"Chciałyśmy hattricka!" "Bieganie zespołowe wyzwala niesamowite emocje!" Natalia Tomasiak i Iwona Januszyk po triumfie w Pierra Menta


Opublikowane w ndz., 07/07/2019 - 23:29

W znakomitych humorach, roześmiane i szczęśliwe, jechały na lotnisko w Genewie Natalia Tomasiak i Iwona Januszyk. Nie ma co się dziwić: polskie biegaczki w popisowym stylu wygrały La Pierra Menta EDF été, prestiżowe wysokogórskie zawody etapowe w parach w Arêches-Beaufort w Alpach francuskiej Sabaudii.

Natalia Tomasiak i Iwona Januszyk niezrównane w Alpach! Zdominowały prestiżową etapówkę Pierra Menta!

Rozprawiły się z rywalkami każdego z trzech dni, pokonały łączną trasę długości 70 km z 7000 m przewyższenia w czasie 11:40:19, wyprzedzając Francuzki Emily Harrop i Lenę Bonel o blisko 24 minuty! Ogólnie, w gronie 241 duetów męskich, żeńskich i mieszanych uzyskały 26 wynik!

Natalia Tomasiak: Pobiegłyśmy bardzo konkretnie! (śmiech). To była wspaniała zabawa. Marzyłam o tych zawodach od ubiegłego roku. Gdy tylko się o nich dowiedziałam, stały się moim oczkiem w głowie. Najtrudniejsze było dobranie się w zespół, bo nie każda dziewczyna pobiegnie coś takiego.

Konieczne jest dobre przygotowanie i doświadczenie wysokogórskie. Musisz być obyty z górami i – powiem obrazowo – robić Orlą Perć ot tak, spod małego palca. Na trasie są via ferraty i mnóstwo ekspozycji, biegania po grani, gdzie z jednej strony jest „lufa” w dół i z drugiej strony też jest „lufa” w dół, a tylko pośrodku masz ewentualnie kawałek linki, do której możesz się wpiąć, chociaż niekoniecznie. Do tego 3 dni intensywnego biegania. Mało jest w Polsce dziewczyn, które są w stanie temu sprostać.

Na szczęście Iwona długo się nie zastanawiała po moim smsie! Bo to, oczywiście, nie była decyzja podjęta dopiero teraz, po tym jak ona świetnie pobiegła Monte Rosa SkyMarathon (Tomasiak z Katarzyną Solińską wygrały zawody we Włoszech, a Januszyk z Mirosławą Witowską zajęły drugie miejsce ze stratą zaledwie 16 sekund – red.).

Używałyście sprzętu wspinaczkowego, tak jak na Monte Rosie?

Natalia: Na pierwszym i drugim etapie sporo korzystałyśmy z uprzęży i lonż, właściwie na wszystkich odcinkach po grani. Dopiero trzeciego dnia mogłyśmy się bez nich obejść. W przeciwieństwie do Monte Rosy natomiast, nie było obowiązku wiązania się liną, chociaż widziałam, że sporo par – szczególnie miksów – z tego korzystało. Wiązali się linkami i mocniejsza osoba ciągnęła „słabsze ogniwo”.

Który etap i jakie elementy były dla was najtrudniejsze podczas tych zawodów?

Natalia: Dla mnie najtrudniejszy był ostatni etap zawodów, bo zaczął mi się dawać we znaki żołądek. Końcówka była już dość męcząca.

Iwona: Dla mnie z kolei początek – pierwsze podejście na pierwszym etapie, kiedy wszyscy gnali jak szaleni! Potem, jak już się trochę stawka rozciągnęła, była już tylko przyjemność (uśmiech). Ja się naprawdę cieszyłam tymi zawodami i pokonywaniem trasy!

Natalia: Ale biegowo najtrudniejszy był na pewno etap drugi: najdłuższy, z największym przewyższeniem i liczbą elementów technicznych, z podejściem, a właściwie wspinaczką na Grand Mont (2686 m n.p.m. - red.). Nam akurat jednak biegło się w sobotę bardzo fajnie, miałyśmy obie świetne samopoczucie.

W zawodach etapowych elementem szczególnie istotnym jest taktyka. Jaki miałyście plan na rozegranie Pierra Menta?

Iwona: To jest pytanie do mnie, bo Natalia mnie pozostawiła rozgrywanie zawodów taktycznie, rozglądanie się za rywalkami, decyzje, kiedy przyspieszać, a kiedy trochę odpoczywać. Na początku najważniejsze było dobre ustawienie się na starcie, bo wtedy wszyscy pędzą, wręcz lecą, po 3'30”/kilometr. Aż przychodzi ściana (śmiech), a na tej ścianie bardzo wąska ścieżka i też nie bardzo jest jak wyprzedzać!

Starałyśmy się więc, my także, gnać jak najbardziej do przodu i zrobić co się da na tym pierwszym podejściu, ale też tak, żeby się nie „zajechać” i ukończyć etap w dobrej formie. Ponieważ wszyscy, prawie 300 par męskich, kobiecych i mieszanych (284 – red.), startowali razem, długo nie wiedziałyśmy, na którym jesteśmy miejscu w swojej kategorii. Na pierwszym solidnym podejściu, które miało 1000 metrów, jakiś Słowak powiedział nam, że jesteśmy pierwsze.

Nie bardzo chciałyśmy w to wierzyć i dopiero dwa podejścia dalej, na punkcie, Przemek Ząbecki (szef Salomon Suunto Teamu – red.) przekonał nas, że rzeczywiście prowadzimy. Za tym punktem rozejrzałyśmy się i zobaczyły, że daleko nikogo nie ma, więc na grani fajnie się bawiłyśmy i zbiegały spokojnie. Pamiętałyśmy, że nogi najbardziej zakwaszają się właśnie na zbiegu. (czytaj dalej)


Polecamy również:


Podziel się: