Knobloch i Kaszuba po Rzeźniku: „Jesteśmy uniwersalni jak..."

Knobloch i Kaszuba po Rzeźniku: „Jesteśmy uniwersalni jak..."


W Bieszczadach zadziwili biegowe środowisko, dobiegając do mety jako druga z ponad pół tysiąca par Biegu Rzeźnika. Wśród czołówki legitymującej się zwycięstwami w biegach górskich, oni mieli na koncie… świetne życiówki w maratonach ulicznych. Do niedawna.

Teraz są triumfatorami jednego z najtrudniejszych górskich biegów i… chcą walczyć o więcej. Ale dopiero po sezonie na ulicy, gdzie powalczą o lepsze życiówki na asfalcie. W tym roku wybiegali niemal identyczne czasy, choć na różnych krańcach kraju. W górach biegają tylko razem, w mieście solo. Mówią, że asfalt i góry się nie wykluczają, ale nierozerwalnie łączą. Tacy są Szymon Knobloch i Paweł Kaszuba, rzeźnicka para idealna.

Jak to się stało, że „z ulicy” trafiliście w góry?

Szymon: Jesteśmy ze Śląska, w góry mamy blisko i mamy takie hobby, że kiedy kończy się sezon maratoński, bo maratony biega się w kwietniu, maju, to robimy sobie jeden bieg górski. Razem się do niego przygotowujemy, to taka fajna współpraca. Jak to mówią: nie jest ważny cel, ale droga. Najfajniejsze są te przygotowania, które możemy robić razem. Wspólne wyjazdy w góry w weekendy, o czwartej nad ranem…

Jakie górskie starty macie na koncie? I jakie sukcesy?

Michał: Nie mam żadnego sukcesu w biegach górskich. Kiedyś biegłem półmaraton górski w Wiśle i się zgubiłem. Byłem gdzieś koło trzeciego miejsca i się pogubiłem, ale to dlatego, że biegłem bez Szymona. W ubiegłym roku biegłem też jakiś bieg trailowy, nie do końca górski. Więc tak właściwie na koncie mamy tylko start w Rzeźniku rok temu. Ale tym razem przygotowaliśmy się dużo lepiej. Co tydzień meldowaliśmy się z Szymonem w Beskidach. Koło jego domu jest też taki fajny kamieniołom i stok narciarski na Śląsku. Zimą jeżdżą tam narciarze a Szymon z Michałem wybiegają sobie interwały pod stok, bo Szymon sobie takie interwały wymyślił i Michał potem przez trzy dni nie potrafi chodzić (śmiech).

No właśnie, rozdzielacie treningi? Jest tak, że dzisiaj trenujecie do maratonu ulicznego a za dwa dni do Biegu Rzeźnika?

Szymon: To jest połączone. Do dobrego biegania w górach dochodzi się przez asfalt. Szybkie bieganie ćwiczy się na asfalcie i nawet najlepsi polscy górale tak robią.

Naprawdę? Często słyszy się opinię, że to dwa różne światy i coś trzeba wybrać. Wielu górali wręcz gardzi biegami ulicznymi i nigdy nie schodzi na asfalt…

Michał: Wszyscy nie mogą być tacy sami. My jesteśmy może troszeczkę wyjątkowi… Lubimy różnorodność, biegamy maratony, biegamy po górach, ale nie biegamy 5 i 10 km, bo uważamy, że nie ma po co męczyć serca i zasuwać na tętnie 190.

Szymon: Tak, poza tym my już jesteśmy tacy szanowni panowie, grubo powyżej czterdziestki, także takie krótkie, szybkie biegi z młodzieżowcami to już nie dla nas. Teraz wydłużamy dystanse. Biegamy maratony i biegi górskie. Musimy to jakoś łączyć. Jesteśmy uniwersalni, jak scyzoryk szwajcarski.

Dlaczego wybraliście akurat Bieg Rzeźnika?

Michał: Podoba mi się formuła tego biegu. Może kiedyś się przekonam do indywidualnego biegania, ale tutaj wolę biec w parze. Jest taka mobilizacja, nie można zawieść partnera. Dla mnie to jest super.

Szymon: Kluczem do sukcesu w tym biegu jest dobranie równych partnerów.

No właśnie, macie niemal równe życiówki…

Michał: Nie, nie! Absolutnie nie mamy równych życiówek. Szymon jest zdecydowanie lepszym maratończykiem ode mnie. Ma życiówkę lepszą o trzy minuty, to przepaść. Zawsze był moim wzorem i cieszę się, że gdzieś mogę się zbliżyć do jego wyników. Ale faktycznie, siłą naszego duetu jest to, że biegamy równo. Te trzy minut różnicy w życiówce po asfalcie w górach nie mają znaczenia. Pół godziny już tak…

Szymon: Poza tym biegamy bez spinki. Przyjeżdżamy tutaj i mówimy sobie, że jeżeli wydarzy się coś złego, niepożądanego, to schodzimy z trasy albo biegniemy wolniej. Nie musimy przecież być na podium, być najlepsi. Przyjechaliśmy tutaj z rodzinami, więc ukończyć bieg w dobrym zdrowiu – to był nasz cel.

To Wasz drugi bieg, rok temu debiutowaliście w górach…

Michał: Rok temu poszło świetnie. Przyjechaliśmy z założeniem, żeby pobiec około 10 godzin. Trasa niespodziewanie uległa zmianie i się wydłużyła. Uzyskaliśmy świetny jak na debiut wynik 9:43 i zajęliśmy 10 miejsce. Byliśmy bardzo szczęśliwi i wracaliśmy z tarczą do Piekar.

A na tegoroczny Bieg Rzeźnika wracaliście z zamiarem walki o podium?

Szymon: Nie ma co ukrywać, że tak. I nie ma co ukrywać, że mamy teraz wyzwanie na przyszły rok, bo zostało nam jedno miejsce do przeskoczenia (śmiech).

Michał: Na mecie przybiliśmy sobie piątkę i powiedzieliśmy sobie, że w sumie fajnie, że zajęliśmy drugie miejsce, bo mamy motywację, żeby wrócić za rok. Ale nawet gdybyśmy wygrali, nie odważyłbym się złożyć takiej deklaracji że za rok już nie startujemy. Bo to fantastyczna impreza, fajnie się tutaj pojawić i pobiegać, powalczyć o dobry wynik. Może kiedyś dane nam będzie wygrać… Ale to nie jest najważniejsze.

Jakie macie poza tym plany startowe?

Michał: No teraz to chyba wystartujemy do knajpy na jakieś piwo (śmiech)

Szymon: A tak naprawdę maratony zaczynają się dopiero na jesień. W górach raczej nic nie będziemy biegać. We Wrocławiu są Mistrzostwa Europy Masters, więc tam wystartujemy.

Bieszczady nie kuszą?

Michał: Może prędzej zimą, bo jesienią mamy zaplanowanych kilka maratonów. Chcemy pobiec u nas Silesia Marathon, Szymon zaplanował też Frankfurt a ja nie zdecydowałem jeszcze czy jesień zakończę Silesią czy jeszcze gdzieś wystartuję.

Szymon: Ale zdecydowanie jesienią wracamy na asfalt.

Cały czas rozmawiamy o bieganiu. Zdradźcie, czym się zajmujecie na co dzień? Bieganie jest dla Was odskocznią po pracy?

Szymon: Jestem w zarządzie firmy konsultingowej, na co dzień jestem menadżerem.

Michał: A ja… zarządzam firmą produkcyjną, czyli też jestem menadżerem. Bieganie to faktycznie nasza odskocznia od siedzenia za biurkiem, od wypełniania codziennych obowiązków w pracy.

Macie jakieś biegowe marzenia albo cele?

Szymon: Ja to generalnie chciałbym przebiec jakaś sławną amerykańską stumilówkę… ale to jak już będę naprawdę dziadkiem (śmiech).

Michał: Zawsze chciałem pobiec maraton w Barcelonie, ale to nie jest jakiś bardzo odległy cel. Może się ziści w 2018 roku. A tak ze sportowych to zbliżyć się do granicy 2:35, bo to już ostatni dzwonek z moją metryką. Jak będzie siła i zdrowie, to jesienią powalczę o taki wynik.

Życzymy zatem powodzenia i trzymamy kciuki!

Rozmawiała Kasia Marondel


Polecamy również:


Podziel się: