Bliski kontakt z glebą. 3. Łódzki Bieg Mikołajów [ZDJĘCIA]


Zupełny brak śniegu, który towarzyszył biegaczom w dwóch poprzednich edycjach. Za to znacznie więcej błota. Wszędzie mokra gleba, z którą wielu zawodników miało przyjemność wejść w bliski kontakt. I tyle samo gór, co zwykle. Choć rozgrywany w centrum Polski, Łódzki Bieg Mikołajów ma bowiem zdecydowanie górski charakter.

Uczestnicy biegu mają do wyboru pokonanie jednej pętli o długości 10,5 km, czyli „ćwierćmaratonu”, albo dwóch, tworzących w sumie trudną przełajową połówkę. Limit zapisów 800 biegaczy na obydwa dystanse razem szybko się wypełnił, jednak jak to zwykle bywa, na starcie stanęło ich około setki mniej. Półmaraton wybrało 181 osób, natomiast krótszy dystans aż 493.

Cała pętla znajduje się w łódzkich Łagiewnikach, jednym z największych miejskich kompleksów leśnych w Europie. Zaczyna się ona od stromego podbiegu na górkę zwaną Skocznią. Mniej więcej na jej półmetku wbiega się na najwyższy punkt Lasu Łagiewnickiego o wysokości 260 metrów n.p.m. Kilometr przed metą natomiast czeka na biegaczy największe wzniesienie – góra przy Kapliczkach.

Jedynym miejscem, na które zwykle narzekają uczestnicy biegu, jest zwężenie tuż po początkowym podbiegu. Przy takiej ilości osób startujących wspólnie na obu dystansach, zaraz po starcie tworzy się na nim potężny korek, gdzie zawodnicy z drugiej połowy stawki nawet nie tyle muszą przejść do marszu, co przez chwilę stoją w kolejce, by się wcisnąć w wąskie gardło. Poza tą jedną niedogodnością, trasa co roku przypada do gustu wszystkim nizinnym góralom. Na starcie staje jednak również wielu biegaczy nieprzyzwyczajonych do tego typu zawodów, dla których łagiewnickie góry są sporym zaskoczeniem.

Wspomniany bliższy kontakt z glebą trwał dłużej dla jednego z uczestników krótszego dystansu, który... zasłabł na około 300 metrów przed metą. Na szczęście zajęli się nim współbiegacze, w tym lekarka, która udzieliła mu pierwszej pomocy do czasu dotarcia ekipy ratowniczej. Z tego co wiemy, pechowemu zawodnikowi nic poważniejszego się nie stało. Biegająca pani doktor Jola zasługuje za to na szczególne słowa pochwały!

Organizatorzy w tym roku zrezygnowali z dekoracji na podium, co było zresztą zapowiedziane w regulaminie. Pamiątkowe dyplomy wręczono na mecie tylko pierwszym trójkom kobiet i mężczyzn w klasyfikacjach generalnych, natomiast dyplomy kategorii wiekowych i klasyfikacji dodatkowych zostaną zawodnikom wysłane pocztą. Biuro zawodów ponownie znajdowało się w Centrum Zarządzania Szlakiem Konnym, gdzie biegacze mieli możliwość skorzystania z ciepłego posiłku, ogrzewanych pomieszczeń, szatni i pryszniców.

Na dystansie 10,5 km najszybszy był Jan Wychowałek (39:28), przed Sebastianem Duszyńskim z Rawy Mazowieckiej (39:53), któremu najwyraźniej spodobały się łódzkie pagóry – niedawno zwyciężył na 6,6 km w Łódzkich Biegach Górskich. Podium dopełnił Szymon Chojnacki (40:25). Wśród pań wygrała Anna Matusiak (49:37) przed Pauliną Zduńczyk (50:25) i Katarzyną Lisowską (53:52).

Najszybszymi półmaratończykami zostali: Adam Skorek (1:27:45), Bartosz Skrzypek (1:31:56) i Michał Janus (1:34:40) oraz Monika Krzywdzińska (1:42:22), Agata Pskit (1:45:50) i Edyta Tworożyńska (1:46:18).

Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– Drugi raz tu biegłam, ale tym razem zabezpieczałyśmy z koleżanką trasę dychy i biegłyśmy jako ostatnie – opowiadała nam Kamila Kwiecień. – Wczoraj trochę biegałam i dziś pomyślałam, że trzeba spokojnie – przyznała – bo jeszcze do połowy grudnia mam małe roztrenowanie, dopiero potem się zabieram do roboty. A w ogóle to warunki są świetne, niby mokro, ale dało się szybko biec.

– Studiuję w Łodzi, ale jestem spod Torunia – powiedziała na mecie Monika Krzywdzińska. – Jestem pierwszy raz na Biegu Mikołajów, więc tym bardziej cieszy mnie pierwsze miejsce. W Łagiewnikach biegałam tylko sporadycznie, a tych górek zupełnie wcześniej nie znałam. Szczególnie byłam zaskoczona tym podbiegiem na kilometr przed końcem okrążenia. Zwykle startuję w biegach asfaltowych, najbardziej kocham maratony, ale przełaje takie jak ten też lubię.

– Biegłem cały czas swoje, ale kilka razy noga mi uciekła na błocie i kamieniach i od 17 km to już była walka z bólem – relacjonował drugi w półmaratonie Bartek Skrzypek – ale na szczęście drugie miejsce udało się dowieźć. Sanitariusze zaraz obejrzą moją kostkę, mam nadzieję, że to nic poważnego – zakończył przed udaniem się do dyżurnej karetki.

Kłopoty na błocie nie ominęły również Bogusza Raczyńskiego. – Na siódmym kilometrze podkręciłem kostkę, ale potem jakoś to rozbiegałem – opowiadał. Szkoda, że nie było śniegu jak w poprzednich edycjach. Ale jeszcze nic straconego, może będzie na Triadzie Zimowej, do której się przygotowuję.

Szóste miejsce na dłuższym dystansie zajął Sebastian Jankowski. – Jestem spod Warszawy, przyjechałem tu na zaproszenie szwagra – powiedział. – Macie tu piękne tereny do biegania, do tego ten mikołajkowy klimat, szkoda tylko że bez śniegu, ale błotko też było fajne. Jeszcze nie znałem tego lasu. Takie ostre podbiegi i zbiegi to był dobry trening techniki w trudniejszym terenie, świetny przed górskimi biegami ultra. U nas też mamy takie miejskie górki, choćby w Międzylesiu, czy też w Falenicy, gdzie startuję w warszawskich biegach górskich.

– To dopiero mój drugi półmaraton, i to taki trudny – przyznała siódma z pań Monika Kaczyńska. – Zaskoczyły mnie wysokie podbiegi, nie sądziłam że będą takie trudne. Na błocie było trzeba uważać na kolana i kostki, ale obyło się bez gleby. Tu przychodzę czasem tylko na spacery, ale się gubię w tym lesie. Teraz trasa była na szczęście dobrze oznaczona.

– Miałam jedną glebę, ale za to porządną, na 17. kilometrze – opowiadała Karolina Patora. – Na szczęście obyło się bez większego bólu. Biegłam tu już raz wcześniej. Teraz było lepiej, bo wolę błoto od śniegu. No i w zeszłym roku nie ukończyłam przez kontuzję, a teraz się odegrałam – zakończyła ze śmiechem.

Zapowiadany w prognozach deszcz na dobre rozpadał się dopiero pod koniec zawodów, kiedy bieg kończyli ostatni półmaratończycy. Nizinni górale jednak znów pokazali, że żadne warunki nie są im straszne, a skręcenia i stłuczenia... no cóż, jest ryzyko, jest zabawa.

KM


Polecamy również:


Podziel się: