Bieg 7 Dolin 100 km do trzech razy sztuka. "Pobiegłam pod prąd"


Upubliczniłam swoją zeszłoroczną porażkę w Biegu 7 Dolin i mam za swoje. Wszyscy trzymali kciuki, życzyli mi powodzenia, dostałam mnóstwo ciepłych słów wsparcia, a ja nawet do Rytra nie dobiegłam. Co tym razem zmalowałam? Ano zgubiłam się. I jakoś nie jestem tym faktem bardzo zaskoczona. Bo niestety, nie pierwszy to raz. I śmiem twierdzić, że nie ostatni, póki nie szarpnę się na jakiś porządny zegarek.

Przyjechałam do Krynicy, by ponownie zmierzyć się z dystansem Biegu 7 Dolin na 100 km. To był raczej pretekst niż cel. Bo celem, jak zwykle, jest pobieganie w pięknych okolicznościach przyrody, dla samej przyjemności biegania. Decyzję o starcie podjęłam tydzień przed biegiem, gdy upewniłam się, że będzie piękna pogoda. Ale mimo to znalazł się transport z Warszawy. I nocleg w Domu Zdrojowym, przy samym biurze zawodów. Właściwie, musiałam przez nie przejść, żeby wyjść z hotelu na deptak. Panowie ochroniarze, zdziwili się widząc biegaczkę w biurze zawodów, w sobotę, o 2:55 nad ranem – A co pani tu robi? – Jak to co? Jak tu mieszkam! Aaa, jak tak, to proszę – zreflektowali się i otworzyli mi drzwi.

Byłam średnio wyspana i nie wypiłam kawy. Na szczęście było ciemno i nikogo znajomego nie widziałam, kogo mogłabym przestraszyć swoją, nie-piłam-jeszcze-kawy miną. Gdy doczłapałam się na Jaworzynę, biegacze rozwlekli się i biegłam sama. Pocieszałam się, że gdy nadejdzie świt, przy pierwszym konkretnym zbiegu, zacznę doganiać innych. Bo póki co, było jeszcze dość ciemno i niebo dopiero różowiało na wschodzie.

Gdy zrobiło się jasno, zdałam sobie sprawę, że jakoś przegapiłam wschód. Ten piękny wschód nad siedmioma dolinami, który mnie tak zachwycił. Zastanawiałam się, czy to dlatego, że może jestem już dużo dalej niż rok temu o tej porze? A może, wręcz przeciwnie?

Minęłam jakieś schronisko, którego zupełnie nie pamiętałam. Trochę zdziwiła mnie zafoliowana kartka z nazwą „Bieg 7 Dolin”, przypięta do drzewa od drugiej strony, jakbym biegła pod prąd. Minęłam jakąś parę turystów. Brawo, brawo! – krzyknęli. Czy to trasa Biegu 7 Dolin? – upewniłam się. Tak, tak, gratulacje – przytaknęli.

Zaczął się długi zbieg szutrówką, którego też nie pamiętałam. No i wciąż nie widziałam innych biegaczy, mimo że, było już jasno i ja cięłam w dół. Czy ja jestem tak cienka, że już biegnę na samym końcu? Bo przecież biegnę trasą. Bo przecież widzę taśmy „Bieg 7 Dolin” na drzewach.

W końcu znalazłam się w jakiejś wiosce. Z wyciągami narciarskimi. W tym momencie byłam już na sto procent przekonana, że coś jest nie tak. Zatrzymałam nadjeżdżający, terenowy łazik z grupą robotników. – Czy to jest trasa Biegu 7 Dolin?  – Tak, ale oni trochę później przybiegną. I będą biegli w drugą stronę. Jak to? – spytałam przerażona. No tak! Stąd biegną do Runka. Masz mapę? Jesteś tutaj, kierowca pokazał mi palcem Szczawnik, miejscowość, skąd zaczyna się Runek Run, czyli bieg na dystansie 17 km – ostatnich siedemnastu kilometrów z mojej zaplanowanej stówy. Ale jak to się stało? – poczułam jak łzy mi napływają do oczu. – Pewnie w Runku źle skręciłaś. Pobiegłaś w lewo zamiast w prawo.

Gdzie panowie jadą? Podwieziecie mnie do Runka? – spytałam.

- Do samego Runka nie, ale kawałek cię zawieziemy – odpowiedzieli.

Wcisnęłam się na tylne siedzenie starego klekota i pomknęliśmy w górę, tą nieszczęsną szutrówką, którą zbiegłam. Minęliśmy tajemnicze schronisko, które okazało się być Bacówką nad Wierchomlą, czyli ostatni punkt odżywczy na trasie, który ja minęłam na samym początku biegu. Dogoniliśmy jakiegoś quada i stanęliśmy. - Daj kurtkę – krzyknął kierowca łazika do kolesia na quadzie. – Pojedziesz moim samochodem, a ja zawiozę panią do Runka.

Ubrałam kurtkę, bo już szczękałam zębami, wgramoliłam się na tył quada w mojej króciutkiej spódniczusi biegowej i ruszyliśmy wąską ścieżką po kamieniach, korzeniach, dziurach i krzakach. Nie doceniałam quadów. To naprawdę bardzo pożyteczny pojazd w takich okolicznościach.

Nie powiem, przejażdżka górskim szklakiem była bardzo przyjemna, że nawet zapomniałam o łzach i złości. Niestety było już pozamiatane. Z Runka miałam 6,5 km do Hali Łabowskiej, a było już sporo po siódmej. Mój wybawca oferował mi przejażdżkę quadem do Jaworzyny, żebym mogła zjechać gondolką do Krynicy. Nie ma mowy! Zaczyna się piękna, słoneczna, wrześniowa sobota i nie zamierzam jej, tym razem, spędzać w hotelu, albo na deptaku!

Podziękowałam i pobiegłam do Schroniska na Hali Łabowskiej. Była ósma. Punkt był zwinięty, nie było śladu po macie pomiarowej. Została tylko niewielka tacka z bananami i rodzynkami. I to był koniec mojego wyścigu.

Cóż było robić? Była piękna pogoda: słońce i wiatr, więc niezbyt gorąco. Z hali rozciągał się piękny widok. Góry wręcz zapraszały do biegania. Zjadłam jajecznicę, potem ułożyłam się w trawie, na słońcu, przed schroniskiem i podrzemałam dobrą godzinę. Wróciłam do schroniska na szarlotkę i kawę. Całkiem wypoczęta, zafundowałam sobie pięciokilometrowy zbieg szutrówką do Doliny Potaszni. Wróciłam na Halę Łabowską żółtym szlakiem. I pobiegłam z powrotem, czerwonym szlakiem do Runka. Bez pośpiechu, podziwiając widoki.

Tam już finiszowali biegacze ze wszystkich dystansów. Stałam na rozwidleniu, zachodząc w głowę, jak to się stało, że pobiegłam pod prąd? Nie miałam pojęcia. Pewnie zmyliły mnie taśmy rozwieszone na drzewach, a to był punkt, gdzie trasa się zapętlała. No niestety! Nie odrobiłam zadania domowego. Nie przeanalizowałam porządnie trasy. Miałam się trzymać czerwonego szlaku, a odbiłam na niebieski, którym miałam biec za 10 godzin, ale w przeciwnym kierunku.

Nie chciałam już biec z innymi. Skręciłam w czerwony szklak, w kierunku Jaworzyny. Chciałam ją jeszcze raz zobaczyć w świetle dziennym. Warto było – ze szczytu rozciągał się przepiękny widok. Może kiedyś przyjadę tu zimą, na deskę. Zbiegłam stokiem narciarskim do dolnej stacji. Bardzo przyjemny, dwuipółkilometrowy zbieg, całkiem stromym zboczem. Potem zielonym szlakiem pobiegłam do przełęczy Krzyżowej i znów dołączyłam do biegaczy. Nie byłam zmęczona i fantastycznie się zbiegało. Fajnie byłoby w ten sposób i o tej godzinie (jeszcze nie było osiemnastej) kończyć setkę. W Krynicy musiałam się jednak odłączyć. Numerek i czip miałam już schowany w plecaku. Poza tym, to byłby szczyt buractwa, wbiec w takiej sytuacji na metę.

I znów bez medalu! Choć tym razem, z pięćdziesięcioma siedmioma kilometrami w nogach, pełna wrażeń i porządnie zmęczona. Przyjechałam do Krynicy pobiegać po górach i pobiegałam. Wprawdzie obiecałam walkę, krew, pot i łzy, a wyszła przejażdżka quadem, jajecznica w schronisku i drzemka w słońcu. Niemniej, co by nie mówić o moim pechu, czy nieogarnięciu, to był bardzo przyjemy i dobrze wykorzystany dzień.

A Bieg 7 Dolin, nie zając, za rok będzie kolejny Festiwal Biegowy. Do trzech razy sztuka.

Beata Brzezowska

 

Polecamy również:


Podziel się: