Olga Łyjak – „Lubię mieć pod górkę”


Przed startami w nowym, prestiżowym cyklu biegów o Puchar Świata Skyrunner Extreme, rozmawiamy z Olgą Łyjak, jedną z naszych czołowych biegaczek górskich, blogerką i dziennikarką biegową, drugą zawodniczką Biegu Granią Tatr i zwyciężczynią Biegu 7 Dolin na dystansie 64 km.

Olga, o Twojej przeprowadzce z Warszawy w Tatry dużo już się mówiło, wiemy jak Ci to ułatwiło trenowanie w ukochanych górach. Ale czy możesz już stwierdzić, jak to się przełożyło na konkretne wyniki sportowe?

Olga Łyjak: Myślę, że minęło jeszcze za mało czasu, a ja ciągle się uczę, jak dobrze trenować w górach. W tej chwili biegam nawet gorzej. Najlepszy mój rok w biegach górskich to 2014, kiedy całą jesień, zimę i wiosnę trenowałam na Mazowszu i tylko przyjeżdżałam w góry od czasu do czasu, a przeprowadziłam się na stałe w czerwcu. Nie jest łatwo trenować, gdy ma się góry pod nosem i chce się ciągle w nich być. Gdy jest się przyzwyczajonym, że biega się codziennie, robi się dużo szybkich treningów, tak jak trenowałam na Mazowszu, to chce się ten styl przenieść w góry. Nie mam tu pod domem płaskiego odcinka. Jeśli mam bieg regeneracyjny, czyli w takiej strefie, jak dla osoby nietrenującej marsz – to nie mam gdzie go zrobić, wszędzie mam pod górkę albo w dół.

Jak mam stromo pod górę, powinnam przejść do marszu, żeby nie wychodzić ze strefy regeneracji, ale tak nie potrafię, każdą górkę chcę podbiegać. W efekcie, odkąd mieszkam w górach – trenuję za mocno i za mało się regeneruję. W zeszłym roku zimą narzuciłam sobie dodatkowo zbyt duży kilometraż – 150 tygodniowo, co skończyło się dla mnie anemią. W tym roku biegałam jesienią i zimą mniej, ale robiłam dużo mocnych jednostek i też się przetrenowałam. Ciągle uczę się, jak odpowiednio trenować i dochodzę do wniosku, że kiedy mam luźny dzień, gdy powinnam zrobić bieg regeneracyjny, najlepiej by było, gdybym w ogóle nie wychodziła z domu. Nawet spacer z Forestem (znakomicie biegający i bardzo towarzyski owczarek niemiecki – przyp. red.) to wdrapywanie się na Butorowy Wierch, a gdy wychodzę do sklepu, z powrotem mam stromo pod górę.

Dodatkowo zima jest bardzo męcząca, jest dużo rzeczy, których nie było w Warszawie, odśnieżanie wokół domu i drogi dojazdowej, wnoszenie drewna na górę kilka razy dziennie – te codzienne czynności muszę traktować jako odrębne jednostki treningowe, bo gdy dokładałam do tego zimą jeszcze siłownię, to było już za dużo. No i oczywiście chciałabym ciągle być w górach, a to też nie sprzyja regeneracji. Mam wrażenie, że mój organizm też jeszcze nie przystosował się do surowego górskiego klimatu. W czym jestem lepsza niż 2 lata temu, to na pewno lepiej radzę sobie w trudnym terenie górskim, jeszcze lepiej zbiegam, mam większe doświadczenie w górach i jestem ogólnie silniejsza, przez co nie łapię kontuzji, które były moim utrapieniem, gdy biegałam głównie po asfalcie. A czy to się przekłada na wyniki sportowe, ciężko powiedzieć.

Cała ta przeprowadzka to wielka przygoda i wyzwanie, nie tylko sportowe, ale i zawodowe, ale ja nie lubię mieć w życiu za łatwo, lubię wyzwania, kocham przygody i lubię mieć pod górkę. (śmiech)

A ze spraw pozasportowych – łatwo Ci było zrezygnować z kariery prawnika w stolicy? Jak radzisz sobie zawodowo na Podhalu?

Skłamałabym, jeśli bym powiedziała, że łatwo było zrezygnować z kariery i przeprowadzić się na Podhale, zwłaszcza, że na wszystko, co osiągnęłam zawodowo i nie tylko - byłam m.in. radną Województwa Mazowieckiego przez 2 kadencje - ciężko pracowałam. W Warszawie prowadziłam wiele procesów gospodarczych i najbardziej bałam się, że przez przeprowadzkę stracę właśnie te sprawy i klientów, dla których je prowadziłam. Opłacało się jednak być odważnym i iść za głosem serca.

Zorganizowałam to tak, że nadal mam biuro w Warszawie razem z moimi znajomymi z aplikacji, podzieliłam się pracą z moim kolegą i część spraw prowadzimy razem, on chodzi do sądu, ja z reguły piszę pisma procesowe. Także pracuję głównie zdalnie dla moich stałych klientów.

Jeżdżę też trochę po Polsce na rozprawy w innych miastach, a że większość spraw mam na południu Polski, to z Kościeliska mam nawet bliżej. Specjalizuję się też w prawie handlowym i prawie internetu, piszę regulaminy i umowy dla start-upów, to jest super praca, bo mogę ją wykonywać siedząc np. na Kanarach.

Miałam też już klika drobnych spraw na Podhalu, ale rynek tutaj jest słaby i bez klientów z Warszawy nie przeżyłabym. Moi klienci wiedzą, co robię pozazawodowo, w końcu musiałam im jakoś wytłumaczyć moją przeprowadzkę, ale pewnie nie spodziewają się, że czasami na pilne maile odpisuje ze szczytu dwutysięcznika. Zauważyłam, że będąc wolnym i robiąc to, co się kocha, lepiej i efektywniej się myśli i pracuje. Dzięki przeprowadzce nauczyłam się też dzielić pracą z innymi i wybierać sprawy, które najbardziej mi się opłacają, dzięki temu mam więcej czasu dla siebie. Bałam się, że stracę, a tak naprawdę tylko zyskałam, choć dużo mniej zarabiam i musiałam zrezygnować z różnych ciekawych propozycji, które wymagały stałej obecności w Warszawie. Ale to był mój świadomy wybór – wybór stylu życia – i niczego nie żałuję.


Polecamy również:


Podziel się: