Osobistości o FSZP (2010)

Osobistości o FSZP (2010)


Bieganie także odmładza i poprawia libido. Jak mądrze trenować?

 - Jeśli mocno trenuje się młodego zawodnika, to zamyka mu się drogę do kariery. Przetrenowany chłopak będzie jak orzeł z podciętymi skrzydłami - nie pofrunie daleko - przekonywał w sobotę w Krynicy-Zdroju Michał Bartoszak

- Jeśli mocno trenuje się młodego zawodnika, to zamyka mu się drogę do kariery. Przetrenowany chłopak będzie jak orzeł z podciętymi skrzydłami - nie pofrunie daleko -przekonywał w sobotę w Krynicy-Zdroju Michał Bartoszak, sześciokrotny mistrz Polski w biegach na 5000 i 3000 m z przeszkodami i przełajach. Spotkanie towarzyszyło Festiwalowi Biegowemu Forum Ekonomicznego.

Sportowiec w Starym Domu Zdrojowym odpowiadał na pytanie, czy rzeczywiście trening czyni mistrza. I stwierdził, że mądry trening - tak, może czynić mistrza. Zły, potrafi przekreślić jego karierę. - Ja nie dostałem w kość jako młody chłopak i dzięki temu długo biegam. Sportowiec pokazywał swoje zdjęcia z olimpiady w Atenach, w 2004 roku - miał wtedy 34 lata i był zdecydowanie przetrenowany. Te zawody wspomina więc niemiło. Wkrótce potem zakończył karierę zawodowca.

Zawsze miałem jakieś marzenie, chciałem zrobić coś wielkiego i te marzenia pomagały mi w pokonaniu treningów. Dlatego chciało mi się robić 30 kilometrów dziennie, średnio, bo raz 26 a raz 35 - wspominał ciężką pracę zawodowca.

Jego zdaniem warto biegać w każdym wieku - młodszym, by starać się zostać mistrzem, a starszym, by lepiej się czuć.

Sam biegam do dziś. Nie chce mi się, ale bez biegania czuję się podle. Pamiętam, jak fantastyczne jest samopoczucie po treningu, gdy w mózgu tworzą się endorfiny. No i lubię słodycze, czasem piwko a dzięki bieganiu nie przybieram na wadze, wyglądam jak podczas kariery - przekonywał Bartoszak. - Podczas biegania, dodał, obniża się puls - najniższe miał podczas maratonu w Tokio - 34/36 uderzeń na minutę. No i jak nie biegam, to jest mi zimno, a dzięki treningom mam dogrzany organizm.

 DLACZEGO WARTO BIEGAĆ?

Zdaniem sportowca jest minimum 10 powodów po temu. Bieganie bowiem:

1. uszczęśliwia,
2. wyszczupla,
3. wzmacnia serce i płuca,
4. wzmacnia mięśnie,
5. rozjaśnia umysł,
6. wzmacnia odporność,
7. poprawia sen,
8. zwiększa libido,
9. odmładza,
10. przysparza przyjaciół, bo staramy się nie biegać samemu.

Michał Bartoszak na swoim przykładzie udowadniał, że te punkty to dobry dekalog dla każdego.

 -  Mam 40 lat a chyba na to nie wyglądam. Z tym libidem to się chyba sprawdza, skoro mam troje dzieci. Wyglądam jak chuchro, ale siła zostaje, bez trudu podciągam się na drążku. Dzięki dotlenieniu mózgu łatwiej podejmuje się decyzje, koncentruje się itp. Po treningu człowiek czuje się spełniony i uradowany, nawet jak dzieci i żona dają w kość. No i prawie w ogóle nie choruję -wyliczał.

To wszystko dotyczy, rzecz jasna, biegania amatorskiego. Bo sportowcy, mocno trenując, w swej szczytowej formie są na granicy organizmu i łapią choroby, a zmęczenie utrudnia im np. sen.

Anna Pawłowska-Pojawa, która biega amatorsko i startuje w maratonach, również przekonywała: - Bieganie pozwala mi zachować zdrowie psychiczne oraz równowagę między pracą a domem i rodziną. Umiem znosić stres. Uregulowała mi się gospodarka hormonalna, bo miałam z tym problemy. Mam lepszą sylwetkę i stałam się odważna i otwarta. Cztery lata temu, zanim zaczęłam biegać, nie siedziałabym przed państwem i nie opowiadała o sobie, byłam nieśmiała - wyliczała.

Teraz coraz częściej biega z nią mąż i - jak sądzi biegaczka - trening poprawia relacje między ludźmi. A do tego przyjemność jest wtedy podwójna.

CO JEŚĆ TRENUJĄC?

Mistrz Polski dał też wytyczne, co jeść przed i po biegu.

Przed treningiem Bartoszak zalecał jedzenie np. płatków śniadaniowych z mlekiem czy jogurtem albo baton mussli, tosty z miodem czy z dżemem, ciasteczka ryżowe, owoce, owocowe smoothie na mleku, ewentualnie ryż, ziemniak pieczony czy spaghetti z lekkim sosem, np. pomidorowym.

- Ja na przykład, bez względu na to, jak wiele pysznych rzeczy serwuje mi hotel na śniadanie, jem zawsze bułkę z serem - namawiał do umiaru.

A po biegu - dodał - mamy 40-45 minut, żeby uzupełnić w organizmie węglowodany. Trzeba więc wypić napój sportowy, albo zjeść banana z sokiem pomarańczowym lub pomidorowym, pomidora z sokiem pomarańczowym lub jabłkowym, rewelacyjny jest placek drożdżowy albo coś lekkiego, jak biszkopty. Można też zjeść pół batona sportowego, shake mleczy, kanapkę z serem i wędliną czy owoce.

JAK ZACZĄĆ BIEGAĆ?

Zdaniem Bartoszaka trzeba sobie przygotować plany treningowe. Nie powinno się za każdym razem biegać tego samego odcinka i w takim samym tempie, ponieważ organizm się przyzwyczai i nie będzie rozwijał przyspieszenia ani innych umiejętności. Warto zawsze dodawać do treningu przebieżki, podskoki, żeby był urozmaicony. No i rzecz jasna zacząć rozgrzewką - skłonami, rozciąganiem itp. A kończyć powoli, by wyciszyć organizm.

Można zacząć np. od planu przebiegnięcia 10 km w 60 minut, przy treningu 3 razy w tygodniu. Wtedy przez miesiąc należy biegać np. we wtorek 8 km na zmianę 3 minuty truchtem a 3 min. marszem; w piątek 6 km - 4 min. truchtem i 4 min. marsz; w niedzielę 10 km - 4 min. trucht i 3 min marsz. W kolejnym miesiącu można wydłużyć dystanse i truchty, w kolejnych biegać już z intensywnością 70-80 procent, inną każdego dnia treningu. Z czasem warto zwiększać liczbę treningów w tygodniu. Nie wolno ćwiczyć rzadziej niż 2 razy w tygodniu, ponieważ między jednym a drugim treningiem organizm zapomina poprzednie ćwiczenia i zaczynamy jakby od zera. Żeby znaleźć czas na bieganie, według Bartoszaka, najlepiej umawiać się na treningi ze znajomymi. To mobilizuje i trudniej się wykręcić.

Bartoszak opowiadał o tym, jak w podstawówce mądry nauczyciel w-f spowodował, że zafascynował go sport. Wiejska szkółka z Wielkopolski zdobyła wtedy jednego roku trzy mistrzostwa Polski. - To była zabawa, miałem 13 lat i zakochałem się w sporcie - mówił. Do pełnej formy - jak wspominał sportowiec - dochodzi się w kilka lub kilkanaście lat. Ze szczegółami opisywał też swój roczny plan treningowy.  - Kilka razy byłem mistrzem Polski, ale nie ośmieliłbym się mistrzem nazwać. Każdy dla siebie osiąga swe mistrzostwo, to ważne, czy sami jesteśmy z siebie zadowoleni - przekonywał.

Mistrz prowadzi w Poznaniu niedzielną grupę biegową i opowiadał, że każdy osiąga w niej jakieś sukcesy. Pewna kobieta zaczynała od 4,5 km, które przebiegała z ledwością, przepychana przez trenera. Po miesiącu przebiegła 18 km.

 - Trudno jest zacząć, sam pamiętam, że po dłuższej przerwie cierpiałem na treningach. Ale miałem tą przewagę, iż pamiętałem, jak fantastycznie jest później. Warto przetrzymać tych kilka trudnych tygodni początku - mówił Bartoszak.

JAK UNIKNĄĆ KONTUZJI?

Oczywiście zdarzają się kontuzje, mistrz sam przeszedł ich sporo, ale jego zdaniem urazy bardzo często wynikają po prostu ze złego trenowania lub gdy nie słuchamy organizmu, który daje sygnały, że ma dość. - Nic na siłę - podkreślał Bartoszak.

Radził obudować kręgosłup mięśniami brzucha i grzbietu oraz unikać miękkich foteli, także w samochodzie, by nie złapać rwy kulszowej. No i nie biegać po asfalcie ani miękkim podłożu typu trawa pola golfowego. Najlepiej wybierać do tego dukty leśne. Lepiej też nie kupować zbyt miękkich butów, ponieważ wtedy łatwiej o kontuzję ścięgna podeszwowego.

Anna Pawłowska-Pojawa przekonywała jednak, by biegać po różnym podłożu,  od czasu do czasu także po asfalcie. - Bo potem wyjdziecie na maraton, który biegnie się po asfalcie i jest kłopot. Teraz wiele butów amortyzuje twardość podłoża - sądzi.

Sama trenuje już 7 dni w tygodniu, codziennie wstaje w tym celu o godz. 5 rano, bo tak chce, i nigdy nie miała kontuzji.

Autor: Bernadeta Waszkielewicz  Żródło: www.sadeczanin.info


Krzysztof Wielicki w Krynicy: każdy z nas ma swój Mount Everest!

- Lata 80. to był złoty wiek polskiego himalaizmu. My pisaliśmy wtedy historię - wspominał Krzysztof Wielicki w Krynicy-Zdroju, podczas wykładu towarzyszącego Festiwalowi Biegowemu Forum Ekonomicznego.

Lata 80. to był złoty wiek polskiego himalaizmu. My pisaliśmy wtedy historię - wspominał Krzysztof Wielicki w Krynicy-Zdroju, podczas wykładu towarzyszącego Festiwalowi Biegowemu Forum Ekonomicznego. To było długo oczekiwane spotkanie z wielkim Polakiem, który należy do pierwszej piątki zdobywców Korony Himalajów i Karakorum, czyli 14 szczytów o wysokości ponad 8 tysięcy metrów nad poziomem morza. - Kiedy się mnie pytali, dlaczego w pierwszej piątce zdobywców Korony jest aż dwóch Polaków, skoro teren u nas raczej płaski, to odpowiadałem: i Jurek Kukuczka, i ja mieszkamy na Śląsku, gdzie zanieczyszczenie jest tak duże, że praktycznie nie ma tlenu. Dlatego szybciej się adaptujemy do klimatu wysokich gór - żartował himalaista.

W latach 80. i 90. XX wieku polscy alpiniści faktycznie dokonywali rzeczy przełomowych. W 1980 roku pierwszy raz wspięła się zimą na himalajski ośmiotysięcznik, a ściślej na Mount Everest, właśnie wyprawa z udziałem Wielickiego. Otworzyła tym sezon zimowy przed alpinistami z całego świata, bo wcześniej nie zdobywano szczytów w Himalajach o tej porze roku.

- Ktoś zawsze musi złamać jakąś barierę, pokazać, że się da. To są ważne momenty w historii. Andrzej Zawada pierwszy zdobył się na atak Everestu zimą. Od tej pory mówiono o nas Poles - ice various - podczas wykładu w Starym Domu Zdrojowym śmiał się Wielicki, który jako pierwszy wszedł zimą także na Kanczendzongę i Lhotse.

Zima jest tu inna, to pora sucha, nie pada śnieg, wieje silny wiatr. Trzeba było mieć szczęście, by na 8 tysiącach wysokości nie mieć huraganu o prędkości 180 kilometrów na godzinę. Warunki są skrajne: minus 42 stopnie Celsjusza, krótki dzień, brak możliwości regeneracji. Trzeba było dobierać ludzi, którzy w takich warunkach działali. Zawada stworzył zespół doskonały, byliśmy ?jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Mieliśmy w sobie głęboki patriotyzm i z nim szliśmy w góry - wspominał himalaista. Przyznał, że służyły im złe czasy PRL: sklepy puste, praca nie miała sensu. Postanowili zarabiać, przez 4 miesiące pracując na kominach, a resztę roku spędzać w górach. Tak zdobywali doświadczenie i mieli czas, by kilka miesięcy spędzać na wyprawach w Himalajach. Dzięki temu Wielicki zdobył w kolejnych latach 14 ośmiotysięczników, niektóre dwukrotnie:

1980 - Mount Everest (8848 m n.p.m.);

1984 - Broad Peak (8048 m) i Manaslu (8163 m, nową drogą a klasyczną w 1993 r.);

1986 - Kanczendzonga (8586 m, pierwsze zimowe wejście) i Makalu (8463 m), nowym wariantem);

1988 - Lhotse (8511 m, też pierwsze zimowe wejście);

1990 - Dhaulagiri (8156 m, nową drogą);

1991 - Annapurna (8091 m);

1993 - Czo Oju (8201 m) i Szisza Pangma (8021 m)

1995 - Gaszerbrum I (8068 m) i Gaszerbrum II (8035 m,  także w 2006 r.);

1996 - Nanga Parbat (8125 m) i K2 (8611 m), uważaną za najtrudniejszą górę Himalajów. Zdobył ją dopiero podczas czwartej swej wyprawy, latem.

Na część szczytów wspinał się samotnie, np. na Gaszerbrum II, Dhaulagiri, Szisza Pangma czy Nanga Parbat. Na paru wytyczył nowe drogi. Na Broad Peak było to pierwsze wejście na ośmiotysięcznik i powrót do bazy w jedną dobę, w 21 i pół godziny, samotnie. Solo wszedł też na Lhotse i to... w gorsecie ortopedycznym. Na wcześniejszej wyprawie na himalaistów, w tym na Wielickiego, spadła bowiem lawina kamieni. Miał uszkodzenie kręgosłupa i nie przyznał się lekarzowi, że zamierza znowu wyjechać w Himalaje.

 - Lekarz z gazety się o tym dowiedział, chciał mnie zabić - wspominał z rozbawieniem. I przypominał stare powiedzenie alpinistów: ?jest ryzyko, jest zabawa, albo gleba, albo sława". Podkreślał, że na dużej wysokości mało się je, więc lepiej zabrać coś, co sprawi przyjemność. Że lepiej zdobyć się na mniejszy wysiłek w dłuższym czasie niż duży w krótkim. I że najgorsza jest pierwsza wyprawa - potem organizm już pamięta, co go czeka, i szybciej się dostosowuje.

W wyprawie na Nanga Parbat towarzyszyli mu tylko pakistańscy tragarze. Każdy z bronią, bo im lepszy karabin, tym wyższa pozycja mężczyzny w tej części kraju. Z dołu obserwowali jego wspinaczkę.

- Szedłem jak na rozstrzelanie, ja z plecaczkiem a za mną pasterze z karabinami. W myślach błagałem, by zepsuła się pogoda i wybawiła mnie od wspinaczki. Bo to już był koniec lata, powinno być źle, wszystkie wyprawy zrezygnowały, zostałem tylko ja. Ale słońce pięknie świeciło. Znalazłem stare ślady i szedłem, aż na szczyt. Zrobiłem 2 rolki filmu, ale rozglądałem się za innym dowodem. W końcu wypatrzyłem haczyk, pociągnąłem. Była na nim tabliczka zdobywcy szczytu sprzed 20 lat, z 1976 roku. Miałem dowód - wspominał.

Himalista barwnie opowiadał w sobotę i o swych wprawach, i o swych towarzyszach. M.in. Jerzym Kukuczce, który zdobył Koronę Himalajów jako drugi człowiek na Ziemi (po Reinholdzie Messnerze), a który zginął 24 października 1989 r., próbując zdobyć Lhotse nową drogą, przez południową ścianę.

Dzięki niemu mówili o nas z podziwem w Pakistanie. Także dlatego, że zbudował im pierwszą bimbrownię - sypał anegdotami Wielicki.

Opowiadał też o Wandzie Rutkiewicz, swej instruktorce, która jako pierwsza kobieta na świecie stanęłą na szczycie K2, a jako trzecia kobieta zdobyła Mount Everest. Na tej najwyższej górze świata stanęła jako pierwsza Polka i pierwsza Europejka. - I to bezczelnie zdobyła tę górę tego samego dnia, w którym Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Jan Paweł II powiedział jej później: ?Dobry Bóg tak chciał, abyśmy tego samego dnia zaszli tak wysoko" - wspominał w Krynicy Wielicki.

Rutkiewicz także zaginęła w Himalajach - w 1992 roku, podczas wyprawy na Kanczendzongę. Jej ciała nie odnaleziono.

Na pewno byłaby pierwszą kobietą z Koroną Himalajów. Cechowała się wielkim uporem. Miała głód sukcesu. Rzuciła wszystko dla gór i może to spowodowało późniejszy dramat - mówił Wielicki. - Szkoda, że nie ma ich wśród nas, ale trzeba pogodzić się ze śmiercią, każdego kiedyś dorwie. Ważne, by ten czas na Ziemi przeżyć ciekawie.

Ubolewa, że nie ma następców wielkich polskich alpinistów. Bo albo nie mają potrzebnych na wyjazd 5-6 tys. dolarów, a jak mają, to brak im czasu. Dobrze zarabiający pracownicy np. korporacji nie mogą sobie pozwolić na kilkumiesięczny wyjazd. A brak sponsorów wypraw, ponieważ nie można za nimi posłać telewizji - ?to dzieje się gdzieś daleko, długo trwa, nie jak mecz na stadionie". Na szczęście pojawiają się młodzi i chętni na wyprawy i grupa weteranów zamierza ich wytrenować.

Wielicki ma 60 lat i sam nie rezygnuje z wypraw. Nie pali się już do zdobywania Korony Ziemi.

Bóg wiedział w jakim miejscu umieścić Himalaje. Czasem mnie pytają, po co mi Korona Himalajów. Odpowiadam: nie wiem, ale lepiej mieć niż nie mieć - żartuje Wielicki. Według niego wspinaczka działa terapeutycznie - warto się zmęczyć i coś osiągnąć. Wtedy każdy inny problem wydaje się błahy. Trzy lata temu próbował znów zdobyć Nanga Parbat, zimą, lecz pogoda zmusiła go do odwrotu. Przed nim kilka niezdobytych zimą szczytów, także 7-tysięczniki.

Szczyt to nie jest jedyny cel, celem jest sama wspinaczka, to że idzie się w góry. Wspinanie daje człowiekowi wielką wolność w górach. Emocje i adrenalina. Przyjaźń i odpowiedzialność za partnerów wspinaczki - tego himalaista tracić nie chce. I dodał: - Alpinizm jest w głowie. Trzeba się było urodzić w odpowiednim czasie. My pod Everestem byliśmy sami, teraz stoi tam 200  namiotów, a ludzie traktują to jak wycieczkę.

Autor: Bernadeta Waszkielewicz,  Żródło: www.sadeczanin.info