Jak na mecie, tak w tabeli. Bieg 7 Dolin 64 km


Opublikowane w sob., 07/09/2019 - 22:34

Bieg 7 Dolin na dystansie 64 kilometrów z Rytra przez Prehybę, Piwniczną, Wierchomlę i Runek do Krynicy od trzech lat startuje systemem interwałowym. Aby uniknąć zatorów na wąskim podejściu na Prehybę, zawodnicy ruszają z Rytra w pięciosekundowych odstępach.

Z punktu widzenia zawodników wygląda to nieco jak indywidualna czasówka, a kolejność na mecie nie musi odzwierciedlać rzeczywistych wyników. W tegorocznej edycji jednak zarówno wśród panów, jak i pań pierwsze trójki dobiegły na krynicki deptak dokładnie w tym samym porządku, w jakim zajęły miejsca na podium.

Najszybsi okazali się: Tomasz Kobos (5:40:28), Artur Jabłoński (5:41:34) i Tomasz Skupień (5:44:10) oraz Martyna Kantor (6:34:24), Katarzyna Solińska (6:40:20) i Justyna Sadzik (6:59:40). Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– Jak na debiut na ultra to się bardzo cieszę z tego wyniku – cieszył się Tomasz Skupień – a trzecie miejsce w walce z tak mocnymi rywalami to rewelacja! Dobrze, że wystartowaliśmy rano, bo im później, tym było goręcej, ale biegło mi się przyjemnie. Obawiałem się ultradystansu, ale okazało się, że tylko nim straszą, a naprawdę jest fajnie. Lepszego czasu bym dziś już nie wywalczył.

– Drugie miejsce, wygrana finansowa, trudno nie być zadowolonym – śmiał się weteran tego biegu i jego trzykrotny zwycięzca Artur Jabłoński. – Tegoroczna edycja była dla mnie jedną z trudniejszych. Cieszę się, że pomimo upływu lat mogę jeszcze nawiązać rywalizację z młodszymi zawodnikami. No i chyba pobiłem swoją życiówkę na tej trasie, chociaż nie wygrałem. Przynajmniej do podejścia pod Wierchomlę było chłodno, więc warunki były dość korzystne. Przewidywałem, że Tomek Kobos może wygrać, ale z drugiej strony wierzyłem też w siebie. Jednak nie trenuję już tak jak kiedyś, więcej czasu poświęcam na rozpisywanie planów swoim podopiecznym, i nie można mieć wszystkiego.

– Zakładałem walkę o dobre miejsce, ale absolutnie nie byłem pewien zwycięstwa – przyznał Tomasz Kobos. – Wiedziałem, że rywale są mocni i mają za sobą wiele wygranych w różnych biegach. Po prostu biegłem swoje, nie oglądając się za siebie. Mimo interwałowego startu i nieznajomości dokładnego położenia współzawodników chyba już od początku byłem na prowadzeniu. Taki dystans mi bardzo odpowiada, bo setka to jednak teraz byłoby dla mnie za dużo, chociaż pełny dystans B7D pokonałem już sześć i siedem lat temu. To też mi pomogło, bo sporo pamiętałem z tamtej trasy.

– Początek chyba zrobiłam za szybko, no i potem trochę zdechłam i łapały mnie kolki – wspominała Martyna Kantor. – Przynajmniej byłam mocna pod górę. A warunki ogólnie były dobre, piękne widoki, widziałam Trzy Korony... A z Kasią to było takie przyjacielskie ściganie, bo bardzo się lubimy, dużą część okresu przygotowawczego spędziłyśmy wspólnie i świetnie nam się razem biega.

– Jestem pod wrażeniem biegu Martyny – chwaliła zwyciężczynię druga wśród pań Katarzyna Solińska. Myślałam, że wystartowałam wolno, ale później też mnie zatkało. Jednak nadrobiłam czas do Martyny, bo w którymś momencie miałam już 12 minut straty. Na setkę na pewno kiedyś wystartuję, ale jeszcze nie wiem kiedy.

– Świetnie mi się biegło, jestem bardzo zadowolona – powiedziała nam Justyna Sadzik. – Na początku nogi doskonale podawały, dopiero po 50 km poczułam zmęczenie. Pogoda też świetna, więc cisnęłam do przodu, a na słońce i ciepło byłam już obojętna. Z dwiema pierwszymi dziewczynami w ogóle nie brałam pod uwagę bezpośredniej walki, chciałam robić swoje. A w ogóle dystanse 50-60 km w górach są moje ulubione.

KW


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce