Czy Bieg 7 Dolin jest trudniejszy od Brubeck Iron Run?


To pytanie nurtuje mnie od 2 lat. W czasie siódmego i ósmego krynickiego Festiwalu Biegowego w 2016 i 2017 roku pobiegłem Iron Runa. Kiedy na trasie ultramaratonu 64 mijałem lub byłem mijany przez zawodników z B7D, zastanawiałem się, który dystans byłby dla mnie trudniejszy, a raczej które zawody. W związku z tym, oraz z faktem, że jak dla mnie, na Ironie jest za dużo asfaltu, w 2018 postanowiłem przebiec setkę i odpowiedzieć sobie na to pytanie...

Sobota 8 września. Bieg 7 Dolin 100 km z Krynicy przez Jaworzynę Krynicką, Runek, Halę Łabowską, Rytro, Przehybę, Radziejową, Wielki Rogacz, Eliaszówkę, Piwniczną Zdrój, Łomnicę Zdrój, Wierchomlę Wielką i Małą, Jaworzynkę, Szczawnik, Bacówkę nad Wierchomlą i ponownie Runek znowu na deptak w Krynicy.

Miał być dzień konia, był dzień słonia. Myślałem, że jestem mocniejszy, a może to 3 tygodnie przerwy z powodu urazu, rozcięcia skóry na kolanie na Pozor 24h 12 sierpnia, założonych szwów, zakażenia, zdejmowanych szwów... wystawiły fakturę...

Wstaję o 2 w nocy. Schodzę do kuchni w hotelu, robię sobie kawę, Pani z recepcji przynosi mi kanapki z lodówki. Myję zęby, toaleta, ubieram się, smaruję gdzie trzeba. Jeszcze raz sprawdzam zaopatrzenie plecaka biegowego i worków na przepaki. Wychodzę z hotelu o 2.40, oddaję przepaki na ciężarówki i rozgrzewam się. Nie raz już zdarzyło mi się zacząć jak idiota bez rozgrzewki i potem zapłaciłem frycowe.

Porządnie się rozciągam i kiedy kończę i truchtam do linii startu dosłownie tuż przed 3 w nocy, widzę, że jestem na szarym końcu. Nie podoba mi się to, bo dosyć dobrze podbiegam, znam pierwszą część trasy, dlatego po starcie wykorzystuję pierwsze półtora kilometra asfaltu, żeby wyprzedzić jak najwięcej osób. Podejście i zbieg w kierunku Czarnego Potoku nie robią na mnie zbytniego wrażenia, oczywiście jest ciemno, trzeba uważać, żeby się nie wyrżnąć, ale staram się przede wszystkim unikać zatorów i korków i... kijków innych biegaczy. Pamiętam jak na 3xŚnieżka na początku zawodów dostałem kijkiem w udo, kulałem do końca dystansu...

Stawka powoli się rozciąga chociaż praktycznie aż do Rytra będą momenty, kiedy biegnę w tłumie. Co mi nie przeszkadza zbytnio, raczej nie wdaję się w rozmowy. Zaczyna się podejście pod Jaworzynę Krynicką, idę mocno, wiem, że nie stać nie na podbieganie kiedy przede mną prawie 100 km. Chociaż często trenuję na tej trasie właśnie podbiegi, i to nartostradą, więc z dużo większym przewyższeniem. Ktoś mnie mija, kogoś ja mijam. Ot jak to na biegu.

Po 1 godzinie na trasie mam za sobą dokładnie 8 km. Nie jest źle. Jeszcze trochę dokładam i hop, jest i Jaworzyna, zbiegamy w kierunku Runka, odcinek trasy, który nazywam "fałdowaniem", trochę w górę, trochę w dół. Po dwóch godzinach czyli o 5 rano mam 16 km na liczniku. Czyli ciągle dobrze. Widzę znajomą koszulkę: to grupa biegowa z Piotrkowa Trybunalskiego Fud Sport Team. Często spotykamy się na trasach Leśnika, Zamieci, BUTa. Przybijam piątkę z Kamilem, wspominamy ubiegłorocznego BUTa, pytam o resztę ekipy, Agnieszkę, Rafała - lecą 64 km dzisiaj - odpowiada. A to ich na pewno nie złapiemy - mówię - za wcześnie przed nami wylecą z Rytra... Napieramy kilka kilometrów razem.

Coraz więcej zbiegania od Runka w kierunku Hali Łabowskiej, do której docieram o świcie, zaczyna się juz przecierać na horyzoncie. Po biegu sprawdzam międzyczas: dokładnie 2 godziny i 35 minut zajął mi ten pierwszy odcinek trasy. Na liczniku ok. 21 km, jestem na 222 pozycji, i to by było na tyle jeśli chodzi o dobre wiadomości tego dnia...  

Chociaż, tak sobie myślę czy nie przesadzam... Mam 2 ręce, mam 2 nogi, mogę biegać, to czy ukończę w iks czy igrek godzin nie ma większego znaczenia dla wszechświata...

Na punkcie odżywczym na Hali Łabowskiej nie jestem w stanie niczego zjeść. Wywraca mi żołądek na widok frykasów, jakie tam przygotowano. Tankuję herbatę do bidona, łykam trochę żurawiny, macham Kamilowi, który coś tam zajada i lecę dalej. Już wiem, że za mocno zacząłem. Wg planu na 13h na mecie, ale już na zbiegu do Rytra czuję, że nogi odmawiają współpracy. Jest kilka fajnych wypłaszczeń, żałuję, że nie mogę pobiec szybciej niż 4 i pół - 5 minut na kilometr...

Kolejny zbieg, tym razem dosyć trudny, jest mokro, dużo błota, stromo. Bolą czwórki, czuję łydki, a najgorsze pachwiny. Jakbym przez poprzedni miesiąc uprawiał rodeo... To jakaś katastrofa, nie mogę podnieść nóg, tuptam jakbym mial gips na kolanach. Nadciąga widmo kryzysu, ale jeszcze nie pękam, o nie. Leśno-górskie wilki nie pękają. W odróżnieniu od tych ogrodowo-asfaltowych oczywiście. Na szczęście na wypłaszczeniu, ok. 30. kilometra spotykam Krzyśka z Poznania, który holuje mnie kilka kilometrów od mostu w Rytrze do hotelu Perła Południa gdzie jest przepak.

Dobiegam do przepaka w Rytrze, obok hotelu Perła Południa. To 36. kilometr. Wiem, ze jestem na trasie od ok. 4 i pół godziny, po biegu sprawdzę dokładnie: 4h35', jestem na 241 miejscu. Zdejmuję kompletnie przepoconą podkoszulkę i bluzę, zakładam świeżą koszulkę maratonu Leśnik, moją ulubioną. Jem kilka pomarańczy, to będzie mój cały posiłek do końca, do mety: wchodzą tylko pomarańcze, jakiś dramat. Tankuję wodę i izo do bidona, smaruję to, co się tam zdążyło zatrzeć...

Wyruszam na trasę. Biegałem już kilka razy ten odcinek od Rytra do Piwnicznej, 2 pełne ultramaratony 64 km podczas Iron Runów w 2016 i 2017, do tego wiele treningów na tej trasie samemu, prywatnie, właściwie w każdej porze roku. Po 2 kilometrach spokojnego podbiegu drogą szutrową zaczyna się ostry skos prawie do samej Przehyby. Widzę, że nieco zmieniła się nawierzchnia, chyba jakieś roboty drogowe: z leśniej dróżki nagle powstała szeroka droga. Wkrótce się kończy i wracamy na leśną, wąską dróżkę, pniemy się do góry przez jakieś pół godziny. Lekkie wypłaszczenie. Jak zawsze kiedy mijam to drzewo po prawej stronie, na którym wisi krzyż i kapliczka: tutaj zmarły matka i dziecko, ich imiona, nazwiska, zastanawiam się co się stało, dlaczego wyszli na szlak, dlaczego tutaj zamarzli, tak niedaleko od domostw. Ściska w gardle. Po biegu przeczytam, że nie zamarzli tylko zabił ich piorun... 

Po kolejnych kilkuset w miarę płaskich metrach zaczyna się jeden z najostrzejszych podbiegów na trasie: wdech - wydech. Świst - rzężenie. Wdech - wydech, bulgot - bulgot. I tak przez kolejne pół godziny. Ale w mojej kategorii wiekowej i w mojej grupie biegowej (wilków amatorów średniaków) dosyć dobrze podchodzę. W końcu jest i wypłaszczenie na tzw. "agrafce", ostatni odcinek przez schroniskiem i punktem odżywczym na Przehybie, ja wbiegam, inni już zbiegają, czyli maja ok. 10-15 minut przewagi. Widzę kilka osób, które mnie wcześniej mijały, są nawet "ciężkie farbowane zające", o których czytałem w którymś artykule przed festiwalem. Jakbym miał kartkę, poprosiłbym o autograf...

Szybki punkt. Chyba nawet krócej niż minuta. Ktoś kiedyś powiedział czy też napisał, że punkt dłuższy niż minuta to już wakacje... Tankowanie, pomarańcze... Jakaś żurawinka... Jestem na 216. miejscu, chyba musiałem dużo nadrobić na punkcie na dole, w końcu nie ma gatki szmatki, nic nie jem wiec ruszam dalej, podejście pod Radziejową, trochę się chmurzy, jest chwilami zimno.

Zbieg z Radziejowej: jak zawsze dużo kłopotów, korzenie, kamienie, stromo i ślisko, trzeba powoli, nogi bez czucia. A do tego dzwoni jakaś kontrahentka, ma problem na lotnisku, taka praca, turystyka, muszę odebrać, coś jej doradzam, potem przerywa się połączenie, dupa zbita, nie ma zasięgu. Może to i dobrze, bo lepiej nie gadać przez telefon na takim zbiegu jak ten z Radziejowej. Podejście pod Rogacza, dalszy zbieg, tutaj owce, tam turyści. Górski pejzaż. Normalka. Zaczyna padać. No, pięknie, zimno jak diabli, do tego pada. I miała być lampa. Ech.

Zdjęcie  nr 1: zdjęcie z godz. 9.21 czyli byłem po 6 godzinach i 21 minutach biegu. Nie pamiętam teraz kiedy i gdzie zrobiłem to zdjęcie, ale wg obliczeń było to gdzieś na między Przehybą a Radziejową, niedługo po podejściu na Przehybę z Rytra, jednym z 2-3 najtrudniejszych momentów na trasie.

Napieram dalej, w końcu Eliaszówka, jakaś zakochana para siedzi i się kokosi w drewnianej budce pod wieżą, przypominającej wielki karmnik. Przynajmniej na nich nie pada. Przyglądają się mojej fryzurze, coś tam pewnie sobie myślą o skali nienormalności przebiegających postaci... Zaczyna się zbieg. Klnę na czym świat stoi. Tutaj miałem nadrobić. Wiele razy tędy zbiegałem, znam każdy kamień. Tymczasem ślizgam się jak Justyna na źle nasmarowanych nartach. Powoli, asekuracyjnie, niech to szlag trafi. Gleba, schodki, trawa, mostek. Ok, zaczynają się w końcu i te przeklęte dziurawe płyty przed Piwniczną, ulica, dziękuję policjantom za służbę, chodnik, asfalt, kolejni policjanci, tym razem grubsi jacyś, jest i przepak. Prawie 66 km za nami, na zegarku 8h i 55 minut, jestem na 212. miejscu. Liczę, że odcinek od Rytra pokonałem dzisiaj w 4 godziny i 20 minut. Przypominam sobie, że rok i dwa lata wcześniej, startując na 64 km w czasie Iron Runa, odcinek ten zajął mi o 10 minut mniej. Uznaję, że to całkiem nieżle, wszak dzisiaj miałem w nogach więcej km i po zjedzeniu kilku pomarańczy i uzupełnieniu bidonu oraz nasmarowaniu odpowiednich miejscówek (jakaś wolontariuszka dziwnie się na mnie patrzy) ruszam dalej... Już bliżej niż dalej. Już 2/3 trasy. Dam radę, muszę. Wilki nie pękają...

Przebiegam przez most, macham dopingującym dzieciom, zaczynają się płyty - tym razem pod górę. Wychodzi słońce, daje w kość. Źle się czuję, wręcz podle. Idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa. Krok za krokiem, pyk pyk kijków, krok za krokiem, pyk pyk kijków, krok za krokiem, pierdut... kijek się zaklinował między płytami i został, nosz ....., trzeba się pochylić, a to nie lada wyczyn i podnieść. Krok za krokiem, pyk pyk kijków.

W końcu wchodzę na łąkę i zaczynam zbieg, a właściwie schodzenie do Łomnicy: stromo, nadal mokro, kamienie się ślizgają to i ja się ślizgam. W końcu jest szosa w Łomnicy, znowu pod górę, znowu te płyty. Najpierw takie coś "parowopodobne", mokro, leje się woda. Potem cos "drogopodobne", jedzie jakiś kombajn, uciekam w pole; potem znowu jakiś traktor z ustrojstwem którego nawet ja nie umiem nazwać, a wychowałem się na wsi: znowu uciekam w rów.

Powoli się wypłaszcza. Przede mną jakieś 2 biegaczki, jestem coraz bliżej i co się okazuje - jedna z nich jest siostrą mojego kolegi z klasy z liceum. Nie widziałem jej z 25 lat! Witamy się, gadamy trochę, biegniemy pare kilometrów, potem one decydują się trochę podjeść bufet, który niosą, mi na sam zapach niedobrze się robi, więc szybko zbiegam do Wierchomli. 2 lata temu w gospodarstwie "na zakręcie przed asfaltem" wystawili wodę. Niestety rok temu i w tym roku już nie, szkoda, ale i tam krzyczę "dzień dobry" do Pani rozwieszającej pranie. Kultura musi być!

Zaczyna się asfalt, jak ja nienawidzę tego odcinka! On jest jak słaba pensja: za mało, żeby żyć, za dużo żeby zdechnąć. Tak samo ten odcinek: za płaski, żeby iść, za stromy, żeby biec. Nie mówimy o elicie, ci to pewnie tu zasuwają 3 minuty na kilometr. Robię sobie w głowie obietnicę: dobiegnę do tamtego słupa i przejdę 100 metrów. Jest! A teraz podbiegnę do tamtego żółtego domu i znowu sto metrów na piechtę, jest! A teraz do sklepu dobiegnę, jest!

Ktoś mnie mija biegiem. To ja za nim! I tak do punktu przy hotelu Wierchomla, pomarańcze, woda, izo i naprzód. Jestem na 202. miejscu, prawie 11 godzin marszobiegu za mną. Wyruszam natychmiast. Jakiś koleżka za mną tak tłucze kijami, że dostaję szału i zaczynam biec, żeby mu uciec. No i w biegach górskich trafisz czasem na Janusza kijków... Po lewej stronie jakaś słodka dziewczynka rozdaje wodę. Siedzi przy stoliku, myje kubeczki, nalewa wodę i podaje biegaczom! Jak w domku dobrej czarodziejki w bajce! Dzięki! A tuż przed rozpoczęciem wspinaczki na Jaworzynke dwóch słodziaków 3-, może 4-letnich chłopców zrobiło mały punkt wsparcia. Może sami przytargali wodę z punktu, może ktoś im podwiózł. Pytam, czy mogę im zrobić zdjęcie, śmieją się od ucha do ucha i podreptują na bosaka w błotku, które zdążyło się wytworzyć od rozlanej wody.

Zaczyna się podejście na Wierchomlę. Nie muszę go nikomu przypominać. Jest ciężko, ale nie przestaję iść krok za krokiem do przodu. W końcu to mój najczęstszy trening po nartostradzie na Jaworzynę Krynicką z Czarnego Potoku. Mijam jakiegoś ultrasa z setki, ledwo idzie, ma jakąś kontuzję. Obok niego zawodnik z numerem "Irona" i jakaś dziewczyna. Ultras coś im opowiada, że planował setkę w 10 godzin, ale ma jakąś kontuzję... Ironowiec mówi, że jest juz poza limitem, ale chce skończyć 64 km.

Mijam ich, patrzę do góry, widzę już górną stację kolejki i coś mi miga znajomego przed oczami: toż to 3 koszulki wariatów z Piotrkowa. Co oni tu robią? Chyba odpierdzielają mañanę, bo nie było szans, żebym ich dogonił, wyruszyli dużo przede mną z Rytra na swoje 64 km... Mam jeszcze trochę pod górę, w końcu dobiegam do nich, widzę, że byli na zakupach w sklepiku na Wierchomli, gęby roześmiane, piwko w łapkach, no tak się biega ultra! Przebiegam obok nich: "ale macie wieśniackie koszulki" krzyczę... Padamy sobie w ramiona, śmiechu co nie miara. Jest Agnieszka, Rafał i Jarek z FUDu ich coś tam klubu... 

"O, Majami, ja pie...., co lecisz, runek run?!" to oczywiście Rafałek, najbardziej śmiechozolny ultras, jakiego znam... Gadamy co biegaliśmy w tym roku: ostatni raz widzieliśmy się rok temu na BUT u Michała i Ani w Szczyrku. Potem wprawdzie byliśmy razem i na leśnikach, ale ja biegłem nadleśniki od 4 rano i dobiegałem super późno, a oni wybiegali na leśniki o 8 i dobiegali wcześniej, więc się mijaliśmy. Chlupię trochę piwa od nich, lecimy dalej. Na zbiegu mamy takiego speeda, że mijamy ze 30 osób. Niestety, to koniec miłej bajki, bo naprawdę fajnie się razem leciało, jakoś nie boli wtedy, człowiek nie myśli, tylko pogada, pośmieje się: Rafał spotyka swoją żonę Gosię, która leci 34 km i ekipa z Piotrkowa zostaję, a ja sam muszę zaczynać podbieg ze Szczawnika w kierunku Runka. Na 83 km jestem na 186/ miejscu. 

Na początku jeszcze daje radę biec, ale powoli przechodzę do marszu. Już wiem, że dociągnę się do mety, nie mam siły podbiegać. Ktoś mnie mija, patrzę kątem oka, niebieskie numery, więc B7D. Starszy ode mnie jegomość, zagaduje do mnie: "teraz to już dociągniemy, co nie", odpowiadam, że "jasne, spoko Maroko", chcę go podnieść na duchu, taka ekipa wsparcia, co nie? A on na to: "no, ja życiówki w tym roku nie zrobię, w zeszłym roku miałem 13h". Ja pie...., myślę... Chłop się z choinki urwał. Przyglądam mu się... No starszawy trochę...

Zwykle na takich biegach wszyscy są ze wszystkimi na Ty, ale jakoś nie przechodzi mi przez usta, żeby mu "tykać" wiec mówię: "Powodzenia, mam dla Pana ogrom szacunku i podziwu". Gość kiwa głową i mija mnie... Nosz ....! Przy schronisku nad Wierchomlą jestem 193. Tankuję ciepłą herbatę, bo znowu pada, jem 2 pomarańcze, dokładam dextro i idę dalej. Jest już fatalnie ze mną. Co chwilę ktoś mnie mija, a to nie pomaga.

Jest i Runek, zaczyna się zbieg. Mija mnie Jarek, z ubiegłorocznego "Irona". Wcześniej trochę gadaliśmy na zbiegu z Eliaszkówki, potem nawzajem się mijaliśmy, tym razem chłopak dostał mega speeda i leci jak Świercu na metę TDS. I tyle go widziałem. Truchtam w dół. Trasę znam na pamięć. 2 lata temu nawet głuszec mnie tu zaatakował. Pewnie mu w szkodę wlazłem... Tablica 5 km, tablica 3 km, tablica 1 km. Słyszę już deptak, uff. Jakoś się dokolebocę.

Wpadam na deptak, ktoś mnie jeszcze wyprzedza, nieistotne. Jest i meta. 14:48:19. Dostaję medal, przyglądam mu się, jest wyjątkowo piękny. Wpadam w ramiona rodzinki i kulam się powoli na kwaterę... Po prysznicu jem trochę zupy. Dopiero późno w nocy budzę się naprawdę głodny, ale teraz niestety kuchnia zamknięta...

To na pewno nie był mój dzień. Gdyby był... hm... ale gdyby babka miała wąsy, to by była dziadkiem.

Wracając do pytania z tytułu: myślę jednak, że B7D jest cięższy od Irona. Przynajmniej dla mnie. Przynajmniej w tym momencie. W tym dniu. Jednorazowy wysiłek na setce to co innego niż rozłożone na 3 dni biegi z "Irona", z dwiema nocami snu, fakt, snu z piątku na sobotę jest mało, ale z soboty na niedzielę to się już jednak można konkretnie wyspać. Za rok... no cóż porównamy znowu.

W czym wystartuję? Jeśli zdrowie dopisze, a dystanse się nie zmienią: wezmę udział w B7D. Namawiam jednak organizatorów, aby wymyślili cięższą i mniej asfaltowa formułę Iron Runa: może w piątek, po krynickiej mili, zapodadzą trasę niedzielnego Runek Runa? To już by były 22 km po górach (zamiast tych samych 22 km klepania asfaltu). W sobotę: B7D cały, 100 km, wieczorem coś na dobicie, piątka czy trójka. W niedzielę Koral Maraton pewnie musi zostać, ale ok, to by były tylko 42 km asfaltu. Potem Jaworzyna obowiązkowo, bez dwóch zdań, to wisieńka na torcie. W sumie uzbierałby się Stumilak, ale z tego tylko Koral Maraton na asfalcie... Jeśli Iron będzie mniej więcej taki, to wystartuję! Macie moje słowo!

Na koniec chciałbym podziękować wszystkim organizatorom, wolontariuszom, ratownikom, zawodnikom, kibicom, osobom pomagającym, sprzątającym, dbającym o to, aby cała impreza była fantastyczna, bezpieczna, radosna. Wszyscy razem jesteśmy autorami najbardziej radosnego święta biegowego w Polsce, a może i nawet w naszej części Europy!

Ernest Mirosław

Polecamy również:


Podziel się: