Izabela Burzyńska (Cieluch) - pierwsza zwyciężczyni Biegu 7 Dolin 100 km: „Tylko nie pijcie na trasie maślanki!"


Opublikowane w czw., 23/05/2019 - 08:51

Została zwyciężczynią Biegu 7 Dolin podczas pierwszej edycji Festiwalu Biegowego w Krynicy (czas 15:56:25). Po 10 latach nadal biega. Najbardziej lubi to robić dla siebie i w dobrej atmosferze. Wybierającym się na start festiwalowej setki radzi by się dobrze przygotowali do tego wyzwania. Izabela Burzyńska (d. Cieluch) wspominała z nami pierwszą edycję festiwalowego ultramaratonu i zdradziła, co się u niej zmieniło od tamtego biegu.

Pamięta Pani jeszcze swój start w Krynicy sprzed 10 lat?

Izabela Burzyńska (Cieluch): Bieg 7 Dolin był moją pierwszą setką liniową. Wprawdzie wcześniej biegałam setki, ale na orientację. Przed startem w Krynicy miałam za sobą Kierat, ale to zupełnie inne bieganie. Krynicę dobrze znałam, chodziłam po tamtejszych górach, wiedziałam co mnie w nich czeka, więc pierwsza edycja Biegu 7 Dolin była dla mnie naturalnym wyborem.

Podejrzewała Pani, że ten start może się zakończyć zwycięstwem?

Oczywiście, że nie. Zupełnie nie brałam tego pod uwagę. Nigdy nie startowałam, by coś wygrać. Jeśli jakiś bieg wygrałam, to oznaczało to tyle, że danego dnia wszystko zagrało. Forma, pogoda, jedzenie, warunki. To czynniki, które przekładają się na wynik. Natomiast w Krynicy biegłam na pełnym luzie. Nie miałam żadnych założeń. Nie wiedziałam, czego się spodziewać po dystansie 100 km. Pogoda była fatalna. Pamiętam, że przed biegiem po prostu lało. Z powodu tych mokrych dni utrzymujących się przez całe lato, sporo osób zrezygnowało. Wystartowałam w garstce ludzi. Miało to swoje zalety. Atmosfera podczas biegu była wspaniała.

Później jednak wróciła Pani na Festiwal Biegowy w Krynicy tylko raz. Dlaczego tak się stało?

Zawsze szukam nowych tras, wyzwań. Lubię próbować nowych rzeczy, trenować nieodkrytymi wcześniej ścieżkami. Po tamtym starcie w Krynicy, pojawiły się nowe biegi. Chciałam ich doświadczyć, sprawdzić się w nowych warunkach. I to cała tajemnica.

A jaki sekret kryje się za tym, że od kilku lat trudno Panią znaleźć w wynikach ultramaratonów? Biegać przecież Pani nie przestała.

Nie przestałam. Faktycznie kiedyś było więcej startowania, nawet chyba odrobinę za dużo. Potrzebowałam przerwy od startów. Pojawiałam się w imprezach na orientację, więc można powiedzieć, że pochowałam się w krzakach. Wyniki i starty nie są dla mnie najważniejsze. Ja się tymi biegami bawiłam. Zorganizowane biegi są dla mnie raczej spotkaniami towarzyskimi. Zdarzało się, że od rozmów na trasie miałam bardziej zdarte gardło niż stopy od biegania. Kwintesencją startu były rozmowy, a czasami, jako ich skutek uboczny, rosło tempo biegu. Najbardziej lubię po prostu biegać po górach, dać się zaskoczyć tym, jak jest pięknie i czerpać radość z tego, że mogę to robić.

Zwycięstwo w B7D i kolejne sukcesy nie spowodowały, że zaczęła Pani marzyć o UTMB i innych „obowiązkowych” startach ultramaratończyków?

Takie starty są wymagające logistycznie. Praca wprowadza tu pewne ograniczenia. Dobrze byłoby wrócić po weekendowym biegu w stanie pozwalającym na pracę na pełnych obrotach, a pracę mam wymagającą. Muszę być w niej rześka, wypoczęta i mieć przytomną głowę. Na taki start musiałabym też zaplanować urlop. Lubię biegać, ale jednocześnie jest dla mnie ważne wypracowanie balansu pomiędzy wymaganiami, jakie stawia przede mną praca a bieganiem. I właśnie takie zwyczajne „setki” mi na to pozwalają. Dają reset całego organizmu, a następnego dnia mogę iść bez problemu do pracy, w której jestem analitykiem biznesowym IT. Nie marzę o starcie w żadnym konkretnym biegu. Lubię startować w ciekawych miejscach, w biegach organizowanych przez znajomych. Nie wyznaczam sobie celu w postaci startu w konkretnej imprezie.

Bieganie jest dla Pani odskocznią od pracy?

Tak bym tego nie ujęła. Jest moją pasją. Mogę bez trudu zrezygnować z udziału w zawodach, ale nie z biegania. To jest część mojego stylu życia, sposób spędzania czasu. Z tego na pewno cieszą się nasze 2 psy rasy husky. One uwielbiają biegać i motywują mnie i męża do wysiłku. Bieganie jest dla mnie pasją, która wiąże się z przyjemnością. Ma mi sprawiać radość.

Jak się zaczęło Pani bieganie?

Bieganie było pomysłem mojej koleżanki. Uprawiałyśmy wtedy aiki jiu-jitsu. Pewnego dnia, rzuciła od niechcenia, że może byśmy pobiegły maraton. Gdy wypowiadała te słowa, byłam przekonana, że nienawidzę biegania. Pewnie to jakiś atawizm z czasów szkoły podstawowej. Zgodziłam się, bardziej jednak sądząc, że pomogę się jej w przygotowaniach do tego maratonu. Start miał być 2 miesiące później. Dostałyśmy wtedy dobrą radę, żeby nie zaczynać od maratonu naszej biegowej przygody i posłuchałyśmy. Zaczęłyśmy od półmaratonu i tak już zostało. Obie nadal biegamy.

Przez ostatnią dekadę Festiwal Biegowy przeszedł wiele zmian. Stał się dużą imprezą z ofertą dla każdego typu biegacza. A co zmieniło się u Pani przez te 10 lat?

Zmieniłam nazwisko i dzisiaj już biegam jako Burzyńska. Zmieniłam też wiele par butów i adres zamieszkania. Teraz jestem bliżej gór. Mam jednak tę samą pasję i noszę ten sam rozmiar ubrań.

A jak porównałaby Pani ultrabieganie sprzed 10 lat z tym dzisiejszym? Czy zrobiło się bardziej komercyjnie, masowo?

Komercyjność biegu mi zupełnie nie przeszkadza. Miałam przyjemność być wsparciem technicznym koleżanki podczas UTMB. Od strony organizacyjnej to potężna impreza z zaangażowaniem ogromnej liczby ludzi. To jednak nie jest problem. To, co się zmieniło, to podejście startujących. Kiedyś można było cały bieg przegadać. Dzisiaj już tego nie ma. Jest koncentracja na wyniku czasowym, bez względu na miejsce w stawce. Rozumiem czołówkę, która walczy o zwycięstwo. O to zawsze warto powalczyć, ale wydaje mi się, że walka o 350. miejsce nie wymaga już tak wielkiego spięcia. Teraz na trasie jest po prostu ciszej niż 10 lat temu.

Co by Pani poradziła osobom, które rozważają debiut na dystansie 100 km?

Cierpliwość. Nie należy się z tym spieszyć. 100 km to ciężki dystans i trzeba do niego podejść ostrożnie, najlepiej po kilku latach biegania, w tym biegania po górach. Warto znać swój organizm, wiedzieć, jak się zachowuje, gdy trzeba się wspiąć na Wierchomlę. To zacna górka. Trzeba się nauczyć, co jeść, co pić. Ja zawsze biegałam zachowawczo i dzięki temu nigdy nie miałam żadnej kontuzji. Nie narzekam na kolana, łydki czy inne rzeczy. Fajnie jest, gdy na jednej „setce” się nie kończy i trzeba się do startu przygotować tak, żeby móc biegać dalej. Wiem, że taka „setka” świetnie wygląda w życiorysie biurowym, ale pośpiech nie jest wskazany.

Czy tych, którzy są już fizycznie gotowi na B7D, coś szczególnie zaskoczy na trasie?

Pierwsza rzecz, jaka mi przychodzi do głowy to beton do Piwnicznej (dobieg do drugiego punktu serwisowego drogą wyłożoną betonowymi płytami – red.). Warto sobie obiec tę trasę, poznać ją. Podejście na Przehybę jest naprawdę strome. Podobnie jest pod Wierchomlę. Potrzebna jest w tym miejscu siła biegowa. Warto mieć siłę korpusu, by nieść wodę ze sobą. Ja jestem przyzwyczajona do Muszynianki, którą wtedy podawano, ale niektórzy biegacze narzekali na nią. To mi przypomina, że podczas pierwszej edycji, stała pani, która rozdawała maślankę. Niektórzy się na to skusili. Mogę tylko powiedzieć, nie róbcie takich rzeczy!

Wróci Pani kiedyś do Krynicy?

Pewnie tak. Nie wykluczam tego. To naprawdę ciekawa trasa.

Rozmawiała Ilona Berezowska


Polecamy również:


Podziel się: