Magda Łączak o trasie Biegu 7 Dolin: „Ta sama, ale..."

Magda Łączak o trasie Biegu 7 Dolin: „Ta sama, ale..."


Cztery starty – trzy zwycięstwa. Nie ma tak drugiej utytułowanej uczestniczki w krynickiej setce jak Magdalena Łączak z Salomon Suunto Team Polska. 

Pierwszy raz w Biegu 7 Dolin wystartowała Pani w 2011 roku.

Magdalena Łączak: Tak, to był mój pierwszy start w biegu górskim ultra na 100 km. Wcześniej zanim poważyłam się na taki dystans były rajdy przygodowe i trochę krótszy bieg Rzeźnika. Przygotowania trwały około półtora roku. Wtedy biegów ultra było bardzo mało, żeby nie powiedzieć dramatycznie mało. To m.in. sprawiło, że zaczęłam myśleć właśnie o B7D. Biegały w nim też koleżanki, które znałam z rajdów. Miały już za sobą start w pierwszej edycji rok wcześniej, więc mogłam je popytać jak jest. Z ich relacji B7D wydawał się fajną imprezą. Więc po Biegu Rzeźnika w 2010 roku, uznałam, że jestem w stanie przygotować się także do 100 km. Poza tym jesienią dobrze mi się startuje w biegach ultra.

Wiele czynników złożyło się więc na mój pierwszy start w B7D. I dobrze się złożyło, bo okazało się, że to całkiem fajna impreza.

Mieszka Pani w Mielcu, skąd blisko do Beskidu Sądeckiego…

- Okolice Krynicy i Piwnicznej są mi dobrze znane. Tu często odbywały się właśnie rajdy przygodowe, także cykl Mountain Maratonów zahaczał o Beskid Sądecki. Z Mielca mam dość dobry dojazd, więc całkiem często tu trenuję. Bardzo lubię te okolice. Dlatego trasę B7D znałam bardzo dobrze. Wyznaję zasadę, by dobrze rozpoznać teren, gdzie startuję, zwłaszcza jeśli jest w pobliżu i nie trzeba daleko dojeżdżać. Dlatego spędziłam kilka weekendów w Beskidzie Sądeckim.

Chyba rzeczywiście udało się dobrze poznać trasę. Cztery starty – trzy zwycięstwa.

- No tak raz w 2015 roku musiałam zejść z trasy. Dwa tygodnie przed biegiem skręciłam nogę na progu drzwi, kiedy wychodziłam z domu do pracy. Wydawało mi się, że jestem ulepiona z innej gliny niż reszta biegaczy i dalej trenowałam. Na zawodach około 30 km, już wiedziałam, że nie będę w stanie dalej biec, więc dałam sobie spokój.

Znakomita biegaczka potyka się w progu? Niewiarygodne.

- Właściwie to rzadko się zdarza, by człowiek zrobił sobie krzywdę w trakcie biegu. Większość doznaje kontuzji w prozaicznych sytuacjach, wtedy gdy koncentracja jest po prostu mniejsza. Na trasie dużo mocniej uważam gdzie stawiam stopę niż przy wychodzeniu z domu.

To najgorsze wspomnienie z Biegu 7 Dolin?

- Zdecydowanie, tym bardziej że wtedy chyba byłam w najlepszej formie. Czułam się świetnie przygotowana, wszystkie treningi przebiegały bez problemów. Z tą skręcona nogą pojechałam nawet do Krynicy i łupnęłam ze trzy razy po 30 km. Planowałam, że w związku z urazem po prostu pobiegnę trochę wolniej. Wydawało mi się, że jestem twarda i dam radę. Niestety się przeliczyłam. Może gdybym była trochę mądrzejsza i odpuściła treningi, nie zeszłabym z trasy. A tak trzy dni po skręceniu nogi, oblepiona plastrami do kolana poszłam biegać. To było głupie. U fizjoterapeutki dzień przed startem zobaczyłam w jej oczach, że spisała mnie na straty, choć mówiła co innego. Tak naprawdę nie chciała mi odbierać ostatniej nadziei. Skoro wszystko zostało przygotowane do startu, to trzeba było spróbować. A może zdarzy się cud. Tak jednak nie było.

W pierwszym starcie, w 2011 roku od razu pani wygrała.

- Byłam bardzo wystraszona tym długim dystansem. W głowie miałam przede wszystkim rozłożenie sił, nie miałam w planach wielkiej walki. Pamiętam, że pogoda była dobra, ani gorąco, ani zimno, za to wilgotno. Dzięki temu biegło mi się bardzo dobrze.

Był to dla mnie bardzo emocjonalny bieg. Pamiętam ostatnie 10 km, kiedy zbiegałam z Bacówki. Podczas treningów bardzo polubiłam ten odcinek. A na zawodach miałam tak zmęczone nogi, że okropnie się mordowałam. Strasznie wtedy płakałam, byłam zrozpaczona własną postawą, czyli zbyt wolnym tempem. Mijałam się z rodziną z dwójką dzieci i kołatało mi w głowie, co oni sobie o tym bieganiu pomyślą. Byłam zdesperowana i dopiero jak zobaczyłam tabliczkę ogródki działkowe w Krynicy, kiedy uświadomiłam sobie, że już jestem w mieście, powiedziałam do siebie: „już nie ma co buczeć”. Pięć minut gorszy czas to żadna wielka sprawa, a przecież wygrywam. Wtedy do mnie dotarło, że jestem pierwsza! Wcześniej zupełnie o tym nie myślałam. Poczułam się w końcu zadowolona z tego co zrobiłam.

Przyjechaliśmy wtedy na B7D bez wsparcia na trasie. W regulaminie nie było doprecyzowane, czy mogą być nasi ludzie, by podać napoje lub jedzenie (do dziś nie ma ograniczen w tym zakresie – red.). To dla mnie bardzo ważną kwestia, bo mam wrażliwy żołądek. I nie wszystko mogę jeść lub pić na punktach żywieniowych, więc lubię mieć swoje sprawdzone rzeczy. Wtedy miał do nas dołączyć kolega z koleżanką, by na trasie na mnie czekać. Zepsuł im się samochód i mieli porzucić ten plan. Gdy jednak na odprawie przed biegiem organizator, potwierdził, że taka pomoc nie jest zabroniona, zaczęło się szukanie na gwałtu, rety auta. W końcu udało im się dojechać do Krynicy. Wszystko było na wariackich papierach, ale świetnie się sprawdzili.

Od tych wolniejszych biegaczy można usłyszeć, że B7D to też okazja do towarzyskich pogawędek. Pani chyba woli sama biegać.

- Prawda jest taka, że ja biegam w czołówce stawki, a tam nie ma za bardzo z kim rozmawiać, bo zwykle jestem sama. Na trasie spotykam się z dwiema, trzema osobami. W związku z tym bardzo dawno temu pogodziłam się z samotnością długodystansowca. Na tyle się do tego przyzwyczaiłam, że jest dla mnie właściwie nienaturalne bieganie z kimś. Absolutnie sprawy towarzyskie podczas biegu nie wchodzą dla mnie w grę. Bieg na dystansie ultra może nie jest dla mnie pracą, ale czynnością, do której się długo przygotowywałam i mam jakiś cel. Na dodatek w mój start zaangażowanych jest sporo osób, więc byłoby nieprofesjonalne, gdybym dekoncentrowała się i zajmowała się czymś innym niż bieg. Jestem zadaniowcem, który jak dostaję misję do wykonania, to stara się to zrobić jak najlepiej. Myślę więc o tym, co powinnam zrobić, czy teraz coś zjeść, czy tempo jest dobre.

Czasem podziwiam widoki, ale wchodzenia w rozmowy unikam. Czasem nawet tak mam w aucie, kiedy skupiam się na prowadzeniu, a ktoś mnie zagaduje, to potrafię pomylić drogę. Na szczęście na trasie w dobie nowoczesnych technologii, trudno się zgubić.

Trasa doskonale znana, więc…

- Niby się nie zmieniła, ale paradoksalnie jest łatwiejsza. Jak zaczynaliśmy B7D, to duża część trasy biegła naprawdę ścieżkami polnymi, leśnymi duktami, kocimi łbami. Teraz większość tych dróg została utwardzona, wyrównana. Nie ma już takiego stopnia trudności w samym pokonywaniu trasy. Zastanawiałam się jak to wpłynęło na osiągane czasy i szybkość poruszania się po niej. Dawniej zbieg np. do Wierchomli wymagał bardzo dużych umiejętności technicznych. Jak ktoś umiał dobrze biegać po kamieniach i nierównościach, to przyspieszał. Gdy ktoś sobie nie radził na tym nieprzyjemnym dla stóp terenie, musiał mocno zwolnić i uważać. To było dla prawdziwych kozic. Teraz jest tam piękna droga i leci się tyle, ile ma się sił.

Ma Pani jakieś ulubione fragmenty? Znienawidzone?

- Dla mnie właściwie cała trasa jest ulubiona. Może gdybym mogła coś wyeliminować, to byłby to podbieg stokiem narciarskim, ale dlatego, że po prostu jest mało ciekawe. Z drugiej strony pewnie trudno w okolicy znaleźć takie nachylenie jak na nartostradzie, więc rozumiem ideę. Trasa jest dla mnie ciekawa, fajna i nie wymaga modyfikacji.

Co poza zwycięstwami sprawia pani największa przyjemność w B7D?

- Lubię, gdy zaskakują mnie ludzie. Cenię sobie też dobrą organizację punktów serwisowych, żywienia, tego czego biegacze najbardziej potrzebują na trasie. W B7D jest to dobrze robione. Są też miejsca takie bezkolizyjne, gdzie spokojnie mogą pojawić się kibice. Taki własnie doping mieliśmy od znajomych w 2014 roku. Mieli transparenty i czekali na mnie w Piwnicznej. To szalenie miłe.

W 2013 roku zapomniałam z Piwnicznej zabrać picia. Koleżanka, która miała mnie wspomagać, nie zdążyła dobiec, a ja nie chciałam marnować czasu. Szybko uświadomiłam sobie, że nie mogę biec 15 km bez napojów. Kiedy mijałam sklep, zobaczyłam kilku gości i dźwięk świeżo odkręcanej pepsi. Podbiegłam i z błagalnym wzrokiem poprosiłam o butelkę. Byli chyba w szoku, bo od razu mi ją oddali i nawet nie wiedzieli jak bardzo mnie uratowali. Napiłam się i zostawiłam butelkę na środku drogi, gdyby ktoś taki sam błąd popełnił. To mnie bardzo chwyciło za serce i do ludzi z Piwnicznej mam szczególny sentyment.

Słychać głosy, że wraz z wzrostem liczby startujących obniża się prestiż biegów ultra.

- Choć rzadko jestem radykalna w osądach, to jestem przeciwko tego typu komentarzom. To przecież znak, że społeczeństwo jest zdrowsze, że się usportawia, jeździ w góry. Trzeba dbać o to, by ludzie rozumieli ideę biegania po górach. Zamiast robić po raz kolejny odprawę o trasie biegu, przecież każdy już dawno powinien ją znać, to lepiej uczulmy go dlaczego nie zostawiać śmieci na trasie, nie rzucać papierków po żelach czy skórek po bananach. Ostatnio pracownicy parku opowiadali mi o detalach, które mają ogromne znaczenie dla środowiska. Jeśli np. sarna zje taki plastikowy worek, to może zdechnąć. Trzeba ludziom tłumaczyć, jak i dlaczego należy się tak zachowywać. A, że jest ich dużo na starcie? Przecież to jest cudowne. Zazdrościliśmy Duńczykom, że tylu jeździ na rowerach, Finom, że tylu na nartach, cieszmy się więc, że tyle osób w Polce chce biegać po górach.

Jakie wyzwania stoją przed B7D?

- Impreza ewoluuje i idzie cały czas w dobrym kierunku. Trzeba dbać o to, by zawodnik, nawet ten ostatni zawsze czuł się zaopatrzony, tak samo jak ten pierwszy. Nie może dla żadnego biegacza brakować napojów czy jedzenia. Trzeba zabiegać o niego jak o mistrza. Przecież on biegnie na 100 km, daje z siebie wszystko. Wybór biegów jest ogromny i właśnie teraz na to biegacze zwracają uwagę. Ludzie, którzy pokonają najdłuższy dystans B7D, trochę inaczej patrzą na świat. Zmysły są bardzo wyostrzone i taki biegacz potrzebuje miejsca, by odpocząć, napić się, najeść, wykąpać i wymasować.

Rozmawiał Andrzej Klemba


Polecamy również:


Podziel się: