Brubeck Iron Run: „Ostateczne złojenie tyłka” i etap przyjaźni na Jaworzynie


Opublikowane w ndz., 09/09/2018 - 16:29

Bieg na Jaworzynę to przedostatni etap morderczego wyścigu, na jaki porwali się uczestnicy konkurencji Iron Run. Chociaż mają już w nogach między innymi 64 km górskiego ultra, dwa nocne biegi i uliczny maraton, który ukończyli zaledwie kilka godzin wcześniej, muszą pokonać stromy podbieg na Jaworzynę Krynicką. Trasa mierzy zaledwie 2,5 kilometra, ale przewyższenie wynosi 470 metrów. Tutaj nie ma litości. Jaworzyna to trochę taki gwóźdź do trumny, jak żartują sami biegacze.

Liderzy konkurencji na starcie stanęli z różnicą niecałych 4 minut. Teoretycznie była ona do odrobienia. Panowie postanowili jednak odpuścić ściganie się. Na metę wpadli razem, trzymając się za ręce.

- Pierwszy kilometr biegliśmy rywalizując. Artur prowadził, ja za nim, ale przy wylocie czarnego szlaku doszedłem go i wpadłem na pomysł, że skończymy razem, bo obaj jesteśmy zwycięzcami – wyjaśnił Radosław Ślaski. Artur Jendrych dodał:

- Myślę, że gdybyśmy rywalizowali i tak skończyłoby się podobnie. Jaworzyna na koniec to takie dobicie i bardzo duże wyzwanie, zwłaszcza dla słabszych biegaczy. Nogi są zmęczone i jest to kosmiczny wysiłek. Ale dobrze, że tak jest. Gdyby tego biegu nie było w formule Iron Run, to czegoś by brakowało.

Wśród pań zaskoczeń nie było. Pierwszą z żelaznych kobiet na mecie okazała się Aneta Ściuba, liderka konkurencji. Nie wyglądała na zmęczoną: - To chyba dobre przygotowanie. Tak naprawdę trenuję mniej niż trzy lata, ale bardzo często, codziennie. To kwestia treningu – wyjaśniła z uśmiechem. – Bieg na Jaworzynę to ten rys, który dodaje Iron Run charakteru. Takie ostateczne złojenie tyłka. Ja sama nie podbiegałam mocno, miałam spokojną głowę i nie było już sensu walczyć. Ale chłopaki jeszcze mieli o co i oni się mocno ścigali. Na takim biegu wszystko może się zdarzyć.

I zdarzało się. Na mecie były łzy wzruszenia, wojownicze okrzyki i serdeczne uściski od przyjaciół i kibiców, którzy za swoimi bliskimi przyjechali nawet na Jaworzynę. To tak naprawdę koniec, bo teraz zawodników czeka już tylko 1 km, który zwykle jest pokonywany wspólnie i spokojnym tempem. Jaworzyna była więc ostatnim wyzwaniem, stąd desperacja, by ją zdobyć była naprawdę wielka. Do tego stopnia, że skłaniała do nietypowych rozwiązań. Dawid Wilk wbiegł na górę… w dwóch różnych butach:

- Po biegu na dystansie 64 km mam tak zmasakrowaną prawą nogę, że nie zmieściła się do żadnego buta z ostrym bieżnikiem. Dlatego postanowiłem wziąć najszersze buty, jakie mam. A właściwie jeden, żeby chociaż jedna noga trzymała się dobrze nawierzchni – wyjaśniał Dawid Wilk. – Myślałem, że to będzie taka Czantoria, ale ta góra jest chyba o tysiąc metrów wyższa niż Czantoria – żartował. – Na pewno ten bieg był dla mnie trudniejszy niż Eliminator.

KM

Partner tytularny konkurencji:

Partner konkurencji:

Polecamy również:


Podziel się: