Ultramaraton mojej porażki – relacja z nieudanego ataku na Bieg 7 Dolin [WIDEO]


Opublikowane w sob., 06/09/2014 - 21:33

Jako amator pasjonujący się biegami ultra i pokonywaniem długich dystansów o własnych siłach, lubię myśleć o tego typu przedsięwzięciach jak o przygodzie, mniej zaś jak o sporcie. Zaś cechą każdej przygody jest jej nieprzewidywalność, którą rozumiemy jako ilość elementów, które mogą pójść źle albo bardzo źle. Weźmy pod lupę bieg ultra. 

Co się może stać, że nie damy rady dotrzeć do mety? Na szybko do głowy przychodzi mi co najmniej kilkanaście elementów: warunki na trasie mogą nas zaskoczyć, sprzęt może okazać się wadliwy, potknięcie na zbiegu może spowodować kontuzję, forma może okazać się niewystarczająca, i tak dalej, i tak dalej. Mnóstwo tego i nie sposób zawczasu zabezpieczyć się przed każdym z nich.

Podchodząc do Biegu 7 Dolin – mojej pierwszej setki liniowej – niemalże chuchałem z dbałością na każdy detal. A to posiłki na kilka dni przed zawodami, nawodnienie, mikroelementy, kupiłem stosowną taśmę do obklejenia moich wiecznie obcierających się paliczków w butach, przygotowałem sprawdzony strój, sprawdziłem nawet sznurówki w butach i to, czy paski od plecaka nie będą mnie obcierać. Nie mówiąc o treningu, który podpasował mi w ostatnich tygodniach jak nigdy. Słowem – byłem gotowy na to wyzwanie pod każdym względem.

Byłem, ale nie dobiegłem. Rzuciłem ręcznikiem w Piwnicznej, gdy po serii problemów z bebechami, mój organizm wydrenował się z energii do denka. Lałem w siebie litry wody, izotoniku, szamałem ulubione batoniki, żelki, ale wysuszonego do cna zbiornika paliwowego nie udało się efektywnie zapełnić, tak by transfer mocy potrzebnej do dalszej napierki wreszcie ruszył z kopyta. Znałem takie stany z uprzednich startów – organizm niemal się zasysa, próbując skądś pobrać energię do dalszego poruszania się, samopoczucie jest parszywe, bo znasz swoje możliwości, wiesz ile wysiłku włożyłeś  w treningi, a teraz brakuje ci mocy, by choćby powłóczać nogami po szlaku.

Rzuciłem ręcznikiem, choć mógłbym, na granicy limitu, dotoczyć się do mety. Mógłbym, ale to rozwiązanie uznałem za sprzeczne z ambicjami – chciałem tego dnia pokonać 100 kilometrów w lekko poniżej 11 godzin. Jeszcze na Hali Przehyba negocjowałem ze skołatanym organizmem możliwość połamania 12, później 13 godzin, stopniowo obniżając poprzeczkę, byleby tylko nie skazać się na DNF. Ale kolejna seria wizyt w krzakach, nieudana próba zmuszenia się do biegu na łagodnych zbiegach przeważyły szale – nie ma co się kopać z koniem, to nie był mój dzień.

Takie doświadczenia – znane każdemu ultrasowi – stanowią wartość dodaną, o ile wynosi się z nich coś na przyszłość. Co ja wyniosłem? Zasadniczo niewiele – nie wiem, co zaszkodziło trawieniu, nie wiem, dlaczego, mimo opatrzeniu się w proste cukry nie udało się postawić organizmu z powrotem do pracy. Na wnioski przyjdzie czas – na odkucie też. Oby prędko, bo taka porażka domaga się szybkiej zemsty.

Andrzej Brandt


Tak było dziś na przepakach biegu 7 Dolin:

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce