Aleksandra Raczyńska: Ruszaj się, bo zardzewiejesz

Aleksandra Raczyńska: Ruszaj się, bo zardzewiejesz


Znajomi nazywają ją „Królową polskiego Nordic Walking”. Ma na swoim koncie mistrzowskie tytuły zdobyte w kraju i za granicą, jest instruktorką i sędzią nordic walking. Chodzi, biega, pływa, morsuje, tańczy, podróżuje… Niedawno zadebiutowała w górskim maratonie i w ultra a już planuje kolejne wyzwania. Nie może usiedzieć w jednym miejscu, jest wulkanem energii i optymizmu. Zapomnieliśmy dodać, że właśnie skończyła… 79 lat!

Kobiet nie pyta się o wiek, ale spróbuję…

Dlaczego? Ja bardzo chętnie się przyznaję do tego, ile mam lat. Skończyłam właśnie 79.

I jest Pani bardzo aktywna fizycznie. Jak wygląda codzienność? Jak często Pani trenuje?

Cztery razy w tygodniu trenuję nordic walking, głównie z grupą, ale staram się co najmniej jeden dzień wygospodarować na trening indywidualny. Poza tym pływam raz w tygodniu. W sezonie morsuję dwa razy w tygodniu. Chcę wrócić do chodzenia na siłownię, bo brakuje mi tego.

Zawsze tak było?

Kiedyś jeździliśmy dużo na rajdy samochodowe, do których się przygotowywałam. Były tam różne sprawnościowe zadania do wykonania, strzelanie… Trochę chodziłam po górach, jeździłam na rowerze. Zawsze coś robiłam, byłam w ruchu, ale nie trenowałam regularnie. Zaczęłam po ukończeniu 75 lat, kiedy poznałam nordic walking.

Jak zaczęła się przygoda z ukochaną formą aktywności?

Wracałam kiedyś z jogi i spotkałam koleżankę, która zaprosiła mnie na spotkanie grupy w Parku Śląskim. Poszłam na jedno z nich i od razu usłyszałam od niej, że dobrze to robię. No, jeśli ktoś mi coś wytłumaczy, to staram się to stosować. Namówili mnie wtedy na start w Biegu Dzika (w Katowicach – red.) w niedzielę. Kupiłam kije i poszłam. Przeszłam 10 km i uzyskałam najlepszy czas z całej naszej grupy. Potem poprawiałam go za każdym startem. To mnie mobilizowało. Skusiłam się na start w mistrzostwach w hillu na Szrenicę. Pomyślałam, że spróbuję, najwyżej się nie uda. Byłam pierwsza w kategorii…

Mocny początek…

Nie lubię robić czegoś od niechcenia. Jeśli się podejmuję, to robię to z ogromną determinacją. Sprawia mi przyjemność chodzenie, ale również spotykanie tylu wspaniałych osób. I lubię to stawanie na podium.

Zdarza się bardzo często. Jaki jest Pani największy sukces?

Oj… jest w czym wybierać. Wszystko było dla mnie bardzo radosne. Chyba Maraton górski Radziechowy, bo wydawał mi się nieosiągalny, zdecydowałam się na start w ostatniej chwili i nie zdążyłam się dobrze przygotować. Walczyłam ze skurczami, ale się nie poddałam. Udało się. To był wielki bodziec, znak, że mogę robić wielkie rzeczy. Po nim zdecydowałam się na start na dystansie 50 km. Małymi krokami robię postępy, pracuję na moją dalszą sprawność fizyczną. Cieszę się dobrym zdrowiem. Trenuję, hartuję organizm morsując…

W jakim wieku zaczęła Pani morsować?

W ubiegłym roku, w styczniu, mając 78 lat. W 1984 roku byłam w sanatorium w Świnoujściu i widziałam ludzi, którzy o świcie wchodzili do lodowatej wody. Wtedy nie dało się kupić kostiumu kąpielowego w grudniu. Całe lata o tym marzyłam… Teraz udało się spełnić marzenie.

I chyba nie tylko to jedno. Ma Pani za sobą debiut biegowy…

No właśnie! Im starsza, tym bardziej dziwne mam pomysły. W listopadzie przebiegłam pierwsze 5 km, niedawno 10 km podczas Półmaratonu Marzanny.

Jest jeszcze taniec, prawda?

A tak, rzeczywiście! Rok temu tańczyłam w konkursie i zajęliśmy jako para ex equo pierwsze miejsce z innymi zawodnikami a ja wygrałam wśród publiczności. W tym roku planuję zatańczyć tango argentyńskie. W dzieciństwie chodziłam do szkoły baletowej, ale nie nadawałam się do tego. Miłość do tańca została, zwłaszcza towarzyskiego i tańców ludowych. Zawsze się w tym widziałam.

Jest coś, czego się Pani boi? Zdarzają się myśli typu: mam tyle lat, to może nie dam rady, nie wypada?

Nie. Nigdy. Po tych wszystkich dokonaniach nie mam takich myśli. Uważam, że powinnam się podjąć wszystkiego, czego pragnę. I jeśli się zaangażuję, to dam radę. Wiem, że wiek troszkę ogranicza moje możliwości. Ale zawsze porównuję się do dużo młodszych od siebie. I często się zdarza, że zawodniczki młodsze ode mnie o 30-40 lat osiągają słabsze wyniki od moich. A ja jeszcze mam plany. Ale pochwalę się, kiedy się uda…

A jakie plany startowe na ten rok?

Puchar Europy, Puchar Polski, maraton i trochę krótszych startów.

A co na to rodzina? Jak reagują, widząc te wszystkie szalone pomysły i wymagające starty?

Chyba trochę ich tym zachwycam (śmiech). Tylko córka zawsze prosi, żebym na siebie uważała i się nie przemęczała. Uważam, jestem od stałą kontrolą lekarską, wyniki mam super pod każdym względem. Nie choruję, nie biorę żadnych leków.

A co by Pani powiedziała wszystkim, którzy siedzą w domu, bo myślą, że w ich wieku nie wypada uprawiać sportu, nie mają odwagi spróbować?

Dlatego chętnie mówię, ile mam lat. Żeby zachęcać innych do wyjścia z domu i jakiejkolwiek aktywności. Powiedziałabym krótko: ruszaj się, bo zardzewiejesz! A kije są do tego idealne. Nikomu nie zaszkodzą a regularne chodzenie poprawia sprawność fizyczną i samopoczucie.

Rozmawiała Katarzyna Marondel


Polecamy również:


Podziel się: