„Meta w Krynicy? Morze pozytywnej energii” – opowieść finiszera Biegu 7 Dolin na 100 km


Opublikowane w śr., 29/01/2020 - 10:22

Mateusz Botor przygodę z Festiwalem Biegowym w Krynicy rozpoczął od Biegu 7 Dolin na 64 km. To był przedsmak królewskiego dystansu na 100 km. Pokonał je w ubiegłym roku w 16 godzin i 20 minut. – Jest jakaś magia w „pierwszej setce w Krynicy”, tak też było w moim przypadku – przyznaje biegacz z Katowice

Opowiedział nam o swojej przygodzie z krynickim Festiwalem:

Mateusz Botor: - Jestem biegaczem z kilkuletnim stażem i poszukuje różnych ciekawych propozycji biegowych, w których dystans nie jest sprawa priorytetową, ale istotną. Atmosfera zawodów oraz ciekawe miejsce rozgrywania jest równie ważne. Górskie biegi są zdecydowanie tym, co mnie najbardziej interesuje.

W latach ubiegłych sprawdziłem się w Krynicy na dystansie 64 km, wiec niejako poczyniłem pierwsze kroki, by „zaatakować 100”. Postanowiłem nie czekać z tym dłużej, tym bardziej że na zawody wybraliśmy się większa grupa biegaczy, którzy biegali na różnych dystansach zarówno 100 km, jak i 64 km czy Runek Run 22km.

Przygotowania przebiegają zawsze podobnie, czyli kilka treningów w tygodniu, „szybkie kółka”, biegi interwałowe, dłuższe wycieczki biegowe oraz trening uzupełniający na siłowni. Oprócz tego cały czas biegałem w różnych zawodach. Festiwal Biegowy był ósmym startem w tym roku i nie ostatnim. Począwszy od zawodów na krótkich dystansach asfaltowych, biegach crossowych, maratonach miejskich – aż po biegi górskie ultra. Sukcesywnie oczywiście zwiększałem kilometraż oraz dystans biegów.

Jest jakaś magia w „pierwszej setce w Krynicy”, tak też było w moim przypadku. Bo to właśnie była moja pierwsza setka w biegowej przygodzie. Grono biegaczy ultra, które mnie otaczało, zgodnie podpowiadało, że to bardzo dobry wybór, cześć z nich też powróciła na trasy festiwalu.

Kolejna wizyta w Krynicy, a bywałem tu kilkukrotnie, spowodowana była właśnie niesamowitą atmosferą miasteczka festiwalowego, przyjaźnie nastawionych ludzi, dziesiątki kibiców na trasie, którzy wraz z wolontariuszami - wieli szacunek za zaangażowanie - dawali ogromnego kopa do walki. Profesjonalizm organizatorów na pewno przyciąga coraz to nowych, ale i tych starszych biegaczy. I spawa najważniejsza, czyli Beski Sądecki, niezmiennie magnetyczny – w czerwcu biegałem w Rytrze (Bieg Wierchami).

Walka z trasa to dłuższa historia. Ważne, żeby się nawzajem wspierać i motywować, tak się złożyło, że na kilku etapach zawsze miałem towarzystwo. Bardzo istotna sprawa na długich dystansach: powtarzam sobie to w kółko, ile już przebiegłem i jak już niewiele zostało.

Bardzo pomaga również możliwość zjedzenia czegoś smacznego na bufetach, zwłaszcza ciepły posiłek, wszelkiej maści przekąski mniej lub bardziej zdrowe. Najważniejsze, żeby miały kalorie i oczywiście coca cola.

W zasadzie ostatnie kilometry trasy to już nieustanny sprint, jeśli po tylu kilometrach można tak powiedzieć, wygłupy przy pozowaniu ukrytym tu i ówdzie fotografom. Tak to już jest jak człowiek „poczuje metę”. I w moim przypadku też tak było, człowiek traci głowę i wydobywa skrywane jak dotąd gdzieś, pokłady energii i leci z bananem na twarzy.

Aby wreszcie jak najszybciej i w dobrej formie wbiec na metę, pełną kibiców, światła i morza pozytywnej energii wylewającej się z każdego kąta.

Więc pewnie wrócę do Krynicy za czas jakiś. Lubię bowiem pobiegać kameralnie, skromnie, bez tłumów, pokontemplować naturę, pobyć chwilę sam na trasie. Aby później raz na jakiś czas pojechać na Festiwal.

opr. AK


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce