FSZP: Wanda Panfil wspominała MŚ w Tokio. „Wierzyłam, że stać mnie na złoto”


Opublikowane w sob., 07/09/2019 - 17:55

– Byłam grubawa, trenerzy odsyłali mnie na koniec trenujących. Ale miałam charakter i chciałam biegać. Talent to tylko cząstka, bo najważniejsza jest praca – twierdzi Wanda Panfil, jedyna Polka, która zdobyła mistrzostwo świata w maratonie.

Pochodząca z Tomaszowa Mazowiecka zawodniczka największe sukcesy odniosła w latach 1989–1991. To wtedy wygrała m. in. maratony w Bostonie, Nowym Jorku, Nagoi czy Londynie. W Tokio w 1991 roku zdobyła mistrzostwo świata.

– Byłam mocna nie tylko w maratonie – zaznacza Panfil. – Po wygranej w Bostonie za chwilę pobiłam rekord Polski na 3 km i 10 km, a także wygrałam silnie obsadzony bieg w Hengelo na 2 km. Przed startem w Tokio nie przegrałam żadnego startu. Wtedy pomyślałam, że jest szansa na złoto mistrzostw świata.

Do startu w stolicy Japonii Panfil przygotowywała się siedem tygodni plus ósmy startowy, który zawsze traktowała ulgowo i wtedy starała się nie myśleć o bieganiu. Trenowała dwa, trzy razy dziennie. Tygodniowo pokonywała 140 kilometrów. Nigdy jednak nie przekraczała za jednym razem 25 km.

– Dzięki sponsorowi ostatnie dwa tygodnie byłam w miasteczku olimpijskim w Tokio. Właściwie sama i wszystko miałam zapewnione. Czułam się świetnie. Presja była, bo próbowali mnie pokonać, ale wierzyłam, że jestem przygotowana i zdobędę medal dla naszego kraju – mówi Panfil. – Byłam tak skoncentrowana na starcie, że zapomniałam butów. Ktoś był jeszcze w hotelu i miał mi je przywieźć. Bałam się, że nie zdąży, ale przyjechał i jak tylko je założyłam zawołali nas na start. Buty to dla biegacza niezwykle ważna sprawa. Jak dojechały, musiało być dobrze.

Panfil dokładnie pamięta przebieg maratonu w Tokio. – Nigdy go nie zapomnę. Do 20 kilometra było wolne tempo i wtedy przypadkowo Kamila Gradus uderzyła mnie w łydkę. To naprawdę dało mi kopa, rozerwałam stawkę, a świetna Rosa Mota zeszła z trasy. Potem kolejny zryw i zostało nas sześć. Czekałam na ostatnie 3 km i znów ruszyłam bardzo szybko. Nikt nie nadążył i było złoto – opisuje Panfil.

Zadrą w karierze biegaczki jest jednak brak medalu olimpijskiego. Rok po mistrzostwie świata były igrzyska w Barcelonie i… – Uwierzyłam trenerowi, że jak jeszcze trochę zmienię trening, to będę jeszcze mocniejsza. Niestety przydarzyła się kontuzja i marzenia o olimpijskim medalu prysły – przyznaje biegaczka.

Po 28 latach spędzonych w Meksyku Panfil wróciła do Polski. Pracuje w klubie, którego jest wychowanką – Lechii Tomaszów Mazowiecki. A w mieście uznano, że za zasługi nazwiskiem mistrzyni świata należy nazwać ulicę. Odchodzi od Ronda Olimpijskiego w Tomaszowie.

Panfil zajęła się oczywiście szukaniem talentów, by wychować następczynię. Z tym jednak jest krucho w polskim sporcie. Żadnej zawodniczce nie udaje się zbliżyć do wyników Panfil sprzed ponad 20 lat.

– Jest problem z polskimi maratończykami. Wydaje mi się, że zawodniczki boją się zmienić trening, zaryzykować, by biegać coraz szybciej. Muszą uwierzyć, że są mocne. Nie brakuje utalentowanych zawodników i zawodniczek – twierdzi Panfil. – Mam dziewczynę, którą prowadzę. W Krynicy 10 km pobiegła w 37 minut, ma 20 lat i jeśli będzie mnie słuchać, to jest szansa. Na razie robimy krok po kroku. Trzeba zacząć od biegów na 5 km, 10 km i najpierw polubić to krótsze bieganie, by potem myśleć o półmaratonie i maratonie.

Panfil radzi jak biegać maratony, by nie doszło do efektu tzw. ściany. Zresztą to tylko ponoć siedzi w głowie.

– Trzeba być oczywiście dobrze przygotowanym, wierzyć w siebie i zaczynać spokojnie. Druga część maratonu jest ważna. Jeśli w pierwszej nie przeszarżujemy, to nie będzie tzw. ściany. To tylko siedzi w ich głowach, że jak nadjedzie 35–37 km to już się nam przydarzy. Trzeba wyrzucić to z umysłu – radzi Panfil.

AK


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce