Dwóch przyjaciół z trailowych tras i ich "pomysł na obóz"


Opublikowane w wt., 27/08/2019 - 13:22

Coraz więcej amatorów bardzo poważnie podchodzi do swojego biegania. Korzystamy z pomocy trenera, fizjoterapeuty, wydajemy krocie na sprzęt i naśladujemy profesjonalnych zawodników w wielu aspektach biegowego fachu. Coraz częściej również wybieramy się na obozy treningowe. Tego lata podobnie uczynili Bartłomiej Przedwojewski i Marcin Rzeszótko – świetni biegacze, a po zawodach – serdeczni kumple.

Podpytaliśmy ich o szczegóły wyjazdu. Skąd się wziął pomysł i jakie miejsce znalazł w kalendarzu na ten rok?

Marcin Rzeszótko: - Chciałem startować w cyklu Golden Trail Series, chciałem pobiec w Biegu Ultra Granią Tatr, ale ze względu na kontuzję kolana w kwietniu zrezygnowałem z tras, na których występują zbiegi. Skupiłem się tylko na biegach pod górę – typu vertical oraz alpejskich. Ponieważ na początku nie wiadomo było jeszcze, co będę mógł robić ze względu na kolano, rozpisałem sobie plan na resztę roku dopiero w maju. Zdecydowałem się spędzić sporo czasu w Alpach, trenując i biorąc udział w biegach typu vertical.

Wyjazd planowaliśmy już wcześniej, ale pierwotnie w planach był i Dolomyths Skyrace, Buff Epic Trail i Marathon du Mont Blanc, ale musiałem zweryfikować plany startowe. Wyjazd odbył się w większej części zgodnie z planem – nie pojechałem tylko na Buff Epic Trail, bo w programie nie było biegu pod górę, w którym mógłbym wziąć udział. Mimo że nie mogłem zrealizować pierwotnych zamierzeń startowych, to i tak jestem bardzo zadowolony z wyjazdu i szczęśliwy, że udało się spędzić miesiąc w Alpach.

Pomysł na wspólny wyjazd zrodził się w ubiegłym roku i był wypadkową kilku rzeczy. W zeszłym roku startowaliśmy z Bartkiem w tych samych biegach, mieliśmy podobne cele co do dystansu i charakteru imprezy. Bartek i Paweł „Pigmej” Krawczyk namówili mnie na Zegamę i zostałem trochę wciągnięty w cykl Golden Trail – wcześniej nie znałem go za dobrze. Przy okazji któregoś startu zaczęliśmy rozmawiać o tym, że fajnie byłoby razem gdzieś pojechać. Samemu ciężko zdecydować się na tego rodzaju wyjazd – chyba łatwiej potrenować w Tatrach. Sam byłem zdecydowany, że jadę, ale nie wiedziałem jeszcze, w jakim towarzystwie – wtedy Bartek potwierdził, że też jedzie.

Planowaliśmy wyjazd pod kątem zawodów, które odbywały się blisko siebie – wystarczyło przejechać kawałek samochodem, a więc nie było sensu wracać do Polski. Planowania nie było więc aż tak wiele, a sporo decyzji podejmowaliśmy na miejscu: sprawdzaliśmy, gdzie jest dobra pogoda, odpowiednia wysokość czy teren i w porozumieniu z trenerem Bartka zgrywaliśmy swoje treningi. Kiedy mówimy o planowaniu, to czasami staje nam przed oczami taki obraz, że ktoś siada zimą i obmyśla wielki plan. Tu zawczasu trzeba było tylko ustawić sobie pracę, tak by mieć odpowiednią ilość wolnego i... wyjechać. A kiedy już się wyjedzie, to wszystko jakoś się układa.

Bartek Przedwojewski: - Moim głównym celem na ten sezon był cykl Golden Trail Series – pięć biegów i w każdym z nich chciałem być w top 5. W Sierre Zinal ostatecznie nie wystartowałem, więc zostały cztery biegi, z których ostatni – Ring of Steall w Szkocji odbędzie się we wrześniu.

Nie wiem, kiedy dokładnie wyszedł temat obozu... Chyba po prostu w toku wspólnych wyjazdów i startów pojawiła się taka idea. Załatwiłem sobie 3 tygodnie urlopu w lipcu, wiedziałem, że Marcin ma wtedy wolne, trochę zrzuciłem na niego ciężar organizacji. Trzeba było tylko załatwić sobie wolne, a reszta planowania dokonywała się przy „kawce”, już w Chamonix...

Wiemy już, że najtrudniej wykonać pierwszy krok i podjąć samą decyzję o wyjeździe a także to, że należy zadbać o odpowiednią ilość wolnego. A jak przebiegał sam obóz? Gdzie spaliście, jak trenowaliście?

Marcin: - Świetnie sprawdził się zakup namiotu dachowego – który notabene kupowałem na ostatnią chwilę, a kurier spóźnił się z paczką, przez co już na starcie miałem opóźnienie... Świetnie pomógł obniżyć koszty wyjazdu – nie jesteśmy zawodnikami, którzy są wspierani przez sponsorów na takim poziomie, by nie myśleć o kosztach wyjazdów, żeby pozwolić sobie na drogie noclegi... A nawet gdybyśmy mieli dodatkowe fundusze, to i tak pewnie przeznaczylibyśmy je na to, żeby spędzić więcej czasu w Alpach, a nie na spanie w nie zawsze lepszych warunkach. Niczego nam nie brakowało, ani do treningu, ani do regeneracji, więc decyzja o wyprawie samochodem z namiotem okazała się bardzo dobra.

Na pewno chcieliśmy wycisnąć jak najwięcej z obozu – tak to jest, jak człowiek zimą „napala się” myśląc o wyjeździe. Tymczasem na miejscu trzeba zwracać uwagę na to, czym się dysponuje: jaka jest forma, jaka jest prognoza – wszystko to trzeba poukładać. A jednak chcieliśmy bardzo mocno skupić się na trenowaniu, biegać dwa razy dziennie i mieć przy tym czas na wypoczynek. W codziennym życiu w Polsce również dużo trenujemy – miałem taki okres w zimie, kiedy przez kilkadziesiąt dni robiłem dwa treningi dziennie – ale jednocześnie bywają problemy z regeneracją, jest tyle różnych spraw, czasami się nie dosypia. A to był obóz sportowy pełną parą, z którego wycisnęliśmy maksimum efektów, które przełożyły się na kolejne zawody.

Bartek: - To był nasz pierwszy obóz na takiej wysokości, a więc zaraz po przyjeździe nieco się hamowaliśmy z prędkościami treningów... Przez pierwszy tydzień zrobiliśmy bardzo dużo przewyższenia, ale na spokojnie – treningi trwały krótko, 2-3 godziny, duże przewyższenie na małym dystansie. Od początku trenowaliśmy dwa razy dziennie – poranne wycieczki w góry przeplataliśmy krótszymi (ok. 8 km) treningami z elementami sprintów czy skipów.

W kolejnym tygodniu byliśmy już w miejscu, gdzie odbywały się zawody, więc treningi staraliśmy się wykonywać na ich trasie. Atakowaliśmy wysokość 3000 m n.p.m., tam robiliśmy mocny trening i zjeżdżaliśmy na nocleg na 2300 m n.p.m. W tym czasie weszliśmy na duże obroty, natomiast ostatni tydzień spędziliśmy na mniejszej wysokości, treningi były spokojniejsze, wykonywane w bardziej płaskim terenie.

Po dwóch tygodniach treningu w górach byliśmy mocno sponiewierani, więc w ostatnich dniach akcent położyliśmy na trening w jedzeniu pizzy.

Czy wyjazd spełnił wasze oczekiwania i czy chcielibyście do kalendarza na przyszły rok ponownie wpisać kilkutygodniową wyprawę treningową?

Marcin: - Na pewno w przyszłym roku chciałbym powtórzyć taki wyjazd. Mamy dużo pomysłów, gdzie można by pojechać, żeby faktycznie potrenować nie jeżdżąc cały czas autem z miejsca na miejsce. Fajnym pomysłem jest Tignes, gdzie był Marcin Świerc, albo Zermatt... W przyszłym roku chciałbym to połączyć z Buff Epic Trail i Comapedrosą – zobaczymy. Na razie skupiam się na tym, co mam do zrobienia w kolejnych tygodniach i miesiącach. Jeśli wrześniowy zabieg się uda, a pierwsze sprawdziany na zawodach wypadną pomyślnie, to wtedy będę myślał o kolejnym obozie pod kątem zawodów – a jeśli z kolanem byłoby coś nie tak, to będę szedł w biegi typu vertical, których jest mnóstwo... Będąc chociażby w Zinal i mając w pobliżu Fully czy Chandolin, chce się tam potrenować i sprawdzić na danej trasie. Istnieją specjalne aplikacje, w których można porównać czasy, przetestować własne możliwości na określonej trasie w ramach treningu, nie mówiąc już o segmentach na Stravie... Fajnie byłoby tez pojechać do Andory – nigdy nie byłem w tamtym regionie.

Jeśli chodzi o planowanie całego sezonu z dużym wyprzedzeniem, to zwykle tego nie robię, a nawet jeśli próbuję, to potem pojawiają się sprawy, które przekreślają wcześniejsze plany. Wystarczy mi więc planowanie na mniej więcej trzy, cztery miesiące przed sezonem – zgłosić się na biegi i samemu poukładać sobie kalendarz. Zeszłoroczne planowanie – długie wyprawy samochodem - nie sprawdza się w przypadku biegów Golden Trail Series czy pucharu świata WMRA. Przyjeżdża się na taki bieg i się nie istnieje... Zbyt wiele mocy traci się po drodze, albo inaczej: wiele można zyskać zostając na miejscu. A jednak każdy z nas ma pracę i musimy sobie własne sprawy poukładać, ale fajne jest to, że dajemy radę w ciekawy, na maksa pozytywny sposób przygotowywać się do zawodów. Trening to jedno, trwa raptem parę godzin dziennie... zajmuje przecież zaledwie godzinę czy dwie, a większość czasu spędza się ze sobą. Mnie to bardzo odpowiadało i mimo ogólnego zmęczenia organizmu dobrze odpoczywałem w towarzystwie Bartka.

Na obozie udało mi się zrelaksować i wyłączyć na jakiś czas z kieratu życia codziennego. Polecam każdemu taki wyjazd, żeby spróbować i zafundować sobie raz na jakiś czas podobną wyprawę. Da się to zrobić w ramach skromnego budżetu. Zaplanujcie więc tylko realizację swojego marzenia... Wiem, że może się wydawać, że nauczyciel i strażak mają większe możliwości zorganizowania sobie długiego urlopu, ale każdy w ramach swoich możliwości może pokusić się o wyjazd treningowy – różni ludzie dookoła mnie realizują swoje pasje, kreślą plany i je realizują, mimo że codzienny świat cały czas się kręci. Moi rodzice pojechali na Pik Lenina, byli na Transpirenejach, na Santiago de Compostela... Kwestia poukładania swoich spraw i spróbowania.

Bartek: To był super obóz, trzy tygodnie bardzo dobrego treningu i perfekcyjna regeneracja. Trochę się obawiałem, gdy Marcin powiedział mi, że śpimy w namiocie, wyobraziłem sobie namiot na kempingu... A jednak namiot dachowy, którego używaliśmy dawał duży komfort spania, wysypiałem się czasami lepiej niż u siebie w domu, w łóżku. Ta opcja zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że codziennie sprawdzam w internecie możliwości i nowe technologie spania na dachu samochodu.

Wszystko dobrze zagrało: miejsca treningowe, spanie, pogoda. Cały czas spędziliśmy mega pozytywnie, na łonie natury. Wszystkie ewentualne niedogodności obracaliśmy w żart, nie było napinki, za to nastawienie na fajne trenowanie, właściwą regenerację, dobre jedzenie i humor. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu ten wyjazd był taki dobry.

Jestem w 100% przekonany, że w przyszłym roku znowu gdzieś pojedziemy z Marcinem i właściwie nie ma co planować. Na pewno wymyślimy coś fajnego – trzeba tylko załatwić wolne w pracy i tyle! Reszta to pikuś...

Skoro tak, to chyba warto spróbować!

Przykłady treningów:

Vertical: na dystansie 3 km 1000 m przewyższenia, potem podbiegi 200-metrowe - 100 metrów podbiegu i 100 metrów dynamicznego podchodzenia

Sprawdzian na trasie: 10 km i 1700 metrów przewyższenia, pierwsza część trasy zawodów, bardzo mocno, żeby sprawdzić swoje możliwości na wysokości

Kuba Krause

fot. Jan Nyka

Artykuł sponsorowany

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce