Ryszard Kałaczyński ma już kolejne wielkie plany. "Może jakiś nowy rekord świata?"


W minioną sobotę do niewielkiej miejscowości Witunia zjechały się tłumy biegaczy, dziennikarzy i kibiców. Wszyscy chcieli wesprzeć Ryszarda Kałaczyńskiego w ostatnim z jego 366 maratonów, które pokonał w 366 dni. Przez ten czas rzadko bywał sam. Każdego dnia wspierali go biegacze, którzy towarzyszyli mu na całym dystansie lub tylko jednej pętli. Dla 70 z nich bicie rekordu w Wituni stało się okazją do maratońskiego debiutu. Inni debiutowali na dystansie 4 km, bo tyle wynosiła jedna pętla po której biegał Ryszard Kałaczyński.

Dla naszego bohatera to był intensywny rok. Zapytaliśmy go jak go przetrwał, co zrobił pierwszego dnia bez biegania i dlaczego będzie doskonalił technikę... pływania.

Jak spędził pan poniedziałek? Miał Pan w końcu okazję odpocząć...

Ryszard Kałaczyński: Odpocząć?! A w życiu! Od 7:00 rano jestem na nogach i cały dzień mam coś do zrobienia. Jest 18:00, a ja dopiero mogłem na chwilę usiąść. Jeszcze porządkuję sprawy po projekcie, a przecież jest gospodarstwo. Kosić trzeba, a kombajn się zepsuł. Koniec relaksu, teraz trzeba się brać do roboty.

Biegał Pan dzisiaj?

Nie. Najpierw muszę pomyśleć o żniwach. Myślę, że może za tydzień zrobię jakąś przebieżkę. Na razie niech te stawy i mięśnie dojdą do siebie. To jest czas na regenerację mikrourazów. Ostatnie tygodnie z upałami trochę mnie zmęczyły, a ostatnie dni to był ogromny deficyt snu. Muszę wypocząć.

Gdy zaczynał Pan projekt 366 maratonów w 366 dni spodziewał się Pan, że właśnie tak będzie to wyglądało?

Mniej więcej. No i właściwie było tak, jak sobie wyobrażałem, chociaż nie brakowało też momentów, których nie mógłbym sobie wyobrazić. Na przykład zakończenie całego projektu było czymś, czego nie potrafiłbym wymyślić. Nie spodziewałem się również, że to będzie tak duża sprawa.

Przez rok czasu nieprzerwanie był Pan otoczony ludźmi. Przez cały czas, coś się działo. Czy to było inspirujące, czy wręcz przeciwnie?

Ludzie są różni. Niektórzy byli niezwykle pozytywni. Zdarzali się i tacy, którzy mieli depresyjny nastrój, a bywają przecież i toksyczni. Wszystkimi trzeba się było zająć i ich ugościć, ale to nie ludzie, a sprawy organizacyjne były największym wyzwaniem. Na czas medale, na czas koszulki. Trzeba myśleć o wielu drobnostkach np. o ogrzewaniu, żeby ktoś miał ciepło, jak przyjedzie. No i żeby było bezpiecznie, bo przecież przyjeżdżali ludzie na różnym poziomie biegowym.

A o sobie też Pan myślał? Były jakieś chwile zwątpienia?

Właściwie to nie. Były takie maratony, które robiłem mniej chętnie. Gdy padał deszcz, bolały mnie mięśnie czy ścięgna, to oczywiście nie tryskałem entuzjazmem, ale to raczej normalne. Po maratonie w Poznaniu, który był dosyć szybki, miałem taki moment osłabienia fizycznego. Natomiast dużego zniechęcenia nie było. Głowa zawsze chciała biegać.

Co Pan najbardziej zapamięta z tego projektu? Co się okazało pozytywnym aspektem?

Zaskoczyło mnie, że tak dużo kobiet zaczęło uprawiać sport. Nie wiedziałem, że aż tyle kobiet biega. Niektóre przyjeżdżały zrobić pętlę lub dwie. Inne robiły pełny maraton. To bardzo pozytywny aspekt. Podobnie jak fakt, że mój projekt stał się debiutem maratońskim dla tylu osób. Więcej, z Kanady przyjechał do Wituni biegacz, który zrobił ze mną pełny maraton! Mówił że ten projekt zmienił jego życie. Zainspirował go i dodał siły do walki we własnych sprawach. Nie wypytałem o szczegóły, ale jest mi bardzo miło, że moje bieganie, mogło komuś pomóc.

Spędzał Pan codziennie ok. 5 godzin w biegu. Do tego dochodziły obowiązki organizacyjne. Jak to wszystko odbiło się na Pana gospodarstwie?

Gospodarstwo zniosło to wszystko nadspodziewanie dobrze. Gorzej poradziło sobie z samą koniunkturą. Zmniejszyłem liczebność macior z 20 do 11. Z taką liczbą zwierząt radziłem sobie bez problemu. Michał (knur, któremu Ryszard Kałaczyński na prośbę koleżanki darował życie – red.) ma się dobrze. Jest cały i zdrowy.

Jak już jesteśmy przy trzodzie. Na początku projektu ogłosił Pan, że jeśli ktoś wytrwa przez te 366 dni w trzeźwości, może wygrać dwa prosiaki. Udało się komuś?

Jeszcze nie wiem. Czekam na potwierdzenie i cały czas mam nadzieję, że ktoś tego dokonał. Wiem, że to było trudne wyzwanie, może nawet trudniejsze od samego biegania.

Nie miał Pan ochoty kontynuować tych maratonów?

W trakcie biegu pojawiały się takie propozycje, że może by tak dociągnąć do 500 maratonów, ale nie byłem zainteresowany. Fizycznie dałbym radę, ale przecież wszystko ma swój początek i koniec. Ten projekt też. Pora pomyśleć o nowych wyzwaniach, natomiast same maratony będą kontynuowane. Co roku 15 sierpnia będzie się odbywał w Wituni maraton. Za rok będzie 367 Maraton w Wituni.

Proszę zdradzić nam szczegóły tych nowych wyzwań...

Jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Na razie przede mną praca radnego. Jeszcze w sierpniu będzie pierwsza powakacyjna sesja. Jednak jakieś tam plany mam. Najpierw wybiorę się na Mistrzostwa Polski w biegu 24-godzinnym, potem mam na oku 6-dniowy bieg na Węgrzech, a z tych większych planów to powiem tylko, że muszę poprawić technikę pływania

Pływania? Czyżby triatlon?

Tak mi chodzi po głowie, żeby zrobić kilka Ironmanów dzień po dniu. Może jakiś nowy rekord świata?

Gratulujemy i trzymamy kciuki za następne przedsięwzięcia!

Rozmawiała Ilona Berezowska

fot. Archiwum Ryszarda Kałaczyńskiego

Polecamy również:


Podziel się: