Rzeźnik Ultra z perspektywy drugiego miejsca: "Śmietana z cukrem", "Kogut z szyją na pieńku"...


Opublikowane w wt., 02/06/2015 - 23:31

„Jest ultra, trzeba sobie radzić”. Paweł Pakuła (na zdjęciu po prawej, nr 258) podsumowuje premierową odsłonę Biegu Rzeźnika Ultra i swój start w Bieszczadach. Jakże udany – lubelski ultramaratonczyk, przyjaciel naszej redakcji ukończył zmagania na drugim miejscu!

Prolog

„Paweł, to może pierwszy etap nocny polecimy razem? Jak będziemy chcieli się pościgać to będzie na to czas później” – Proponuje mi w którejś kolejnej rozmowie mój kolega, Piotr Sawicki. Chętnie się godzę. Znam Piotrka od kilku lat, w zeszłym roku pobiegliśmy klasycznego „Rzeźnika” uzyskując 4. miejsce i bardzo zadowalający czas. Świetnie było. Z chęcią pobiegnę z nim znowu, choć tym razem formuła imprezy nie wymaga biegu w parze. Znowu Piotr i Paweł razem, dwaj „apostołowie”.

Bieg Rzeźnika Ultra. Tydzień przed klasykiem. Pierwsza edycja. W zamyśle organizatorów impreza dla tych, którzy szukają większych wyzwań niż Rzeźnik klasyczny a i na wersję hardcore machają lekceważąco ręką. Dystans biegu i przewyższenia znane są tylko w przybliżeniu. 135-140 km, podejść od 4100 lub 6300 metrów. Różnica dystansu o 5 km większej różnicy nie robi, ale blisko 2 kilometry pod górę mniej lub więcej już tak. Cóż, będziemy przecierać szlaki, poznawać „terra incognita”. Na szczęście organizatorzy dopuścili możliwość zejścia z trasy wcześniej, ukończenia wyścigu i bycia sklasyfikowanym na krótszym dystansie.

Planujemy z Piotrem zacząć spokojnie, lekko. Powalczyć o miejsce dopiero w drugiej połowie. Trasa ma być oznaczona, liczę, że dobrze. Na wszelki wypadek w domu przygotowuję jednak schematyczną mapkę, profil trasy z zaznaczonymi punktami odżywiania i przepakami oraz wysokością pagórków, na które trzeba będzie się wspiąć. Do plecaka pakuję mały kompas, zabieram też kije, których zechcę użyć w drugiej połowie. Sprzęt mam, trenowałem, wydaje mi się, że jestem przygotowany.

Na miejsce dojeżdżam przed Piotrem i w biurze zawodów dowiaduję się o niespodziance. Trasa w ostatniej chwili została częściowo zmieniona. Władze Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie pozwoliły na poprowadzenie biegu wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy, do Przełęczy Bukowskiej. Ponoć związane jest to z okresem rozrodczym niedźwiedzi. Mamy pobiec grzbietem wzdłuż polsko-słowackiej a potem polsko-ukraińskiej granicy. Z Małej Rawki zbiec do Ustrzyk Górnych, potem kilka kilometrów asfaltem, do Wołosatego gdzie na 50. kilometrze ma być pierwszy przepak, pierwszy punkt żywieniowy i co bardzo ważne – pierwszy punkt z wodą. Nie będzie punktu z napojami na 13. kilometrze.

Startujemy o 22:00 i będziemy biec w środku nocy po dzikich, górskich terenach. Należy wziąć odpowiednią ilość zaopatrzenia na te pierwsze 50 km bez wsparcia. Nie przejmuję się tym zbytnio, bo w pieszych maratonach na orientację, w których często startuję najczęściej nikt nie zapewnia ani picia ani jedzenia przez 50 lub więcej kilometrów. Trzeba radzić sobie samemu. Tu jednak będą biec ludzie bez doświadczenia w ultra-orientacji a raczej z doświadczeniem z biegów ulicznych. Przyzwyczajeni, że im ktoś, co kilka, kilkanaście kilometrów podaje kubek z wodą. Nawet w zwykłych maratonach ulicznych widuje się ludzi, którzy biegną z Camelbakiem pomimo, że co 5 km są punkty z wodą. To co będzie się działo tutaj? Już domyślam się, że będą narzekać.

Trudno. Jest ultra, trzeba sobie radzić. Na odwrotnej stronie numeru startowego na szybko notuję zmiany w przebiegu trasy i kolory szlaków, których mamy się trzymać.

Polecamy również:


Podziel się: