Ziemia nie nadążyła z przyjmowaniem wody, co spowodowało zapewnienie kolejnych, choć nieplanowanych, atrakcji w postaci licznych ślizgów i błotnych kąpieli.

Przemoknięci, ubłoceni i zmęczeni dotarliśmy do tunelu wydrążonego pod górą zwaną Małym Wołowcem. O ile wiem najdłuższego w Sudetach, bo na ponad 1,5 km. Tam w ciemności, chłodzie i kamlotach – na podłożu kompletnie niestabilnym – pobiegliśmy przed siebie. Teraz już wiem, co to znaczy ujrzeć światełko w tunelu! Tu akurat do niego należało się kierować.

Na koniec odrobina podbiegów, by łąkami raczeni urzekającą panoramą gór zbiec do mety.

Dotarłem po 2 godzinach i chyba 40 minutach. Ponad 23 kilometry. Było warto tak się zmęczyć. Bo gdzie jak nie w Jedlinie.

Na koniec łyk wody z Wałbrzyskich Wodociągów z cytryną, miętą, pomarańczą i truskawką. Tym biegacz może wznosić toast po takiej przygodzie biegowej !

Michał Talaga, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: