Paulina Lipska-Mazurek: „Jak się spadło z konia...”


Za dwa tygodnie zawodniczka Warszawianki wystartuje w 16. Cracovia Maratonie. Znów chce być najlepsza Polką w imprezie, ale będzie to trudne zadanie. Paulina długo borykała się z kontuzją, której nabawiła się właśnie w Krakowie.

Rozmowa Roberta Zakrzewskiego

W zeszłym roku w stolicy Małopolski byłaś piąta z wynikiem 2:50:15 i rekordem życiowym. Byłaś najlepszą z Polek w imprezie. Jak idą przygotowania do tegorocznego startu?

Paulina Lipska-Mazurek: Chciałabym obronić tytuł wywalczony przed rokiem. Przygotowania idą w tempie turbo. Na pewno już nie zdążę zrobić „trzydziestki”, bo jest na to za późno, cały czas jednak intensywnie trenuje. Jestem na urlopie wypoczynkowym i ćwiczę nawet dwa razy dziennie. Na starty przygotowujące nie robimy odpoczynku. Maksymalnie koncentruje się na pracy, którą mam do wykonania. Mam nadzieję, że forma pojawi się akurat na maratonie.

Nie obawiasz się powrotu do Krakowa? Ubiegłoroczny maraton kosztował Cie sporo zdrowia.

Paradoksalnie wspominam ten start dobrze, bo to był mój debiut w seniorskim maratonie (w kategorii U23 wynik 3:31:29 z 2012 roku – red.). Poszło mi wspaniale, ale prawie rok walczyłam z kontuzją. Nie mogę powiedzieć, że się do końca się wyleczyłam. Uważam jednak, że jak się spadło z konia, to trzeba na niego wrócić. Rok temu chciałam pobiec 2:45:00. Mam nadzieję, że teraz mi się to uda. Może odczaruję to miasto i będę tam wracać co roku (śmiech)

Pamiętam, że cała sytuacja wyglądała bardzo groźnie. Metę przekroczyłaś ostatkiem sił, z grymasem bólu. Potrzebna była pomoc ratowników...

Faktycznie noga bardzo spuchła. Kontuzji uległ staw skokowy. Sprawa była poważna. Dużo wygrałam po tym biegu, ale też wiele wydałam na leczenie. Bilans wyszedł na zero. Terapia też nie poszła najlepiej. Z tego co wiem od lekarzy, tych niby najlepszych, to bez operacji się nie obędzie. Ja jednak uważam, że to ostateczność i nie zamierzam na razie poddawać się zabiegowi. Oczywiście jest trudno, bo staw jest inny niż był wcześniej, ale staram się dużo ćwiczyć i rehabilitować. Ponieważ pracuję zawodowo w korporacji, to oprócz zwykłych obowiązków i treningu dochodzą mi jeszcze dwie godziny takich zajęć wzmacniających. Trzeba mieć samozaparcie.

W miniony weekend podczas Biegu SGH na dystansie 10 km zajęłaś drugie miejsce z wynikiem 38:25. Jak oceniasz ten bieg pod kątem przygotowań do maratonu?

Biegło mi się dobrze, ale tempo było trochę za szybkie. W Poznaniu biegłam półmaraton (siódme miejsce z wynikiem 1:26:28 -red) ale to był drugi zakres. Teraz chciałam wejść na trzeci zakres. Łatwo nie było, bo rano miałam trening – tempo i podbiegi. Ruszyłam za szybko i mnie poskładało ok. 8. kilometra. Kiedy koleżanka zaczęła przyspieszać, to już na trasie mogłam jej pogratulować zwycięstwa. Uważam jednak, że jest coraz lepiej i przygotowania idą w dobrą stronę. Mam nadzieję, że zdążę do maratonu.

No właśnie. Do maratonu niespełna dwa tygodnie. Co jeszcze w tym czasie zamierzasz zrobić?

Miałam jechać do Spały, ale zostałam w egzotycznej Warszawie. Tu przygotowujemy się z trenerem Jakubowskim. Pobiegnę jeszcze na 10 km podczas ORLEN Warsaw Marathon. Dopiero po świętach zaczniemy trochę stopować. Przynajmniej mam taką nadzieję (śmiech)

W tym roku święta Wielkiej Nocy wypadają tydzień przed OWM i dwa tygodnie przed Cracovia Maratonem. Maratończycy chyba będą mieli problem z utrzymaniem reżimu żywieniowego.

Faktycznie. To wygląda tak - w niedzielę tydzień przed maratonem robi się mocny trening i wchodzi się na dietę białkową. Teoretycznie można więc zjeść z rodziną jajeczko, pobiegać popołudniu i od kolacji zacząć. Już w poniedziałek jest się na diecie. Ja stosuję taką dietę. Nie wiem, czy organizm tak samo dobrze radził by sobie bez niej. W Krakowie nie miałam żadnej ściany. Zjadłam tyle żeli, co dwóch biegaczy, bo jestem wysoko energetyczną zawodniczką, dlatego sądzę, że lepiej jest wdrożyć dietę niż tego nie robić. Ja na szczęście mam jeszcze tydzień jedzenia przed sobą. Po świętach jeszcze mogę objadać się ciastkami. Kiedy kilometraż wzrasta powyżej 20 dziennie, to jem więcej niż mąż (śmiech).

Powodzenia w Krakowie!

Dziękuje bardzo. Trzymajcie kciuki!

Rozmawiał Robert Zakrzewski


Polecamy również:


Podziel się: