Stanisław Łańcucki: "Nie sprzętem a głową. Cieszmy się bieganiem"


Stalowowolski weteran nie zwalnia tempa. W niedzielę był drugi w 5. Biegu Sądeczan (kat. 50+ - numer 70 na koszulce) i już planuje starty w kolejnych imprezach. W rozmowie z naszym portalem zdradza kolejny ważny cel w swojej długie przygodzie z bieganiem, kreśli też ramy, które pozwolą nam przez wiele lat cieszyć się sportem.

Nasz bohater biega już ponad 40 lat. Kiedyś ścigał się na 3000 m z przeszkodami z najlepszymi w kraju, dziś uczestniczy w Mistrzostwach Europy i Świata Weteranów. W 2010 roku w węgierskiej Nyiregyhazie wywalczył tytuł mistrza Europy, rok później zdobył brąz na 3000 MŚ w Sacramento. Złoto MŚ powtórzył w 2013 roku w Porto Alegre i dwa lata temu w Perth.

– Bieganie jest moją pasją i sposobem na zdrowy tryb życia. To najprostsza forma ruchu dlatego może to robić każdy niezależnie od wieku i doświadczenia – podkreśla zawodnik i trener Stalowowolskiego Klubu Biegacza.

– Za nami Bieg Sądeczan i 18 wymagających kilometrów rozłożonych na trzy starty, w pełnym słońcu, ale nie widać po Panu zmęczenia…

– Nie było takiej opcji żeby nie dobiec (śmiech). Ale tak, trzy biegi w jednym dniu to nowy wątek w mojej biegowej „karierze” - dwa już biegałem, rok temu w Krynicy (na Festiwalu Biegowym – red.) zaliczyłem Życiową Dziesiątkę i Runek Run. Na dychę byłem czwarty, a w górach wygrałem… Coś innego, ale na pewno trzeba być dobrze przygotowanym.

– Był pan…

– W kwietniu biegałem ORLEN Marathon i przygotowałem się dobrze do tej imprezy (2:59:38 na mecie, wygrana w kat. M60 i znakomite 211 miejsce open! - red.). Wciąż czerpię energię z tamtych treningów. Na razie jednak kończę z ulicą. Jestem aktualnym mistrzem świata Masters na 3000m z przeszkodami i już szykuje się na wrześniowe MŚ w Maladze. Cel to obrona tytułu. Wystartuję jeszcze w crossie, ale bez presji na wynik.

– Ulica a bieżnia to jednak dwa światy i trzeba wdrożyć nieco inne jednostki. Zmniejszać przebiegi i budować szybkość. Muszę biegać krócej, szybciej, mocniej, różnicować tempo. Przeszkody to moja koronna konkurencja, kiedyś biegałem tu wyczynowo.

– Motywacji Panu nie brakuje...

Zdecydowanie. Mam mocnego rywala z Hiszpanii i jest kogo gonić. Adrenalina wciąż miesza się z krwią. To taka moja choroba. Przebiegłem już ponad 130 tys. kilometrów i naprawdę źle się czuję, jeśli nie wyjdę na zaplanowany trening. Jedni wychodzą na ryby, a ja pobiegać. Biegam sześć razy w tygodniu, na mniej niż 12 km nie opłaca się zakładać dresu (śmiech).

– Proszę tak nie mówić, bo czytają nas też amatorzy, Ci, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki na trasach…

– Wszystko w swoim czasie! Na pewno nie polecam 18 czy 21 km na pierwszą imprezę, bo można się zrazić do biegania, nie mówiąc o przeciążeniu organizmu. Trzeba być wybieganym na tak długie odcinki. Biegać trzeba niekoniecznie na ulicy, bo najlepsza nawierzchnia to ta naturalna, trawa, leśna ścieżka… w crossach wykuwa się forma i charakter.

– Pana recepta na to, by długo cieszyć się bieganiem?

– Po pierwsze - trzeba to polubić. Po prostu. Ja wiem, że bieganie stało się modne, ale klepanie kilometrów dla lepszej fotki nie ma sensu…

– Po drugie, uważne słuchanie organizmu i cierpliwość. Kontuzje trzeba leczyć i wyleczyć. Mnie nękały głównie achillesy, pomógł czas. Nie ma co się spieszyć z powrotem, kiedy wydaje się nam, że już jesteśmy gotowi, warto jeszcze chwilę poświęcić na wzmocnienie organizmu. Wyjść na trasę wtedy, gdy już będziemy mieli stuprocentową pewność dobrego zdrowia.

– Biegać trzeba, niekoniecznie w specjalistycznych ciuchach. Buty do biegania to jedyny element, na który zwracam szczególną uwagę. Bo stawy, bo komfort biegania... Ale koszulka już może być dowolna.

– W ostatnich latach Polska wyraźnie się rozbiegała...

– Bardzo mnie to cieszy, choć akurat młodzież to jakoś niespecjanie garnie się na dwór. Pracuje przy jednej szkole i widzę, że ciężko jest odciągnąć młodych od komputerów. Ale trzeba próbować.

– Za moich czasów na Podkarpaciu organizowano może 5 czy 8 biegów, dziś jest ich kilkadziesiąt, odbywających się przez cały rok. Kiedyś cieszył sam wyjazd na imprezę, możliwość zwiedzania. Dziś jak nie ma życiówki to wyjazd jest nieudany… Nauczymy się czerpać radość z biegania, bo to klucz to zdrowia, do długiej przygody z bieganiem. Mówię - uciekajmy na własnych nogach przed zawałem, a na pewno nas nie dogoni.

– Wcale nie trzeba startować, trenować jak elita, by bieganie nas bawiło. Zacznijmy biegać z głową, sukcesywnie zwiększajmy kilometraż, tempa. Biegajmy tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Ja tak biegam…

Rozmawiał red.


Polecamy również:


Podziel się: