Profesjonalni zawodowcy i zawodowi amatorzy


Opublikowane w śr., 21/11/2012 - 15:11

A więc stawiają na bieganie – chcąc z tego żyć, zdobywać medale, uczestniczyć w imprezach mistrzowskich, olimpiadach, ect. Mieć sponsorów, stypendia. Poświęcają się swojej pasji, trenując dużo i dużo inwestując w swoje zawodowe bieganie. Jednak, obiektywnie oceniając, poziom naszego zawodowego biegania jest „delikatnie mówiąc” nie najwyższy. Z drugiej strony mamy, „zupełnych amatorów”–których poziom sportowy tylko nieznacznie różni się od profesjonalistów. Ba…, często w bezpośredniej rywalizacji są w stanie powalczyć z gwiazdami, nierzadko wychodząc z tej rywalizacji zwycięsko! Paradoks? – NIE! W większości przypadków to reguła niezależna od kraju czy szerokości geograficznej!!

 By zrozumieć ten nielogiczny fenomen – trzeba precyzyjnie określić co to jest profesjonalizm w zawodowym bieganiu i czym różni się od popularnego  „zawodowstwa”. Oczywiście ma na to wpływ szereg niezależnych od zawodnika czynników takich jak: kraj zamieszkania, klimat, poziom zamożności społeczeństwa, sposób organizacji sportu wyczynowego, struktura szkolenia w kategoriach juniorskich, itd, itd.. Wiele z tych zależności jest historycznych i dość trudnych do zmian w krótkim okresie. Bo przecież najtrudniej zmienia się mentalność i struktury!!! Wielcy myśliciele mówią, że trzeba na to kilku pokoleń!  Dużo, bardzo dużo czasu…Może w naszym światku biegowym wystarczy też kilka pokoleń.. ale  tylko pokoleń biegaczy??? Będzie krócej….

Profesjonalni zawodowcy

 Bycie profesjonalistą to w/g mnie bycie „profesjonalistą w 100%”

 Nie da się być tylko zawodowcem na treningu a po treningu zwykłym obywatelem.

Czyli:

Nie da się skutecznie prowadzić diety na obozie sportowym, a po obozie jeść wszystko i w każdej formie.

Nie da się trenować po 30 km dziennie i chodzić spać o godzinie pierwszej  w nocy!

Nie da się zażywać kilogramów odżywek, a jednocześnie wieczorem wypijać kilka piw!

Nie da się startować w maratonie, a po maksymalnym wysiłku podróżować całą noc w samochodzie osobowym.

Nie da się biegać głównego sprawdzianu przed startem docelowym i w ok. godzinę po maksymalnym wysiłku nie zjeść pełnowartościowego posiłku, a tylko marnej jakości kiełbaskę z piwem serwowaną „za darmo’’ przez organizatora biegu.

Nie da się negocjować kilka startów w tym samym terminie i w ostatniej chwili zmieniać plany bo dostaliśmy 100 euro więcej!

Nie da się co kilka tygodni zmieniać swoich założeń treningowych – no bo inni tak nie trenują.

Nie da się trenować na planach swojego trenera – jednocześnie nie ufać mu w 100%!!!

Nie da się nie uczestniczyć w konferencji prasowej po starcie – bo przecież muszę „roztruchtać” start.

Nie da się biegać w Pumie jak ma się kontrakt z Adidasem / nawet w lesie.., gdzie niby nikt nie patrzy.. ”bo mi się lepiej w Pumie biega…”/

Nie da się „liznąć” fizjologii – trzeba czytać, uczyć się, stale doskonalić swoją wiedzę teoretyczną na poziomie akademickim.

Nie da się kopiować planu z przed roku – bo wtedy osiągnęliśmy sukces! Już nigdy nie będziemy tym samy organizmem – bo jesteśmy o rok starsi!

Nie da się…

Nie da…

Nie…

N…

Tych „nie da się” jest jeszcze z kilkaset. Te powyżej to tylko losowo wybrane przykłady!

 A więc podporządkowanie wszystkiego i na każdej płaszczyźnie – celowi głównemu jakim jest możliwie największy poziom sportowy i zwycięstwa w imprezach docelowych. A więc można być profesjonalistą na poziomie krajowym, ale również amatorem na poziomie światowym. Są tacy i tacy – ale cenieni są tylko Ci pierwsi!! To oni przechodzą do historii, to oni mają sukcesy, sponsorów i co najważniejsze kibiców i przyjaciół. Profesjonalista krajowy bije rekord życiowy na mistrzostwach Polski, a nie na mitingu w „Pcimiu Dolnym”. Międzynarodowy na Mistrzostwach Świata, a nie na mitingu w Bukareszcie.

Nasi „krajowi profesjonaliści” zatem powinni sobie zrobić taką listę „ Nie da się…” – i jak wyjdzie, że tylko w 80 % są profesjonalistami to niestety NIMI NIE SĄ!!!

Niestety tylko tacy „full profesjonaliści” są w stanie osiągać światowe wyniki w dłuższym okresie. To bardzo trudne a więc i niewielu te wyniki osiąga. Ja w swojej karierze sportowej i trenerskiej spotkałem tylko kilku profesjonalistów „topowych” min. Vincenta Rousseau, Boba Kennedy, Paulę Radcliffe. U nas za takiego chyba mógł uchodzić Robert Korzeniowski a ostatnio chyba taką profesjonalistką wydaje się być Justyna Kowalczyk. A reszta zawodowców to:

 Zawodowi amatorzy

 I tych trzeba podzielić na dwie grupy:

1.                  zawodowych amatorów – którym wydaje się że są profesjonalistami / niestety do tej grupy zaliczyłby większość polskich biegaczy /  – i chyba większość nawet nie zdaje sobie z tego sprawy!?. Chociaż na pewno cześć z nich świadomie wybiera ta drogę kariery – dostosowując się do polskich warunków i wymagań.

2.                  zawodowych amatorów – z wyboru – mających pracę, rodziny, uczących się czy studiujących – a uprawiających sport na poziomie niewiele niższym.

Pierwsza grupa to znakomita większość naszych biegaczy, którzy są bardzo blisko statusu profesjonalistów. Trenują prawie profesjonalnie – i to „prawie” robi wielką różnicę. Obozy, odżywki, personalni trenerzy, ect. Może ostatnio jest z tym gorzej, chociaż patrząc gdzie, jak i ile trenują nasi czołowi zawodnicy – to relatywnie bardzo niewiele brakuje im do standardów europejskich. By osiągnąć pełnię zawodowstwa muszą tylko pokonać to 60 % czy 80% standardów – „nie da się”.  Będzie to trudne bo i standardy  i „opór środowiska”  w tym świecie jest dość duży. A presja krótkoterminowych sukcesów i celów – zabija całą innowację. No i zostajemy w tyle….

 

Druga grupa to interesująca nas grupa biegaczy którzy bieganie traktują tylko jako cześć swojego życia – chociaż część bardzo istotną. Pracują, uczą się, maja obowiązki rodzinne, ale sumiennie trenują. No i mają relatywnie wysokie rezultaty – w szczególności na tle rodzimych zawodowców. Niewiele im tylko ustępując, a od czasu do czasu skutecznie podejmują walkę z kadrowiczami. W tym numerze właśnie analizowana jest taka sytuacja dotycząca Michała Smalca. Drugi „fenomen” to Agnieszka Gortel. Może poziom jeszcze nie „ten” – ale wszyscy kadrowicze muszą już liczyć się z tymi biegaczami.

Na zachodzie na full profesjonalizm może pozwolić sobie tylko niewielka grupa zawodników. Większość z dobrych biegaczy to właśnie tacy zawodowi amatorzy z wyboru lub z przymusu. Ale niestety – porównując – osiągają oni o wiele lepsze rezultaty niż Polacy. Może nie są to zawodnicy na osiąganie poziomu olimpijskich nominacji! Ale prezentują całkiem przyzwoite wyniki. Z czego to wynika? – Ano z tego, że dla zawodników dla których bieganie jest tylko częścią życia a nie jego główna treścią – wszystko jest prostsze. Nie męczą swojej psychiki nadmiernym stresem. Trenują prosto i nie mają czasu na zbędne ceregiele z treningiem! Na trening mają tylko godzinę lub dwie. Nie rozpamiętują, co by było gdybym przebiegł dany odcinek o 3 sekundy szybciej a co by było gdybym to zrobił o 15 sekund wolniej!? Po prostu trenują i startują. Z reguły bez dyskusji akceptują wszystkie zalecenia trenera – bo nie mają czasu na zbytnie myślenie i szukanie dziury w całym! Jak mają rezultaty – to dobrze! Jak idzie trochę gorzej – no to przecież nic takiego!! – to tylko moje hobby! Zero stresu!!! To bardzo pomaga.

Ta odskocznia od ciągłego maltretowania swojej psychiki jest bardzo pomocna. To nie przypadek że rodzina lub inne zajęcia pomagają w skutecznym trenowaniu – To że Małgorzata Sobańska tak długo utrzymywała się na światowym poziomie to też zasługa rodziny. Oprócz biegania miała też masę innych obowiązków / 2-ka dzieci! /!! A więc miała i motywację i bufor psychiczny. To samo Izabela Zatorska – rodzina /3 dzieci !/, praca, i już kilkudziesięcioletnia kariera na wysokim poziomie.

Nie samym treningiem bieganie stoi. To szansa dla nas amatorów.

Powodzenia,

Darek Kaczmarski


Z życia wzięte…

A. zawodowiec amator

Byłem bardzo zdziwiony – gdy na prawie wszystkich zawodach w przełajach – zwykły amator Belg czy Holender, pracujący po 8 godzin jest w stanie dołożyć naszym ok. 1-2 minut na dystansie ok. 10 KM.  Byłem bardzo zdziwiony gdy 10-ty wynik na 10 km w Belgii to ok. 28;45 i osiągnął to mój znajomy pracujący przy sprzątaniu samolotów w Sabenie. Wstawał o 5 rano by dojechać pociągiem do Brukseli. Pracował przy sprzątaniu 8 godzin, wracał do domu ok. 17.00 a ok. 19 wychodził na trening. I miał jedna zasadę – zawsze w środy / przez cały rok! Tak – przez cały rok!!! Tzn. po naszemu:  świątek, piątek czy październik / w środy biegał WT – 5 lub 6 razy kilometr z 3 minutowa przerwą w kolcach na stadionie. Jak się czuł dobrze to robił to po 2;40 a jak słabiej to po 2;45!!! Przez cały rok!!! A w niedzielę biegał w zimie zawody przełajowe. Start prawie co tydzień. Reszta to tylko relatywnie krótkie wybiegania – z reguły z narastającą prędkością, czyli kończył trening dość szybko. I z tego treningu biegał poniżej 29 minut na 10 km na zawołanie. Na obozie nie był nigdy!!

B. profesjonalista

Dwa tygodnie do startu Vincenta Rousseau w maratonie Rotterdam. Jest marzec i w Belgii spadło 3-5 cm śniegu – tam to klęska żywiołowa!. Wychodzimy na trening – ślisko jak cholera. Trzy godziny później siedzimy samolocie na południe Francji – by następnego dnia wykonać kluczowy trening przed maratonem. Wygrał – 2;07,11.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce