Co tworzy klimat Festiwalu? Ludzie, doping, organizacja


Biegacze niezależnie od umiejętności podkreślają, że finisz na deptaku w Krynicy przy dopingu kibiców to niezapomniane chwile.

Adam Długosz, pierwszy zwycięzca Biegu 7 Dolin: - Osobiście do tego biegu podchodzę już trochę sentymentalnie. Nikt i nic nie zabierze mi wspomnień wspaniałego dopingu kibiców na trasie, rozmów i wymiany doświadczeń z rywalami-kolegami z trasy.

Radosław Ślaski, zwycięzca Iron Runa z 2016 roku podkreśla, że dzięki kibicom potrafi wykrzesać dodatkowe siły. -W konkurencjach rozgrywanych na ulicach Krynicy bardzo pomagał doping. Sprawiał, że biegłem tak szybko jak nigdy wcześniej – zapewnia.

Półmaratończyk Adrian Graczyk. – W Krynicy jeszcze daleko przed metą można liczyć na zachętę ze stron kibiców czy turystów. To dodaje skrzydeł.

- To w Krynicy są biegacze startujący w innych konkurencjach, kuracjusze i turyści. Każdy daje coś z siebie – przekonuje Maria Kawiorska

Magda Łączak, trzykrotna zwyciężczyni B7D: - Na trasie są miejsca takie bezkolizyjne, gdzie spokojnie mogą pojawić się kibice. Taki właśnie doping mieliśmy od znajomych w 2014 roku. Mieli transparenty i czekali na mnie w Piwnicznej. To szalenie miłe.

Beata Majcher ma na koncie wszystkie starty w Życiowej Dziesiątce. W 2017 roku też pobiegnie, ale w innych biegach nie weźmie udziału, bo…. – Ktoś musi też dopingować resztę znajomych. Doskonale wiem, co może zdziałać, kiedy słyszy się znajomy głos wołający moje imię – zaznacza. – Dlatego sama staje przy trasie biegu lub mecie i kibicuję. Dla mnie to się bardzo liczy.

Zawodnicy biegów ultra zaznaczają, że bardzo dobrym pomysłem, była wspólna meta na deptaku na wszystkich dystansach. Wcześniej biegacze na 34 km, 64 km i 100 km startowali razem i finiszowali w różnych miejscach. Teraz po drodze dołączają do tych, którzy startuj ą na królewskim dystansie. Często razem wpadają na metę.

- Bardzo dobrym ruchem była wspólna meta dla wszystkich dystansów Biegu 7 Dolin. Wszyscy zawodnicy zasługują na przywitanie przez kibiców na deptaku krynickim – mówi Maciej Więcekktóry startował we wszystkich edycjach Biegu 7 Dolin i wciąż mu się to nie nudzi. - Najprzyjemniej oczywiście jest na mecie. Zawsze się cieszę, że dobiegam. W Krynicy sprawia mi to szczególną satysfakcję ze względu na kibiców, na fajny klimat. Udział w Festiwalu zawsze mnie dopinguje, by jeszcze o coś w tym moim bieganiu powalczyć.

Paweł Jachym, kolejny biegacz, który ma w nogach wszystkie edycje B7D potwierdza słowa Więcka: - Bardzo mi się podoba, że wszyscy, niezależnie od pokonanego dystansu, finiszują na deptaku w Krynicy. Widać, że organizatorzy reagują na uwagi zawodników. Było przecież tak, że start był wspólny, ale część kończyła w Rytrze, a część w Piwnicznej. To dużo lepszy pomysł, by wszyscy mogli być witani przez kibiców na mecie w Krynicy.

Biegacze podkreślają także bardzo dobrą współpracę wolontariuszy. - Na punktach serwisowych jest wszystko czego biegacz potrzebuje. Nie tylko chodzi o żywność i napoje, ale także ciepłe słowo, doping czy informacja, gdzie dalej biec. Na trasie też są wolontariusze, którzy bębnią, piszczą na piszczałkach i zagrzewają – powiedział Maciej Więcek. - To święto biegowe z prawdziwego zdarzenia. Mnóstwo biegów, mnóstwo kibiców, świetna oprawa, także medialna.

Niektórych ujmuje ludzka bezinteresowność. - W 2013 roku zapomniałam z Piwnicznej zabrać picia. Szybko uświadomiłam sobie, że nie mogę biec 15 km bez napojów. Kiedy mijałam sklep, zobaczyłam kilku gości i dźwięk świeżo odkręcanej pepsi – opowiada Magda Łączak. - Podbiegłam i z błagalnym wzrokiem poprosiłam o butelkę. Byli chyba w szoku, bo od razu mi ją oddali i nawet nie wiedzieli jak bardzo mnie uratowali. Napiłam się i zostawiłam butelkę na środku drogi, gdyby ktoś taki sam błąd popełnił. To mnie bardzo chwyciło za serce i do ludzi z Piwnicznej mam szczególny sentyment.

Festiwal Biegowy w Krynicy to też doskonała okazja do spotkań ze znajomymi biegaczami lub do zawarcia nowych znajomości

- Są takie momenty już za połową dystansu w okolicach Wierchomli, gdzie ludzie stają się bardziej wylewni. Jesteśmy wtedy już tak samo mocno zmęczeni i zaczynamy się wspierać. Padają ciepłe słowa i toczą rozmowy o życiu, dzieciach, rodzinie czy pracy – wspomina Paweł Jachym. - Drugi taki etap jest po wyjściu z Bacówki nad Wierchomlą. Wtedy w zasadzie ludzie już wiedzą, że dotrą do mety i zmieszczą się w limicie. Udziela im się euforia.

- Iron Run to przede wszystkim rywalizacja z dystansem nie z rywalami. Zawarłem kilka znajomości, które odświeżyłem podczas Orlen Warsaw Maraton, a teraz jest to też jeden z powodów powrotu do Krynicy – dodaje Radosław Ślaski.

ak


Polecamy również:


Podziel się: