Adrian Surków i jego Bieg 7 Dolin na 100 km. „Ludzie, góry, no i koszulka finiszera…”


Opublikowane w wt., 14/01/2020 - 10:06

- Kiedy doleciałem do Krynicy i biegłem wzdłuż ulic, czułem niesamowitą radość i wewnętrzną ekscytację, że kończę ten bieg z niezapomnianymi wspomnieniami. Na deptaku krzyczałem i dziękowałem kibicom, że przyszli mnie wspierać. Miałem łzy w oczach i czułem się bardzo wyjątkowo – podkreśla Adrian Surków.

To była pana debiut w Festiwalu Biegowym w Krynicy?

Adrian Surków: - To był nie tylko mój pierwszy start na Festiwalu, ale w ogóle pierwsza wizyta w tym rejonie Polski. Od dawna słyszałem o Biegu 7 Dolin. Sama nazwa brzmiała dla mnie magicznie, urzekła mnie tajemniczością, potencjalnym pięknem gór i dolin. Impreza przyciągała mnie od kiedy się o niej dowiedziałem, czyli jakieś trzy lata temu, ale nie byłem gotowy, żeby podjąć wyzwanie, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ale na początku 2019 roku, ostatecznie przekonała mnie żona, która również biega. Trafiliśmy na promocję przy zapisach i tak we wrześniu 2019 roku znalazłem się na starcie. Nie ukrywam, że bardzo atrakcyjna cena udziału w zawodach również była zachętą.

Skąd pomysł, by wybrać ten dystans? To chyba pierwszy w przygodzie z bieganiem górskim 100 km?

To nie był mój pierwszy start na dystansie 100 km. Dwa razy wcześniej podejmowałem się tego wyzwania, ale nigdy w górach. Pomysł na najdłuższy dystans był dla mnie zupełnie oczywisty. Chciałem zobaczyć całą trasę i przebiec Bieg 7 Dolin, a tylko ten dystans mi to zapewniał. Jeżeli ktoś zachęca do pierwszej setki w Krynicy, to ja również się pod tym podpisuję, chociaż trzeba pamiętać, że to są góry i to czuć.

Jak wyglądały przygotowania? To był jakiś specjalny plan?

Moje przygotowania do Krynicy to przede wszystkim dużo długich i wolnych wybiegań. Przy takim dystansie liczy się wytrzymałość, a także plan żywieniowy w trakcie zawodów. Specjalnego programu nie przygotowałem pod Krynicę, ale z perspektywy wiem, że za mało czasu spędziłem na bieganiu w górę i w dół. Dla amatora takiego jak ja, trenującego na nizinach, złapanie odpowiedniego poziomu do biegania w górach wymaga jednak więcej aktywności, takich jak treningi ogólnorozwojowe, wzmacnianie pleców czy brzucha. Bieg 7 Dolin solidnie wypunktował moje braki w przygotowaniu.

Jak przebiegała pańska walka z trasą?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym napisać esej. Najtrudniejszy był krótki sen przed startem o godz. 2 w nocy. Czułem adrenalinę i ekscytację przedbiegową, ale jak przed takim biegiem śpi się 4 godziny, to musi wyjść w trakcie brak mocy. Wiedziałem, że to może być duży problem, dlatego zostawiłem sobie puszki energetyka na przepakach. Po 10. kilometrze byliśmy już w górach i wtedy, odurzony endorfinami i inną naturalną chemią organizmu spojrzałem w niebo, które przez kilka chwil było zupełnie czyste. Mnóstwo gwiazd, góry i biegniemy. Było mistycznie i to był definitywnie jeden z najbardziej przyjemnych momentów.

Rzeczywistość szybko ściągnęła mnie na ziemię, kiedy na jednym ze zbiegów zahaczyłem o korzeń i wyłożyłem się jak długi. To był pierwszy upadek „Janusza ultra” i nie ostatni tego dnia. Zbiłem sobie dość mocno prawe udo i kolano, ale nie na tyle, żeby nie kontynuować. Nie patrzyłem więcej w niebo, może w ciągu dnia podczas mozolnego niekończącego się podejścia, ale to inna historia.

Do 36. kilometra, czyli pierwszego przepaku w Rytrze biegło mi się bardzo dobrze. Na punkcie spotkałem żonę, która za chwilę miała startować na dystansie 64 km. Trasy się pokrywają i umówiliśmy się, że będzie mnie ścigać, a ja mam uciekać... Takie tam, głupawe małżeńskie zabawy. Po wyjściu z punktu i rozpoczęciu podejścia wiedziałem, że najłatwiejsze już za mną. 14 kilometrów niemal ciągle w górę z finiszem na Radziejowej, gdzie po drodze co prawda było kilka urzekających oko i duszę miejsc, ale fizycznie zaczynały się ciężkie chwile. Starałem się spokojnie, ale dynamicznie zaliczać podejścia, na płaskich odcinkach żwawo truchtać a przy zbiegach przyciskać mocniej.

Eliaszówka i zbieg do Piwnicznej były świetne, miałem wzrost wydajności chociaż zaczynało mi się chcieć spać. Przed punktem w Piwnicznej jest strzeżony przejazd kolejowy, który oczywiście akurat był zamknięty, bo przejeżdżał pociąg. To uczucie, kiedy widzisz punkt żywieniowy po 65 kilometrach biegu w górach i musisz czekać aż PKP przejedzie, a dwóch sokistów stoi na przejeździe… Takie atrakcje tylko na B7D. W końcu doczekaliśmy się otwarcia przejazdu. Na punkcie szybko zmieniłem koszulkę, uzupełniłem flaski, zjadłem coś i pobiegłem dalej. Obsługa i wyposażenie punktu najwyższa klasa. Było wszystko, włącznie z jakimś ciepłym posiłkiem - pełen luksus.

 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

#b7s

Post udostępniony przez pedro (@adrian.surkow)

Przechodząc mostkiem nad Popradem usłyszałem wołanie żony. Cofnąłem się i zapytałem, czy czekać, odpowiedziała, że to obojętne, bo i tak mnie wyprzedzi. Poleciałem dalej, ale energii starczyło może na 2-3 kilometry, kiedy przypomniałem sobie, że zapomniałem z punktu zabrać energetyka. Wpadłem w potężny dołek psychiczny i fizyczny. Od 67. do 82. kilometra było mi bardzo, bardzo ciężko. Człapałem, a powieki mi opadały, byłem wściekły, że nie wziąłem napoju ze sobą i zastanawiałem się, co zrobić.

Na jednym z podejść usiadłem na schodach, które były przy drodze, bo czułem, że czas odpocząć. Usiadłem, zamknąłem oczy, by nagle poczuć, że ktoś mnie szturcha i pyta czy wszystko ok. Przysnąłem na kilka minut, ale dobrze, bo energia wróciła. Wróciła na przynajmniej kilkanaście minut. Zmęczenie ponad 11–godzinną wycieczką górską i przebytym dystansem ponad 75 kilometrów zaowocowało tym, że podejście pod Wierchomlę było arcytrudnym dla mnie wyzwaniem. Na trasie było mnóstwo ludzi, dystanse się mieszały, co chwile ktoś zagadywał albo ja kogoś zagadywałem. Niesamowity klimat, ale zmęczenie narastało. Z jednej strony było niesamowicie fajnie, bo bieg, bo góry, bo ludzie, bo widoki, bo, bo, bo... ale z drugiej byłem bardzo zmęczony. Nie czułem bólu fizycznego jako tako, mięśniowo było dobrze, urazy też nie doskwierały, ale był najzwyczajniej w świecie zmęczony.

Chyba w okolicy 87. kilometra był ostatni punkt odżywczy. Najadłem się bananami, ziemniakami i nie pamiętam czym jeszcze, opiłem herbaty, wody i innych napojów. Wychodząc z tego punktu znowu usłyszałem nawoływanie żony. Po raz kolejny mnie dogoniła, tym razem poczekałem na nią i na ostatnie 12-13 km wyruszyliśmy razem. Kryzys minął, najpewniej za sprawą partnerki, która też już czuła trudy 50 kilometrowej wycieczki, ale w bardzo dobrych nastrojach ruszyliśmy w stronę mety.

Zbieg z Runka w kierunku Krynicy wspominam wyśmienicie. Żona uciekła do przodu, ale nie martwiłem się, wiedziałem, że jest lepsza ode mnie i będzie szybciej na mecie. Ja zagadywałem ludzi i rozkręcałem tempo, by w pewnym momencie w okolicach 93. kilometra biec w okolicach 4:30. Chemia organizmu i gigantyczna chęć ukończenia biegu napędzały mnie do mety. Wyprzedzałem i byłem wyprzedzany, ale było naprawdę fajnie. Kiedy doleciałem do Krynicy i biegłem wzdłuż ulic, kierowany przez obsługę czułem niesamowitą radość i wewnętrzną ekscytację, że kończę ten bieg w zdrowiu i z niezapomnianymi wspomnieniami. Na deptaku w Krynicy krzyczałem i dziękowałem kibicom, że przyszli mnie wspierać, miałem łzy w oczach i czułem się bardzo wyjątkowo. Skończyłem zawody z planem minimum, ale i tak bardzo, bardzo dobrze wspominam ten bieg.

Jak ocenia pan organizację imprezy?

Organizacja była na najwyższym światowym poziomie. Wszystko dopięte na ostatni guzik, idealne oznaczenia, jeżeli chodzi o miasteczko zawodów. Pakiet startowy bardzo bogaty w stosunku do jego ceny. Najfajniejsze są koszulki finiszera, bo startowe koszulki to nie to samo. Na punktach wszystko było idealnie ogarnięte. Wyposażone wyśmienicie, jedno czego mi osobiście brakowało to kawy. Uwielbiam kawę, na każdym punkcie pytałem o nią i dopiero na ostatnim była. Niestety, trochę słaba i z cukrem, ale zawsze coś. Atmosfera wielkiej biegowej imprezy porywała wszystkich, było genialnie.

Festiwal Biegowy czymś pana zaskoczył?

Rozmachem i rozmiarem. Pierwszy raz w życiu byłem na takiej imprezie i, mówiąc szczerze, nie spodziewałem się tak wielkiego przedsięwzięcia. Festiwal jest wielką imprezą i definitywnie warto tam być.

Wróci pan we wrześniu 2020? Jeśli tak, to z jakiego powodu? I na jaki dystans?

Bardzo chciałbym wrócić do Krynicy i, jeżeli się uda w 2020 roku, to tylko na 100 km. Mam tam pewne niewyjaśnione sprawy do załatwienia. Nie wiem co prawda, czy będzie to możliwe już teraz we wrześniu, ale na pewno będę w przyszłości chciał jeszcze wrócić do Krynicy i przebiec Bieg 7 Dolin.

Jak się biega w górach? Z historii pańskich startów wynika, że do tych gór powoli pan się przekonuje…

Przygodę z górami dopiero zaczynam. Jak dla mnie jest zupełnie inne od tego czego doświadczałem w biegach ulicznych czy w przełajowych. Uwielbiam góry ze względu na ich majestat, pogodę, widoki i nieprzewidywalność, a łącząc je z bieganiem otrzymuję mieszankę, która jest dla mnie celem w codziennym życiu. Na pewno chcę zwiedzać góry biegając, jeździć w różne miejsca w Polsce, Europie i, jak wszystko się dobrze ułoży, to na świecie. Zbiegać w doliny, wdrapywać się na szczyty i zachwycać się pięknem górskich krajobrazów. Polubiłem to i tak chcę spędzać wolny czas.

AK


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce