Sziszapangma, seraki i sto osiemdziesiąt bramek Chengdu Zygmunta Berdychowskiego


- Nie jestem z tych, którzy zwiedzają wszystko wokoło, robią zdjęcia, biegają po Lhasie za pamiątkami. Jestem skoncentrowany na górze i nic innego dokoła mnie nie interesuje - mówi Zygmunt Berdychowski po zdobyciu czwartego ośmiotysięcznika.

Zygmunt Berdychowski zdobył Sziszapangmę!

Z Zygmuntem Berdychowskim, przewodniczącym Rady Programowej Forum Ekonomicznego i pomysłodawcą Festiwalu Biegowego w Krynicy-Zdroju rozmawia Tomasz Kowalski

W 2107 roku udało się zdobyć Manaslu. Kiedy zaczął pan myśleć o wyprawie na kolejny ośmiotysięcznik?

Zygmunt Berdychowski: Każda wyprawa zaczyna się w maju, bo wtedy trzeba wybrać cel, zgłosić akces, zapłacić pierwszą cześć opłaty za udział w ekspedycji, zacząć intensywnie trenować, żeby mieć kondycję, która pozwoli na wejście na tak wysoką górę; tego nie da się zrobić w ciągu miesiąca. Ja, na szczęście, mam trening biegowy. A Sziszapangma pojawiła się tak naprawdę w sierpniu, kiedy okazało się, że pierwotny cel, czyli Makalu, w tym roku był celem bardzo niewielu wypraw. A to oznaczało, że musielibyśmy sami rozwinąć liny poręczowe, co nie tylko kosztowałoby znacznie więcej, ale pewnie nie byłoby możliwe, bo rozkładanie lin tylko dla dwóch osób mija się z sensem.

Tymczasem na Sziszapangmę wybierało się kilka innych ekspedycji i liny, niezależnie od nas, miały być rozłożone. Wtedy stanęliśmy przed pytaniem, czy decydujemy się na Sziszapangmę. Ponieważ nie byłem tu ani tu, od razu podjąłem decyzję, ze mogę iść. To najlepszy dowód, jak często wyprawami  wysokogórskimi rządzą przypadki, bo wszystko zależy od tak wielu czynników, że nie sposób ich wszystkich przewidzieć, w tym długoterminowych prognoz pogody.

Tak czy inaczej, przygotowując się do Festiwalu Biegowego, w maju przebiegłem sto pięćdziesiąt kilometrów, w czerwcu dwieście, w lipcu trzysta, w sierpniu znów dwieście i wliczając wrzesień z Festiwalem, zrobiłem dobry tysiąc kilometrów. To tak naprawdę daje ci dopiero gwarancję, że możesz lecieć w Himalaje.

Z kim pan wybrał się tym razem? Z tą samą ekipą?

Tak, przypadkowo spotkałem się z nimi już na Antarktydzie i od tego czasu, wprawdzie w różnym składzie osobowym, ale cały czas jeżdżę z tym samym organizatorem. To po prostu dobra firma, zawsze mogłem na nich liczyć. W przypadku Everestu to była jedyna ekipa, która miała lekarza; badał ciśnienie, miał furę leków - to, nawet jeśli nie było potrzebne, dawało pewność, że gdyby działo się coś bardzo złego, nie zostajesz z tym kłopotem sam. W dodatku, w 2014 roku, jedna z uczestniczek wyprawy, nawiasem mówiąc, Polka, miała wielkie kłopoty z zejściem z Everestu, ale gdy widziałem jaką zorganizowali wtedy akcję ratunkową, że wysłali dziesięć osób z siedmiu na osiem tysięcy…

To miał pan pewność, że w razie czego nie zostanie sam...

Tak, to jest niezwykle ważne, buduje u ciebie przekonanie, że nie grozi ci szczególne niebezpieczeństwo, że właśnie z nimi możesz chodzić w te góry. To, obok kondycji, którą masz, na którą pracujesz wiele miesięcy, drugi bardzo ważny element - przekonanie, że idziesz w towarzystwie ludzi,  którzy cię nie zostawią.

Po kilku wyprawach umiem też ocenić poziom zaawansowania organizacyjnego: czy są Szerpowie, czy jest kuchnia, czy jest stołówka – cała ta infrastruktura, dzięki której człowiek może przetrwać pięć, czasem dziesięć dni, kiedy w obozie siedzisz i czekasz na otwarcie okna pogodowego. Takie rzeczy powodują, że ten pobyt jest bardziej lub mniej znośny. Bo jeśli te warunki są dobijające, to odbierają ci potem całą ochotę żebyś szedł przed siebie.

Ale wróćmy do sierpnia, bo wtedy zapada decyzja: Sziszapangma…

No i wtedy zaczyna się pakowanie, kupowanie biletów, sprawdzanie jeszcze raz odzieży, wyposażenia. Bo gdy wracam, przywożę do domu buty, kurtkę, spodnie… wszystko  jest prane i składane  w jednym, tym samym miejscu. Nie korzystam z tego w ciągu roku, więc dzięki temu przed kolejną ekspedycją dokonuję tylko przeglądu. Ale na nowo trzeba kupić żele, witaminy. Leki też, żeby nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę.

Czosnek również?

Czosnek w tabletkach; tak, bezwzględnie. Jak już jesteśmy u góry, to czosnek na stole się pojawia niezależnie od tego, co sami zabieramy. Chodzi o obniżenie ciśnienia.

Leki nasenne?

Tak, Apap Noc głównie, czasem Stilnox. Są, dla mnie szczególnie, konieczne, bo dają gwarancje, że zasnę wtedy gdy trzeba spać i na drugi dzień, gdy trzeba iść, nie ma dyskomfortu.

A tego, co może zakłócić sen, jest sporo, począwszy od wiatru…

Przede wszystkim przeszkadza to, że schnie nos. Powietrze tak go wysusza, że w końcu zaczynasz oddychać ustami. A jak zaczniesz już oddychać ustami to masz tak sucho w gardle, że zaczynasz kaszleć, a jak kaszlesz, to już nie śpisz. Wiele też zależy od tego gdzie śpisz. Może cię obudzić wiatr, a na lodowcu budzą ruchy lodowca - słychać ciągle jak trzeszczy, jak pęka, przesuwa się. To powoduje, ze leżysz, wsłuchujesz się w te wszystkie odgłosy, myślisz tylko o tym, żeby zasnąć, czekasz na sen, a sen nie przychodzi.

Leki są, wszystko jest na swoim miejscu, spakowane…

I leży w torbie podróżnej i plecaku. W tym roku w torbie podróżnej zważonej na Balicach miałem 29 kilogramów, w plecaku 11 kilogramów; razem 40. To dużo i mało, bo na przykład buty muszą być w dwóch odmianach - musisz mieć trekkingowe, w których chodzisz do wysokości sześciu, sześciu i pół tysiąca metrów, bo powyżej jest już lodowiec, dużo śniegu i zbyt niska temperatura. Wtedy wkładasz już specjalne buty wysokogórskie, z butem wewnętrznym XXX

Uzbierało się 40 kilogramów, bo samych skarpet bierzesz siedem, osiem par. Jest odzież termoaktywna, są polary… Weźmiesz jeden polar, ale przewidujesz, że powinieneś wziąć kolejne – bo wiesz, że jeśli założysz polar, to go przepocisz, więc jak wrócisz, musisz założyć suchy. Budzisz się na drugi dzień rano, a ten wilgotny może jeszcze nie wyschnąć, więc powinieneś mieć trzeci. Do tego trzy pary spodni, bluz… Jeśli się czegoś zapomni, zawsze można dokupić w Lhasie.


Polecamy również:


Podziel się: