FSZP: Roman Ficek i Łuk Karpat w pigułce. "Na pewno znowu coś wymyślę!"


Opublikowane w czw., 12/09/2019 - 22:59

Spotkanie z Romanem Fickiem było jednym z największych przebojów Forum Sport-Zdrowie-Pieniądze w Krynicy-Zdroju. Zaledwie dwa dni przed rozpoczęciem 10 TAURON Festiwalu Biegowego, 28-letni ultras spod Babiej Góry spełnił niesamowite wręcz wyzwanie.

Nadkompletowi publiczności w sali FSZP opowiedział o 39 dniach i 11 godzinach spędzonych na Łuku Karpat – trasie długości 2300 kilometrów ze 100 tysiącami przewyższenia, wiodącej przez najwyższe szczyty wszystkich pasm karpackich. Nikt przed nim nie pokonał jej biegiem, nikt nie zrobił tego szybciej. Opowieści Romka towarzyszyła projekcja kilku krótkich filmów, nakręconych i wstępnie „na szybko” zmontowanych na krynickie spotkanie przez towarzyszących biegaczowi operatorów z Montis Studia.

– Po co? To było marzenie. Na Łuk Karpat i wędrówkę od rumuńskiej Orszowy na granicy z Serbią przez Ukrainę, Węgry, Polskę i Czechy do słowackiej Bratysławy trafiłem w internecie. Zainspirował mnie Łukasz Supergan, który to przeszedł. Coś zakiełkowało mi w głowie. Chodziło za mną przez 6 lat! Chciałem zrobić coś wielkiego, coś czego nie zrobił jeszcze nikt inny. Postanowiłem pokonać Łuk Karpat biegiem.

Wystartowałem w Rumunii, na granicy z Serbią, w Orszowie. Pierwszy dzień zapowiadał się fajnie, a okazał się bardzo ciężki. Pasmo szczytów powyżej 2000 m. Mieliśmy umówione spotkanie z supportem w pustym schronisku, po ok. 100 km szlaku. Ustawiłem miejsce w gps. Ale już po 60-70 km wiedziałem, że nie zdążę na czas. Noc zastała mnie na dwutysięcznikach, a nie miałem śpiwora, ani kurtki, więc biegłem całą noc we mgle i chłodzie. Dopiero o 10 rano dotarłem do schroniska. Patrzę – a to nie to miejsce! Posiedziałem więc chwilę i pobiegłem dalej nie wchodząc do środka. Po południu, gdy się wreszcie spotkałem z supportem, okazało się, że oni siedzieli w tym schronisku i czekali! Wystarczyło, żebym zajrzał! Tak wyglądała moja pierwsza doba na Łuku Karpat.

Góry Rumunii mnie zaskoczyły. Nie ma pięknie ułożonych szlaków, turyści tu prawie nie chodzą, gps nie pokrywa się ze szlakiem, a te są zarośnięte. Bardzo trudny teren, piękny, ale bardzo dziki. Lepiej, żeby noc nikogo tam nie zastała!

Rumuński odcinek, bardzo długi, bo prawie 1000-kilometrowy, był szalenie trudny, dał mi mocno popalić. Któregoś dnia stanąłem i rozpłakałem się na 20 sekund, gdy zobaczyłem co jest przede mną, jaki teren, jak nogi bolą i się męczą. Ale cel i marzenie, a także włożone w nie pieniądze, zmotywowały mnie.

Rumunia była najdłuższym i najtrudniejszym odcinkiem. 2 i pół tygodnia walki, nie tylko z trasą, ale też z bólem nóg i zniszczonymi stopami.

Jak podłożysz pod film muzykę i pokażesz ładne ujęcia, wydaje się, że było łatwiej niż w rzeczywistości. Ale jak jesteś w środku to wygląda zupełnie inaczej, znacznie trudniej i niebezpieczniej.

Rumunia to była połowa wyzwania, potem zaczął się teren bardziej cywilizowany. Trochę wprawdzie poprawiło się już od połowy odcinka rumuńskiego, po jakichś 500 km, ale ciagle bardzo niepokoiły setki, a może nawet tysiące psów pasterskich nie dających mi spokoju. Okrążały, były groźne i dopiero pasterze mogli je odgonić. Ale wtedy też poczułem, że mogę wypełnić postawione przed sobą zadanie i pokonać Łuk Karpat, skoro dałem radę najtrudniejszemu początkowi – dalej sobie poradzę tym bardziej.

Rumuńskie Karpaty są piękne, ale bardzo niezadbane, szlaki zarośnięte, „nieprzejezdne”, prawie nie ma schronisk, nie ma gdzie kupić picia i jedzenia. Bardzo mało chodzi po nich turystów, zdarzało się, że przez 2-3 dni nie spotykałem ludzi. W te góry nie wybierają się ludzie przypadkowi, tylko tacy, którzy góry naprawdę kochają i potrafią sobie w nich radzić. W Rumunii i na Ukrainie nie spotkałem też nikogo biegającego! Dopiero w Polsce zacząłem spotykać sporo ludzi, zarówno pieszych turystów, jak biegaczy.

Na rozległych ukraińskich połoninach byłem wreszcie spokojniejszy. Tam są szerokie drogi, wjeżdżają ciężarówki przywożące ludzi zbierających borówki. Ja tych owoców praktycznie nie jadłem, nie miałem czasu, a poza tym nie chciałem robić im konkurencji (śmiech).

Granicę ukraińsko-polską musiałem pokonać formalnie, choć byłem od niej o krok i mogłem cichcem ją „przelecieć”. Nie chciałem jednak ryzykować, bo pilnują jej uzbrojeni żołnierze i głupio byłoby zrobić sobie „kuku”.

W Polsce trasa wiodąca karpackim szlakiem była już bardziej znana, chodzi dużo turystów, szlaki są dobrze oznaczone, a z każdego miejsca do jakiejś wioski jest najwyżej kilka kilometrów. Tu już było niemal komfortowo. Ciągle kogoś spotykałem, niektórzy ludzie mnie kojarzyli, kibicowali, wspierali. Biegło mi się świetnie mimo coraz większego zmęczenia.

Zdobycie Gerlacha, najwyższego szczytu Tatr i całych Karpat, było wisienką na torcie. Wydawało się, że się nie uda, ale na szczęście znalazł się chłopak z uprawnieniami przewodnika, która umożliwił mi wejście na górę.

Po 39 dniach i 11 godzinach – meta i cudne powitanie w Bratysławie! Wyluzowałem się, praktycznie sobie szedłem. Rodzina, dziewczyna i mój support czekali na mnie z szampanem i transparentami. Nie spodziewałem się tak pięknej mety! Nigdy tego nie zapomnę!

Co jadłem na trasie? Na śniadanie owsiankę z greckim jogurtem i owocami, bardzo solidną porcję. Na drugie śniadanie jajecznicę, na drogę zabierałem kanapki z nutellą lub masłem orzechowym, którego schodziły dosłownie tony, a do tego batony. Żeli prawie nie jadłem. Na kolację z kolei - kasza z mięsem, makaron z pesto lub warzywami. Piłem przede wszystkim wodę, trochę soków, bardzo mi się też chciało coli. Na wodę musiałem uważać w Rumunii, bo jest często zanieczyszczona, z jakąś pianą, więc tylko jak tryskała ze źródeł to nabieralem do bukłaka. Z tym najtrudniej było na Ukrainie, bo na połoninach rzadko zdarzały się źródełka czy potoki. Na szczęście pomagali ludzie zbierający borówki, częstowali czym tylko mogli.

Sprzętowo najważniejsze były buty. Wziąłem 6 par hoka speedgoatów, wszystkie o prawie rozmiar większe niż noszę zwykle, bo w takim wysiłku nogi bardzo puchną. Zużyłem 5 par, więc jedne mi jeszcze zostały, a i pozostałe też są w nienajgorszym stanie, więc sobie jeszcze trochę w nich pobiegam (śmiech).

Cała moja wyprawa by się nie udała, gdyby nie wsparcie obcych ludzi, zupełnie mi nieznanych, którzy wpłacali pieniądze na zrzutka.pl. Zebraliśmy ponad 20 tys. PLN, dostaliśmy też bardzo ważne 15 tys. z kancelarii Sejmu za promocję inicjatywy Europa Karpat. Taka wyprawa jest bardzo kosztowna, tym bardziej, że chcieliśmy też nakręcić dokument, który powstanie za miesiąc-półtora.

Ludzie mnie nie znają, bo nie jestem żadnym wybitnym sportowcem, a jednak mnie wsparli i pomogli spełnić marzenie. Bardzo wszystkim za to dziękuję!

To było coś pięknego, teraz wiem już, że da się spełnić marzenie nawet najbardziej abstrakcyjne, trudne i wymyślne. Trzeba tylko bardzo chcieć i wierzyć.

Co teraz? Dobrze, że nie ma już żadnego innego łuku! (śmiech). Aż się boję, co mi przyjdzie następnego do głowy, bo ogromnie się cieszę, ale było naprawdę ciężko.

Na pewno coś znowu wymyślę i to zrobię, ale nie wiem jeszcze co to będzie. Może coś krótszego, ale ekstremalnego. Może w Azji albo Afryce... Na razie w głowie mam pustkę, coś nagle się skończyło... Zobaczymy, co się teraz zdarzy.

Piotr Falkowski


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce