Artur Jabłoński po SuperMaratonie Gór Stołowych: "Czuję się silny, chciałbym iść w stronę gór i ultra"


Opublikowane w wt., 08/07/2014 - 08:43

Artur Jabłoński był jedną z największych niespodzianek tegorocznego Supermaratonu Gór Stołowych. Zawodnik z Warszawy zajął znakomite drugie miejsce, liderując stawce przez znaczną część trasy. Jak wyjaśnia w rozmowie z naszym portalem, zwycięstwo stracił nie tyle w walce z przeciwnikami, co wskutek błędu nawigacyjnego. Pytanie tylko co specjalista od ulicznych biegów na 10 km robi w biegach ultra?

Gdy startujesz w Warszawie można przyjmować zakłady, które miejsce na podium zajmiesz. Po co Ci biegi gdzieś daleko od domu, w górach, po nierównym terenie?

Jest to ciekawa przygoda. Na start w Supermaratonie Gór Stołowych namówił mnie kolega, który wpłynął na moją ambicję (śmiech). W ubiegłym roku po Maratonie Bieszczadzkim, w którym zająłem 2. miejsce, niedowierzał w moje umiejętności. Zresztą przy okazji takich imprez można także połączyć przyjemne z pożytecznym.

Mimo, że Twoje wyniki na 5, 10 km czy w półmaratonie dla wielu osób są nieosiągalne, to na swoim koncie nie masz jeszcze startu w maratonie. Skąd więc pomysł, żeby biegać na dystansach ultramaratońskich, pomijając dystans królewski?

Faktycznie ciężko jest połączyć szybkie bieganie na „dychę” i w ultra. Dystans 50 km zabija szybkość. Jeśli ktoś chce specjalistycznie podejść do 10 km, to takie „specyficzne” dystanse mogą skomplikować przygotowania. Ja jednak może jestem trochę zwariowany. Może do sportu nie podchodzę tak profesjonalnie, jak inni. Ja się bawię bieganiem. Lubię to robić. W górach nie ma takiej monotonii jak na biegach ulicznych.

A co z maratonem?

Cały czas go rozważam. Muszę być jednak dobrze przygotowany. Nie chcę tylko zaliczyć 42,195m. Chciałbym osiągnąć dobry wynik.

Czujesz niedosyt po zajęciu drugiego miejsca w Pasterce?

Czuję, że powinienem wygrać tam z przewagą 20 minut. Niestety zająłem drugie miejsce, za Robertem Faronem (drużynowy Mistrzem Świata weteranów w biegach górskich w kategorii wiekowej – przyp. red.) ale warto pamiętać, że na 35. kilometrze miałem nad nim przewagę ok. 17 minut. Dodatkowo cały czas zwiększałem dystans. Również końcówkę miałem szybszą. Jednak popełniłem błędy i dwa razy się zgubiłem.

Na łące pobiegłem w dół i odbiłem w lewo, aż pod sam las. Na szczęście wróciłem na trasę, ale wciąż byłem pierwszy. Kosztowało mnie to wiele wysiłku. Następnie gdzieś w okolicach punktu odżywczego stali turyści i musieli zasłonić strzałkę, gdzie trzeba skręcić. Taśma sugerowała, że wybrałem dobrą trasą. Była to ładna górska droga, po której czasami jeżdżą samochody. Co prawda nie widziałem żadnej chorągiewki, ale pomyślałem po co mieliby je tu dawać, skoro jest taka piękna i prosta trasa. Dobiegłem do skrzyżowania przy którym stali ludzie. Z daleka myślałem że to punkt odżywczy, a to były osoby rąbiące drewno (śmiech). Zapytałem ich czy to jest trasa biegu. Oni zrobili wielkie oczy, bo byli zdziwieni, że tu się rozgrywają jakieś zawody sportowe. Musiałem więc wracać.

Zobacz Artura podczas biegu w Górach Stołowych >>>

Nie chciałeś tam zostać i rąbać ze złości drewno z tymi ludźmi?

(śmiech) Byłem zrezygnowany i pewny, że jestem już poza pierwszą dziesiątką, a cały trud pójdzie na marne. Okazało się jednak, że jestem drugi. Przy dekoracji Robert mi pogratulował. Również organizatorzy opowiedzieli jak wyglądały moje zmagania. Stojąc na drugim miejscu, czułem wielką dumę. Pewnie moja radość była większa, niż u zwycięzcy.

Był to twój trzeci start w biegach górskich. W tym roku wygrałeś też Bieg Wierchami Beskidu Sądeckiego na 28,5 km. Tam wyprzedziłeś Roberta Farona i Daniela Wosika, znanych biegaczy górskich.

Była to bardzo fajna impreza. Zresztą tam też miałem ciekawą sytuację. Prowadziłem, ale skończyły mi się strzałki i nie wiedziałem gdzie biec. Poczekałem więc na rywali. Po chwili przybiegł Daniel Wosik. Z nim też nie wiedziałem jak biec. Raz skręciliśmy w lewo. Zupełnie niepotrzebnie. Poczekaliśmy na następnych uczestników. Dopiero Robert Faron znał trasę. Ruszyliśmy do schroniska, gdzie był punkt odżywczy. Później już uciekłem kompanom. Na mecie miałem prawie 2 minuty przewagi nad Robertem i 6 minut nad Danielem.

Na zawody Rytrze Robert Faron i Daniel Wosik przyjechali w roli faworytów, a nie wygrali. Szyki pomieszał im „góral nizinny”. Jak przygotowujesz do startów w górach?

Mam trzy tereny, na których trenuję. Są to Łazienki Królewskie tam ćwiczę ze swoimi podopiecznymi. Można tam przećwiczyć podbiegi. W niedziele wybieramy się do Starej Miłosnej i tam zaliczamy dłuższe crossy. Byliśmy też w Falenicy. To jest tak naprawdę wszystko.

W górach byłem dwa razy, ale jeszcze na początku roku. W tym raz na weekend. Kwestia dobrego ułożenia treningu. Wiem, że mógłbym biegać lepiej, gdybym faktycznie trenował w górach. Rozwinął bym wtedy siłę mięśniową. Po SuperMaratonie odczuwam trochę zginacze stawu biodrowego czy prostowniki kolana. Gdybym nawet podbiegał lub podchodził pod góry, to te mięśnie by pracowały. W Warszawie nie mamy takich terenów, żeby usprawniać takie partie.

Jakie są Twoje najbliższe plany startowe?

Miałem odpoczywać, jednak prawdopodobnie wystartuję za dwa tygodnie w Lądku Zdrój w biegu na 42 km. Decyzję podejmę jednak w ostatniej chwili. Czuje się silny i chciałbym iść w stronę biegów górskich i biegów ultra.

Powodzenia zatem!

Rozmawiał Robert Zakrzewski

fot. Facebook Maratonu Gór Stołowych

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce