Poczet Ambasadorów Festiwalu Biegów – Anna Szlendak. "Podobno żyje się tylko raz"


Opublikowane w śr., 05/02/2020 - 15:15

Ania Szlendak - Szefowa kobiecej grupy Wybiegaj Siebie, matka, ultramaratonka, ambasadorka Bursztynowego Festiwalu Biegowego, nowa ambasadorka Festiwalu Biegów w Krynicy-Zdroju, właścicielka biegającego psa Odiego, lubiąca pisać o bieganiu i motywowaniu. 

Podobno żyje się tylko raz, ale jeśli człowiek się postara, to ten raz wystarczy.

Dlatego biegam, tzn staram się, po swojemu.

Dlatego częściej można zobaczyć mnie w leginsach niż w szpilkach, dlatego z przepoconymi włosami i pachami po skończonym treningu stoję w Biedrze w kolejce przy kasie i w dupie mam, że rozmazał mi się tusz do rzęs.

Dlatego większość moich znajomych liczy kilometry, a urlopy zgrywa z zawodami gdzieś bliżej lub dalej.

Dlatego mam psa, który ma równie duże pokłady energii.

Dlatego lubię namawiać na różne szalone i dla niektórych niezbyt poważne, rozważne wyzwania.

Dlatego lubię prowadzić treningi i czasami krzyczeć, używając subtelnych argumentów

Dlatego czasami alienuje się i sama wbiegam w las.

Dlatego w tym roku, jakoś w połowie chce stanąć na starcie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich 2020 na trasie 240 kilometrów i pokonać te 7 szczytów w limicie 60 godzin.

Dlatego w każdym miesiącu staram się być gdzieś na górskich szlaku

Dlatego o ile hormony mi nie przeszkadzają, zamęczam fejsa wpisami i fotkami na profilu Mam wybiegane.

Bo...

Być może ktoś się ruszy, wzruszyć i znajdzie sposób w biegu, by ten raz wystarczył.

Dawno temu, w odległej galaktyce, jeszcze za czasów kiedy na biegacza patrzono, jak na wariata, który opuścił szpital. Nie opuszczając nawet swojego podwórka kilka razy pobiegałam wokół domu, dochodząc do wniosku, że jednak nie będę chomikiem i zostałam wierna jeździe na rowerze. Gdy urodziłam pierworodnego narodziła się też myśl, by pobiegać, bo przecież chciałam zrzucić kilka kilogramów. Wzięłam buty z fitnessu i pomknęłam w bawełnianej koszulce, tuz po zachodzie słońca. Biegałam tak prawie 5 lat, tą samą ścieżką, ta samą trasą nie patrząc na czasy, międzyczasy i tempo. Z uporem maniaka nie zapisywałam się na żadne zawody. Podchodziłam do nich z dystansem. Płacić za możliwość polatania po mieście? Dla medalu? Nie przekonywało mnie to, do czasu aż w końcu dałam się namówić ludziom z pracy i stanęłam na starcie Biegu Konstytucji 3 Maja. Wtedy przepadłam i wpadałam na trasy różnych biegów. Nie mając w cv półmaratonu, zapisałam się na 30 kilometrowy Bieg Tygrysa, próbowałam po troszku wszystkiego, łącznie z biegami przeszkodowymi. Jak mi ktoś powiedział, że nie jestem przygotowana na Runmageddon Ultra, to prawie wyrzuciłam jego telefon z kontaktów i nie dość, że stanęłam na starcie, to również dobiegłam do mety.

Obecnie z syndromem uzależnienia z zamkniętymi oczami zapisuję się na ultrabiegi górskie, a potem zastanawiam się w ciemnym lesie i z wrodzonym astygmatyzmem - dlaczego ta czołówka jest tak słaba.

Zawsze zapominam się przygotować, tak jakbym tego chciała i budzę się z butami bez sznurówek dwa tygodnie przed imprezą ;) A jak już uda mi się przygotować, to nawet udaje mi się wbiec na pudło. Z pudłem czy bez czerpie z tego niebywałą satysfakcję, bawię się, krzyczę i uśmiecham do fotografów, bo zdjęcia są chyba ważniejsze niż medale. Nadal nie zwracam uwagi na międzyczasy, nie mierzę tętna, nie biegam z zegarkiem. Ważniejsze jest by cieszyć się w trasie tym, co na niej jest ważne, a najważniejszym jej elementem jestem w danym momencie ja, moje problemy, smutki, radości.

Bieganie jest dla mnie antydepresantem i lekiem przeciwbólowym, który nie rozwala żołądka, bezinwazyjnym zabiegiem na ciało i umysł, podróżą za miliony uśmiechów, która napędza do wszelkiego działania. Uzależnieniem, które nie pokaże mi efektów ubocznych (mam nadzieję).

Nie stając na starcie tradycyjnego maratonu zaliczyłam już nie jedną metę ultramaratonu górskiego i mam apetyt na przebiegnięcie wszystkich gór w Polsce, a potem tych poza jej granicami. Bo i to ekonomiczniejsze i zajmuje mniej czasu niż tradycyjne chodzenie po górach.

Na biegu mogę się obyć bez obowiązkowego sprzętu, jednak ciężko byłoby mi biec bez błyszczyka i szminki w kieszeni.

W życiu , jak i w biegu staram się zbierać wspomnienia a nie rzeczy i przekazywać, że jak się czegoś chcę, to jest to do zrobienia. Bo jak kiedyś powiedział mi kolega: tam gdzie kończy się fizyka, zaczyna się psychika. To staram się z przekazywać dziewczętom z mojej grupy Wybiegaj Siebie, która już od dwóch lat się mocno rozbiegała. Gdy przychodziły na pierwszy trening większość z nich nie miała za sobą przebiegniętej piątki. A teraz w cv mogą wpisać, półmaratony, maratony, ultra, biegi górskie i te z przeszkodami. To dla nich organizuję treningi pod biegi górskie i nie tylko, to dla nich chce mi się wychodzić w deszczu i organizować biegowe wydarzenia. To z nimi jeżdżę po Polsce ciesząc się jak dziecko, gdy wbiegają usatysfakcjonowane na metę.

Dzięki bieganiu poznałam przyjaciół, znajomych i psa, z którymi nie muszę się kłócić o formę spędzania czasu, bo w wolnym czasie zawsze biegamy na imprezach albo same z sobą. Dzięki bieganiu walczę z depresją, która gdzieś tam zawsze chce się wychylić zza rogu. Dzięki bieganiu podjęłam kilka ważnych decyzji w życiu. Dzięki bieganiu byłam nocą w górach, dzięki bieganiu nie spałam ponad 30 godzin, dzięki bieganiu mogę powiedzieć, że mam pasję, która kocham i cieszę się, jak szczerbaty, jak zobaczy suchary, że dzielę się z nią i nią zarażam. Chcę być jak wirus i zarażać na szerszą skalę, dlatego jestem Ambasadorem Festiwalu Biegów, a dzięki niemu pierwszy raz pojadę do Krynicy, gdzieś po drodze pokonując dużo kilometrów w biegu, zbiegu i na podbiegu. Lepiej żałować ze się cos zrobiło, niż żałować , że się czegoś nie zrobiło – to hasło zazwyczaj jest motywatorem na starcie i w każdym moim wyjeździe biegowym. Z chęcią się nim podzielę, a Ty włóż na początek te bawełnę i puść się w nieznane.

Anna Szlendak, Ambasadorka Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce