Bardzo długi bieg


Autor:Mishka Shubaly

WydawnictwoGalaktyka

Rok wydania: 2014

 

Chcesz wiedzieć, co się dzieje, gdy trzydziestoletni alkoholik bez kondycji, za to ze skłonnością do narkotyków, zasmakuje w bieganiu? Przeczytaj tę książkę.

W "Bardzo długim biegu" Mishka Shubaly soczystym, dosadnym językiem opisuje swoje przegrane młodzieńcze lata. „Alkohol – pisze – jest uniwersalnym usprawiedliwieniem: jeśli go nadużywasz, zaczynasz sobie nim tłumaczyć każdy problem”. A problemów miał Shubaly niemało: wstręt do samego siebie, skłonność do autodestrukcji i pogarda dla trzeźwości (która kojarzyła mu się tylko z prześladującymi go lękami, udręką i nieznośną nudą).

Gdy autor przypadkiem odkrywa, że bieganie pozwala ujarzmić demony skuteczniej niż burbon z górnej półki, stopniowo odwraca się od dotychczasowego życia i staje się kimś, kim nigdy być nie chciał: biegaczem... I to w dodatku biegaczem ultra. Jeśli bieganie potraktować jako substytut uzależnień, to według niego jest to „najokropniejszy, najbardziej nieznośny i najmniej ekscytujący spośród wszystkich nałogów”.

Shubaly zachwyca pod wieloma względami: w jego rozbrajających metaforach picie alkoholu jawi się jako prawdziwa, choć nieodwzajemniona miłość; głębia autoanalizy może rywalizować z dokonaniami Thoreau, a barwność relacji nawet prozaicznym sprawom nadaje wysublimowany sens. Co więcej, Shubaly jest do bólu uparty, a zarazem zdolny do zmian. Jest nihilistą, ale poszukującym. Chodząca sprzeczność, dla której warto spędzić czas nad tą książką.

Paul Diamond


Z nałogu... w nałóg

Mishka Shubaly w swojej książce „Bardzo długi bieg” opisuje drogę od pierwszych drinków wypitych w młodości z kuzynem, przez alkoholizm, narkomanię aż po rozpoczęcie przygody z bieganiem na dystansach ultra. Książkę cechuje spory.... ekshibicjonizm.

Trzeba przyznać, że autor sprawnie opisuje alkoholowe libacje. Oprócz bardzo realistycznych fragmentów, pojawia się tu też wiele plastycznych metafor oraz brutalności związanej z cugiem nałogu. Przede wszystkim to jednak historia człowieka, który chciał odbić się od dna. Ucieczkę od problemów znalazł w bieganiu. Poznaje nowych znajomych, jeździ na zawody, odwiedza miejsca w które nigdy by nie dotarł.

„Byłem jedną nogą w łajnie a drugą w grobie, z twarzą rozpłaszczoną na barowym blacie i środkowymi placami obu rąk wystawionymi w górę”.

Najlepszym prezentem dla Shubalyego na 18. urodziny było sześć czterolitrowych butelek wina, które mógł sobie kupić i do których mówił - „moje pieszczoszki”. Zresztą bohater sam nie uznawał się za wyrafinowanego alkoholika, chodzącego z małpką lub popijanym gustownie drinkiem. Jak pisze - „Ja byłem alkoholem”. Do tego stopnia, że wytatuował sobie na klatce piersiowej... pijanego kruka z butelką wetkniętą w dziób.

Momentami strony tak ociekają alkoholem, kodeiną i vicodinem, że można zastawiać się, czy aby na pewno książka, którą trzymamy w rękach, w naszej domowej bibliotece, powinna stać wśród pozycji sportowych. Czy może bliżej „Pod mocnym aniołem” Jerzego Pilcha.

W końcu jednak, po latach pijaństwa, brania środków przeciwbólowych, kokainy, przychodzi moment otrzeźwienia. W 2009 roku, w wieku 32 lat, autor książki przestaje pić. Sam detoks jest trudny. Wszystko jednak dzieje się jakby wbrew słowom piosenki, którą napisał trzy lata wcześniej: „Nie przestanę do końca choćbym zmarł, będę wciągał grube kreski wódki, kokainowe ciasto będę żarł”.

W drugim miesiącu abstynencji nasz bohater po raz pierwszy biegnie 8 km. Robi to następnego dnia po bójce w barze, w którym jest menedżerem. Stwierdza jednak, że to zbyt krótki dystans i szykuje się na półmaraton Staten Island. Biega też po rozstaniu z dziewczyną, która wspierała go przy pierwszych startach.

„(..) kiedy byłem zły, zdołowany albo sfrustrowany wychodziłem biegać. To oznaczało, że zacząłem spędzać w biegu mnóstwo czasu.”

Wszystko to jednak jest wydaje się być ciekawą historią człowieka, który porzucił jeden nałóg na rzecz drugiego i wciąż przed czymś ucieka. Oczywiście nie można stawiać znaku równości między upojeniem alkoholowym a uprawianiem sportu, jednak sam autor tak pisze o swojej przemianie.

„Zdaję sobie sprawę, że bieganie ultra nie różni się od nadużywania narkotyków czy alkoholu. Kiedyś szalałem przez całą noc, padałem o świcie i spałem jak zabity. Teraz wstaję o świcie, biegam jak szalony i noc przesypiam jak zabity. Moje dziewczyny nie pojmują co jest fascynującego w bieganiu na długie dystanse – podobnie jak kiedyś nie rozumiały alkoholowych maratonów. Tak jak dawniej zdarza mi się chodzić dziwnym krokiem. A jeśli traktujesz swój organizm jako pole do pseudonaukowych eksperymentów czy to w postaci ultrabiegania czy ultra picia większą część życia przesypiasz a nie małą z tego co zostaje – cierpisz.”

Książka ma zaledwie 94 strony i można ją pochłonąć za jednym zamachem, np. w drodze do pracy. Opisuje historię człowieka uzależnionego od narkotyków i alkoholu, który odnalazł się w bieganiu, ale niesie z sobą uniwersalne przesłanie. „Bardzo długi bieg” nie daje też recepty jak odmienić życie, ale daje do myślenia.

Robert Zakrzewski

Tekst promujący: 
Chcesz wiedzieć, co się dzieje, gdy trzydziestoletni alkoholik bez kondycji, za to ze skłonnością do narkotyków, zasmakuje w bieganiu? Przeczytaj tę książkę.
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce