Opowieść pirenejskiego muła – Mític Trail w Andorze [ZDJĘCIA]

Opowieść pirenejskiego muła – Mític Trail w Andorze [ZDJĘCIA]



Ordino, 7 lipca, 22:00. Rozpoczyna się krótka letnia noc, dopiero robi się ciemno. Strzelają sztuczne ognie, z głośników płynie efektowna aria operowa. Wąską uliczkę starego andorskiego miasteczka wypełnia ściśnięty tłum ponad 400 napieraczy, gotowych do okrążenia naokoło maleńkiego pirenejskiego księstwa. Przed nimi do pokonania 112 kilometrów w poziomie i 9700 metrów w górę. Mają na to 46 godzin. Czy to dużo?

Relacja Kamila Weinberga

Pic de Comapedrosa, 8 lipca, 3:00. Już kilka miesięcy przed biegiem sprawdziłem, że na najwyższy szczyt Andory wejdziemy przy pełni księżyca. Teraz właśnie przebił się przez chmury i razem z naszymi czołówkami próbuje oświetlać diabelnie strome podejście po osypującym się piargu. Prawie 900 m w górę na 3 km.

Po kilkukilometrowej rozbiegówce asfaltem i szlakami w dolinie, wbiliśmy się na pierwsze podejście na ponad 2100 metrów. W pewnej chwili zauważyłem brak numeru startowego. Musiałem źle zapiąć pasek. Miałem farta. Odwróciłem się i usłyszałem, a potem zobaczyłem dziewczynę wołającą moje imię. Susana z Andory odczytała je z leżącego na ścieżce numeru. Serdecznie jej podziękowałem. Później mieliśmy się spotkać jeszcze kilka razy.

Cały prowadzący głównie wąskimi ścieżkami początek był tłoczny. Gdzie się dało, na nielicznych zbiegach próbowałem się przesuwać do przodu. Pierwszy bufet w schronisku ogarnąłem szybciutko, pochłaniając miskę zupy, trochę przekąsek i kilka kubków coli.

Teraz podchodzimy na Jej Wysokość Comapedrosę „drogą japońską”, jak ją nazwaliśmy kilka dni wcześniej z Olgą. Na nią skręcili widziani przez nas wcześniej turyści z Kraju Kwitnącej Wiśni, kiedy podchodziliśmy w kierunku Medecorby, Entravessady i grani Cresta dels Malhiverns. Przyjechaliśmy tu razem, by potrenować przed naszym wielkim październikowym wyzwaniem, które mamy pokonać jako drużyna.

Ale to materiał na inną opowieść, teraz jest tu i teraz, czyli Mític. Może te wspomniane treningi dały jakąś aklimatyzację. A na razie rypiemy po osypujących się piargach, skałach, czasem po śniegu. Stromo jak tylko może być. Nic dziwnego, że ta droga normalnie tak rzadko chodzona, bo po prostu jest parszywa. – Rock! – krzyczę w dół po strąceniu nogą kamienia, by ostrzec tych pode mną. – And roll! – odpowiada jakiś Katalończyk. Obaj wybuchamy śmiechem. Time to rock'n'roll!

W końcu wyłazimy na przełęcz i razem z grupką jego rodaków wspólnie pokonujemy ostatnie metry na pik. Znam parę brzydkich słów po hiszpańsku z czasów gry w piłkę w międzynarodowej drużynie, więc korzystam z nich dla wyrażenia swoich uczuć. Po katalońsku pewnie jest jakoś podobnie, bo mnie kumają. Na szczycie stoi... kobziarz i gra jakąś rzewną melodię.

Czeka nas zbieg „drogą bułgarską”. Tędy schodził Nikoła z Sofii, którego spotkaliśmy tu z Olgą. Teraz właśnie ciśnie Rondę, czyli dystans 170 km. Jeszcze go kilka razy spotkam. Na zbiegu wchodzę w tryb Kiliana Jorneta. Mimo ciemności i osypującego się piargu wyprzedzam kogo się da, czasem na granicy ryzyka. Kilianowanie pewnie będzie mnie kosztować trochę sił, ale gdzie mogę nadrobić, jak nie tu?

Bufet w Refugi Coma Pedrosa. Spotykamy się z zawodnikami Celestrail, więc jest gęsto. Do makaronu z tuńczykiem kolejka, ale jestem głodny. Wciągam michę i wychodzę w ciemność. Teraz pozornie łatwy odcinek, na którym po raz dziesiąty i piętnasty przywalam paluchem lewej stopy w jakieś bajbory. Bluzgi przeszywają nocne powietrze. Mític jak wytrawny kickbokser okopuje to samo miejsce na nodze przeciwnika, aż ten nie będzie w stanie na niej ustać. Ale jeszcze nie zna mojej wytrzymałości na ból.

Zbiegamy na graniczną przełęcz Port de Cabus, gdzie dochodzi asfaltowa droga. Stąd do Coll de la Botella na profilu widać równy, łagodny zbieg. Tyle że w Andorze nie ma czegoś takiego, jak „równo i łagodnie”. Trasa prowadzi pastwiskami, na ogół bez ścieżek, podłożem jak na kartoflisku. I ciągle stromo w dół i w górę. Nic dziwnego, że ten bieg, a raczej wyrypa, na swoich 112 kilosach zbiera prawie dychę do góry. Wszędzie krowie łajno. – Mierda de vaca loca! – nucę pod nosem utworzoną naprędce przeróbkę Ricky'ego Martina.

Rozjaśnia się. Drogę przebiega nam stadko kilkunastu kozic. Po ostatnim podejściu tego piekielnego odcinka wreszcie bufet na Botelli. Znowu kolejka, tym razem do zupy. Zaczepia mnie Michał z Celestraila, zobaczył moją koszulkę z Grani Tatr. Wcześniej spotkał Maćka, mojego łódzkiego kumpla. Obaj skończą swój dystans. Maciek będzie na mnie czekał na mecie w Ordino.

Razem z Michałem wspólnie lecimy kilka w miarę płaskich kilometrów. Płasko na Míticu? Co się stało? Na następnej przełęczy nasze trasy się rozchodzą, a mnie Mític stawia do pionu. Dosłownie. Czas wyrypać na ponad 2400 metrów na Bony de la Pica.

Raz szybciej, raz wolniej, zrywami. Na wierzchołku sadzam tyłek na kilka minut, gawędząc z wolontariuszami spisującymi numery. Kilkoro współzawodników przechodzi dalej. I tak ich niedługo dopadnę na zbiegu.

Zbieg ma być najdłuższy na całej trasie – 7 km na pierwszy przepak w La Marginedzie, położony 1400 m niżej, z jakimiś hopkami po drodze. Początek mega stromy i techniczny, a hopki oczywiście pojawiają się też w miejscach, gdzie ich nie ma na profilu. Kilka łańcuchów na skałach, ale da się zejść nie korzystając z nich. Słońce coraz wyżej, robi się upalnie i duszno, jak przed burzą. Kolana wyją z bólu, hopki dają wytchnienie, i znowu na łeb na szyję w dół. Przeliczam, że w tym tempie zakręcę się koło czasu marzeń, czyli 30 godzin.

Stromo do samego końca, wypadam na szosę i łapię zgona. Jest 10:16 rano, ponad 12 godzin na trasie. Ten diabelski etap na 44 km miał jakieś 4000 m do góry i jeszcze więcej w dół. Jakby porównać, to chyba był trudniejszy, niż podobny odcinek Els 2900, po którym musiałem się wycofać półtora roku temu.


Polecamy również:


Podziel się: