Mój Bieg, Mój Festiwal (Kategoria: biegi górskie)

Mój Bieg, Mój Festiwal (Kategoria: biegi górskie)


Moja przygoda z bieganiem zaczęła się równo rok temu wraz z III Festiwalem Biegowym. Wymyśliłem sobie przebiegnięcie maratonu, a że lubię te okolice, to na miejsce swojego debiutu wybrałem właśnie Krynicę. Koral maraton ukończyłem, ale poczułem pewien niedosyt i w głowie zaczął kiełkować plan. Dzień wcześniej do mety dobiegali ultrasi. A może by tak za rok?

Upłyną rok, a ja czekam na odprawę przed Biegiem 7 Dolin. W nogach mam ponad 2tys. kilometrów, a w głowie myśl że mogę! Że dam radę! Noc minęła szybko, bo ranek zaczął się wcześnie. Pobudka, już druga. Śniadanie, ostatnie sprawdzenie ekwipunku i ruszam na linię startu. Jeszcze tylko ostatnie pytanie rodziny: „o której się ciebie spodziewać?”...dobre pytanie ;)

„Trzy, dwa, jeden, start...”. Masa sześciuset ludzi ruszyła, z jednym celem: byle do mety. Jest zimno ale nie czuje się tego. Z każdym wydechem para bucha z ust. Tłum przyśpiesza. Pierwsze kilometry z górki, to można sobie pozwolić. Na skraju lasu obracam się za siebie, sznurek światełek wzdłuż drogi robi wrażenie. Lecę dalej. Czy aby nie za szybko? Na zbiegach mijam zawodników. Cały czas staram się delikatnie przeć do przodu, na podbiegach trochę odpuszczam. Droga do Czarnego Potoku minęła jak mrugnięcie oka i zaczął się pierwszy poważny podbieg. Biegło się zadziwiająco dobrze, a nocna panorama nieba nad Beskidem dodawała energii. Jaworzyna zdobyta! Teraz już będzie fajnie, bo po „płaskim” do pierwszego punktu serwisowego. W międzyczasie zastaje nas świt i kolejna porcja zachwytu. Na Łabowskiej nie tracę dużo czasu, łyk izo, banan na drogę i lecę dalej. Zaczyna się zbieg do Rytra. Przyśpieszam, ostrożnie omijając kamienie (co one tu robią? Kto je tu w ogóle poukładał!?;)) Czuję, że inni zawodnicy napierają z tyłu...nie odpuszczę!... nie i już!... odpuszczam. Skurcz w łydce zgiął mnie w pół. To ładnie pognałem – pomyślałem. Dokuśtykałem do pierwszego pkt. przepakowego. Skurcz w międzyczasie odpuścił. Czas dobry, jest dopiero 7:30... już z pokorom ruszam dalej.

Długo nie pobiegłem, po kilometrze zaczęły się znowu „schody”. Jedno słowo: Przechyba. Po ponad godzinie dosnułem się do schroniska. – Pora na lunch? Co my tu mamy? Batonik, hmm batonik, o i batonik. To może wezmę batonik. Ruszam dalej, w stronę Radziejowej i symbolicznego półmetku. Robi się coraz cieplej. Ja trzymam się założonej strategii: na podbiegach wolno a na zbiegach ile fabryka dała! Coraz bardziej dokuczają stopy. Na zbiegu z Radziejowej ukazuje się panorama Tatr i jakoś zapominam o zmęczeniu i bólu. Biegnę dalej. Trasa prowadzi raczej z górki, ale już ból stóp nie pozwala mi śpieszyć. Przez głowę przeleciała myśl o rezygnacji. Przestałem się ścigać z innymi, a zacząłem spokojnie biec. Byle do Piwnicznej. Nagły skurcz w obu łydkach powalił mnie na kolana. Mijający mnie zawodnicy pytali czy wszystko w porządku...cóż, iść mogę...Mijam przełęcz Gromadzką. Chód przeradza się w trucht. Ok, „jadę dalej”. Sielski krajobraz i spokojna, nie wymagająca trasa pozwoliły mi odpocząć. Za Eliaszówkami zaczął się zbieg do Piwnicznej. Stopy znowu zaczęły palić mnie żywym ogniem. Wbiegam do punktu przepakowego. Tam, profesjonalny serwis niczym z rajdu WRC. Pan wziął ode mnie plecak z pytaniem: „co lejemy?”... bezołowiową – zażartowałem. Wziąłem izotonik. Szkoda że nie mogłem wymienić „opon”. Czas niezły 7godzin 30min. Ruszam dalej. Zaraz! Ale czy nie miałem rezygnować? Jeszcze nie teraz :D

Tak na przemian: idąc i biegnąc kieruję się do Łomnicy. Robi się naprawdę gorąco. Spokojnie, bez pośpiechu wchodzę na kolejne wzniesienia i próbuję z nich zbiegać. Stopy dalej dokuczają. No cóż, kiedy miałyby się zregenerować? Wbiegam do Wierchomli Wielkiej, tam asfaltem już do ostatniego punktu przepakowego. Delikatnie w górę, ale da się biec. Punkt serwisowy zorganizowany przez dzieciaki w Wierchomli robi furorę, i nie jednemu zawodnikowi ratuje życie. Zimna woda do umycia, lemoniada, same smakołyki. W końcu dobiegam do punktu przepakowego. Tam spędzam chwile, w między czasie siada koło mnie inny zawodnik.

– Chcesz może szota magnezowego? Mam ostatni, ale jak go wypije, to chyba go zwrócę! – zażartował.

Po chwili uświadomiłem sobie że mam tak samo z izotonikiem, który w pełnym bukłaku niosę na plecach…

Oczom ukazały się stoki narciarskie Wierchomla – Szczawnik.

– Nie, to musi być żart, gdzieś tu musi być skręt. Zaczęła się mozolna wspinaczka w palącym słońcu. Na szczycie myślę sobie że to już koniec, teraz to już z górki. Zaczynam zbiegać. Stopy palą niemiłosiernie. Nagle ściana...STOP. Nie ruszę dalej. Ręce drżą, skurcz żołądka. No ładnie, to koniec. Żółwim tempem schodzę do Szczawnika i dalej, snując się, kieruję się do Bacówki z zamiarem oddania numeru i zakończenia biegu. W między czasie zjadłem cały zapas jaki miałem w plecaku. Oczywiście: żelki i batoniki. W końcu Bacówka! Myślałem że nie dojdę. Biorę wodę, banana i siadam. Mija ok. 15 min. Dobrze się siedzi, czas umila mi rozmowa z dziewczyną, która czeka na mnie w Krynicy. Kolega przysłał motywującego smsa. Treści nie zacytuję, ale miał na myśli: nie poddawaj się, biegnij dalej ;) Patrzę na zegarek – mam cztery godzinny do limitu! Ruszam!

Nie wiem co było w tym bananie, ale nagle chód przeradza się w bieg. Ja biegnę! Jak? Gdzie się ukryły te zapasy energii? Jest delikatnie w górę. Dalej biegnę! Zaczyna się zbieg do Krynicy. Jak to możliwe że utrzymuję takie tempo? Stopa nie boli, przynajmniej nie tak jak wcześniej. Za każdym zakrętem myślę że to już tu, zaraz będzie meta. Tak się oszukiwałem przez ok. 5 kilometrów. W końcu wybiegam z lasu. Ścieżka stromo powadzi w dół, a na jej końcu już widać krynicki asfalt. Na dole słyszę krzyk. Dziewczyna mnie woła...no to jestem w domu. Przez chwilę towarzyszy mi, sama ma tez kilka kilometrów w nogach ale nie odpuszcza. Wbiegam na deptak, a tu na scenie grają Mazurka Dąbrowskiego. Wejście w wielkim stylu. Mijam metę… Zegar pokazuje 13 godzin 24 minuty...dałem radę! 


Podziel się: