Do Kartuz na odbicie. „Zawsze daje z siebie wszystko”


Wszystko zaczęło się przed maratonem w Gdańsku, gdzie znów łamałem 3h na królewskim dystansie. Większość znajomych pytała mnie, jakie mam plany na później, gdzie wystartuje. Ja wiedziałem, że do Kartuz jest blisko i to właśnie tam miałem wystartować 2 tygodnie po zawodach. Chciałem odbić się po nie udanym występie w maratonie. Ok ktoś powie, przecież złamałeś magiczną barierę 3h. Tak, ale ja miałem ambitniejsze plany. Dlatego start w półmaratonie Kartuzy miał być dla mnie rekompensatą.

Do Kartuz udałem się PKM-ą. Rano przywitała nas piękną chłodna pogoda, taką jak lubię. Wiedziałem, że to może być udany start. Na godzinę przed startem spotykam szaloną Katarzynę z mojego temu, dziewczyna miała startować na dystansie 5,9 km. Chociaż oficjalnie zawody miały nazwę Kartuska 5'.

Przeprowadzam rozgrzewkę na 30 min przed startem. Wszystko po to by nie złapała mnie kolka. Później pozostaje ustawić się na linii startu i czekać. Między czasie ustawiam zegarek na wyścig - czas 1h25’ i dystans 21,097 km. Miałem mieć ze sobą wirtualnego zająca.

Przechodzimy przez start, by dystans był dokładny. Ostanie odliczanie i lecę. Przez pierwsze 4 km biegłem, szybciej niż pokazywał zegarek, potem trasa zweryfikowała wszystko i tempo spadło.

Zbliżając się do pierwszego punku z wodą, wiedziałem, że czasu nie będzie, jakiego planowałem. Lepiej pobiec wolniej, a z głową, to nie jest Gdynia Półmaraton, gdzie jest płasko. Biorę kilka łyków wody i resztę na siebie. Biegnę tak do kolejnego punktu z wodą i znów to samo. Było to gdzieś na około 6 km. Tempo dalej spada, ale nie na tyle, było bardzo źle.

Kolejny punkt był na około 9. kilometra. Tutaj też woda i cisnę dalej.

Kolejny, 10. już kilometr minąłem z czasem około 40 minut. Powoli zbliżam się do połowy dystansu i czekam z niecierpliwością na kolejny punkt z wodą, by wziąć żel energetyczny. Było to na około 11. kilometrze, po płytach, które nie trzymały się najlepiej. Widzę, wodę, ale najpierw żel. Jakoś nie odczułem, by się przyjął, ale co mi zostało? Walczyć z podbiegami i własnymi słabościami. Jedno było pewne, w połowie mogą mnie wyprzedzić, ale ostanie metry przed metą nie dam się nikomu.

Biegnę dalej, nie ma większych kryzysów, chociaż podbiegi nie były już takie proste. Gdzieś w okolicach 15. kilometra kolejna woda na całe ciało. To pomogło schłodzić organizm. Patrząc na zegarek nie wiedziałem już, na jaki czas biegnę. Cały plan o łamaniu bariery 1h25 odszedł już dawno z hukiem....

Wyprzedza mnie jeszcze kilka osób w tym jedna kobieta. Dla mnie to nic złego przegrać z kobietą. Widocznie byłem słaby tego dnia, a może trasa dała mi się we znaki. Któż to wie. Z każdym kolejnym krokiem jestem bliżej mety. Wiem, że zawsze daje z siebie wszystko. Zaliczam ostatni punk z wodą gdzieś na 18-19 kilometrze. Teraz pozostało mi walczyć z całych sił.

Krótki zbieg w dół, przedostatni zakręt, przybicie piątki z Sebastianem (przybiegł dużo szybciej). Gdzieś w okolicach mety słyszę szaloną Kasię z drużyny, krzyknęłabym, dał ognia. Coś jeszcze wtedy krzyknęła, a ja będąc w takim amoku, że nie bardzo wiedziałam, co się dzieje, mijam ostatni zakręt i wbiegam na metę sekundę przed panią, która wcześniej mnie wyprzedziła.

Była nią Małgorzata Tuwalska. Czas z zegarka - 1:28:13, czas organizatorów - 1:28:24. Na mecie nie spostrzegłem, że jest ktoś dla mnie ważny w ostatnim czasie. Nawet nie wiem, jak to się stało, iż nie zauważyłem Ewy, a wbiegłem wprost na nią. To ciekawe.

Na koniec rozmowa ze znajomy mymi, rozciąganie, posiłek regeneracyjny. Między czasie czekanie na wyniki. Wiedziałem, że jest dobrze, ale nie wiedziałem, czy czekamy na wręczenie pucharów, czy jedziemy do domu. Jednak zostajemy do końca. Z moim czasem udało mi się zająć 3. miejsce w kategorii.

Trochę odbiłem sobie start w poprzednich zawodach.

Tomasz Szczykutowicz, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: