Łabowskie hasanie, czyli Winter Vertical Wierch nad Kamieniem

 

Łabowskie hasanie, czyli Winter Vertical Wierch nad Kamieniem


Opublikowane w wt., 12/12/2017 - 08:59

"Jesteśmy na treningu
W tych łabowskich lasach
W okruszkach* lodu i śniegu
Na Łabowską Halę, 09. grudnia 2017 roku
Przedzieramy się"

*okruszki to przenośnia, gdyż tak naprawdę, na trasie od szlabanu w miejscowości Składziste do schroniska na Łabowskiej Hali, towarzyszyły nam duże pokłady, w większości „kopnego”, śniegu.

Szlaban w górę…

Pierwsze 3250 metrów idzie jak trzeba… równy miarowy krok i kolejne metry nieustannego wzniesienia, po którym podążamy, mam już za sobą… i tu przychodzi ten moment…

Metoda na drzewa…

Przyznam się bez bicia i bez wyrzutów sumienia dla siebie, iż po wyżej wspomnianym dystansie, momentami przechodziłem do marszobiegu… aby całkowicie z biegu nie zrobić marszu, postanowiłem wykorzystać starą technikę mobilizującą biegacza do „ruszenia nóg”, czyli wyznaczałem sobie odcinki „od drzewa do drzewa”… raz były to etapy marszu, a raz biegu… starałem się, aby te biegowe były dłuższe, częstsze niż marszowe i to mi się udało… taka zabawa „bieg – marsz” trwała do minięcia 4 900. metra trasy… wtedy to…

Pojawia się Daniel…

… Daniel Koszyk, który dobiegł do mnie przed 5. kilometrem i od tego momentu biegliśmy już razem… jego tempo jak najbardziej mi odpowiadało, a biegnąc razem wzajemnie byliśmy dla siebie motywacją do nieustannego biegu (podzielasz moje zdanie Danielu?)… Daniel dla mnie na pewno, a ja „na plecach” dla Ciebie?… mijają kolejne metry „grzebania się” w śniegu… dajemy przed siebie!… w międzyczasie rzucam do Daniela:

„Biegniemy jak Indianie, stawiając stopę przed stopą w jednej linii”

… taki układ stóp niejako wymusza utworzony przez, biegnących przed nami biegaczy, wąski lejek w miarę ugniecionego śniegu… co jakiś czas nogi zjeżdżają z utartego śladu, zapadając się po tym w jeszcze bardziej miękki śnieg…

Ostatnie metry…

Po pokonaniu jedynego konkretnego (poza kilkoma metrami przed schroniskiem) na tej trasie zbiegu, odbijamy w prawo, oczywiście, pod górę… został jeszcze kilometr dwieście metrów drapaki… biegnąc szukamy najlepszej drogi na w miarę stabilne odbicie (dobre sobie ;))… w nogach czuć coraz bardziej śniegowe zmagania, a myśl, iż już jestem „tuż tuż” zagrzewa do dalszej walki… widać już koniec lasu, czyli Łabowską Halę… na jej początku wita nas fotografka Natalia Podsadowska…

krok za krokiem, trzymam się za Danielem do końca i z szacunku do Niego i jego prowadzenia przez ostatnie dwa kilometry, nawet nie próbuję go wyprzedzać na ostatniej prostej przed punktem pomiaru czasu, zlokalizowanym tuż przed wejściem do schroniska… mijamy umówioną „linię mety” z sekundową różnicą między nami… 7 kilometrów towarzyskiego treningu Winter Vertical Wierch nad Kamieniem kończymy z czasami: 52:27 (Daniel) i 52:28 (Ja)… Danielu, w tym miejscu serdecznie dziękuję Ci publicznie za wspólne dwa kilometry!!! Pierwsze chwile na Łabowskiej Hali, swoim aparatem i kamerą, rejestruje również Vadim Kujalanskas vel Fell Running vel ffolas…

Czy jestem zadowolony z przebiegu zmagań?

Wiadomo, mógłbym napisać, iż mogło być lepiej… owszem mogło, gdybym „dociskał zawór za wszelką cenę”… nie mogę powiedzieć, iż było łatwo, jednak, z założenia, miał być to mocny trening, lecz bez „zostawiania ostatków zdrowia” i „plucia krwią”… tak jestem zadowolony, gdyż takie treningi ukazują nam nasze silne i słabe strony… jednocześnie, będąc w początkowej fazie przygotowań do przyszłego sezonu startowego, była to dobra okazja do sprawdzenia i poprawienia siły biegowej.

Krwawy ślad…

Skoro już wspomniałem o krwi, to na części trasy zaczęły się pojawiać ślady kapiącej krwi… od razu w głowie pojawiła się myśl, aby nic złego, żadnemu z uczestników treningu, się nie stało… pierwsze skojarzenie: komuś z wysiłku mogła się „puścić” krew z nosa… duży wysiłek i niska temperatura mogą zrobić swoje… na szczęście po pewnym czasie ślady się skończyły w okolicy samochodu myśliwych którzy mieli w okolicy polowanie (na tyle daleko od nas, abyśmy mogli sobie spokojnie i bezpiecznie pobiegać)… zapewne udało im się „utrafić” zwierzynę, która zostawiła czerwoną pamiątkę na śniegu.

Rozcięta stopa?

Ja miałem takie skojarzenia (nos), a jak się później okazało, te plamy dla innych mogły „ujawnić” bardziej dramatyczne obrazy… pomysłodawca treningu, Łukasz Przybyłowicz, w rozmowie w sali schroniska, stwierdził, iż:

Pomyślałem sobie, że jednak pobiegłeś boso i po drodze skaleczyłeś sobie mocno stopę, tak, iż zaczęła krwawić…
… uspokoiłem Go:

Jak najbardziej propaguję bose bieganie, lecz z głową… na takim dystansie i w takich warunkach, odmrożenia byłyby „murowane”… a nie oto chodzi, aby prowadzić bosą aktywność biegową, tak, aby sobie zaszkodzić…
Było i boso…

Oczywiście nie mogłem odmówić sobie, choć krótkiego, bosego hasania na „wysokościach” wśród śniegowego krajobrazu… do tej formy ukoronowania treningu, udało mi się zachęcić tylko (dlaczego? więcej odwagi Drogie Biegaczki i Drodzy Biegacze!) Kuzyna Tomka Ziobrowskiego, któremu gorąco dziękuję za radosne „bose piątki”! Również i podczas przebywania w schronisku pozwoliłem swoim stopom gonić „na golasa”.

Spotkanie towarzyskie…

Od początku trening miał być okazją do spotkania się biegaczy, znajomych i tzw. znajomych znajomych, z różnych stron regionu w zimowej scenerii Beskidu Sądeckiego. To założenie udało się spełnić minimum w 110%.

Po przybyciu ostatnich śmiałków mierzących się z kopną trasą, ugoszczeniu się gorącą herbatą, bigosem, plackiem i kiełbasą, przyszła pora na wyróżnienie części z nas, którzy najszybciej pokonali 7. kilometrowy odcinek… trening z nagrodami… tak, to możliwe…

… na dodatek losowanie nagród książkowych wśród wszystkich uczestników… tym razem los się do mnie uśmiechnął i byłem jednym z szczęśliwców… dopełnieniem całości spotkania stała się oprawa muzyczna zapewniona przez lachowską kapelę regionalną… coś dla ciała i dla ucha, dziękuję Ani Stelmach oraz Marysi Bartusiak z Kapeli za kilka wspólnych „tanecznych obrotów”…

Z niedźwiedziem pod stopami…

To nie początek kolejnej krwawej opowieści, czy mrożącej krew w żyłach historii o spotkaniu z niedźwiedziem „oko w oko”, lecz udana możliwość przetestowania nowych butów (tak, w zimie „godzę się z butami”)… nie chcąc tracić kontaktu z podłożem, „postawiłem” na używanie w sezonie zimowym minimalistycznych butów, które pozwolą dalej dbać o poprawną technikę biegu na śródstopiu, a jednocześnie nie odmrozić sobie stóp… a skąd ten niedźwiedź? Obuwie, o którym wspominam, to właśnie model Baribal, Marki Magical Shoes (ukłony dla Pani Aldony Zawada za ich użyczenie), a jak zapewne wiecie Baribal to jeden z gatunków wspomnianego ssaka… po impregnacji oraz przy współpracy z nakładkami z kolcami, bezpiecznie wyprowadziły mnie na Łabowską Halę i tak naprawdę pozwoliły posuwać się naprzód, a nie „ślizgać” się co krok… nie taki niedźwiedź groźny jak go malują.

Kończmy to hulanie, bo zaczyna…

… ściemniać się… tak też prawie całą ferajną, po wspólnym spędzeniu kilku godzin, udaliśmy się w drogę powrotną… jedni maszerując, inni biegnąc, ale wszyscy w radosnych nastrojach i jednocześnie ze smutkiem, że trzeba wracać „na niziny”… stąd też, aby podtrzymać „entuzjazm chwili”, moc podziękowań należy się każdemu kto był z nami na treningu Winter Vertical Wierch nad Kamieniem… jak tu dziękować, aby nikogo nie pominąć… zróbmy, więc tak… dziękuję Wam wszystkim razem  oraz każdej i każdemu z Was z osobna, za atmosferę, mile spędzony czas, nowe znajomości, kolejną możliwość spotkania „starych” znajomych, fotografom za dokumentację wspomnień, „Czasomierzom „STOPER”” za możliwość rejestracji wyniku zmagań, Gospodarzowi Gminy Łabowa za poranne obecność wśród biegowej braci, Dyrektorowi Banku Spółdzielczego w Gorlicach za nagrody oraz pokonanie całej trasy, Gospodarzom schroniska na Łabowskiej Hali za gościnność, Kapeli (w składzie: Kamil Wiktor – trąbka, Łukasz Kowalik – klarnet, Maria Bartusiak – skrzypce prym, Agata Malczak – skrzypce sekund, Patryk Barnach – kontrabas) za „miód dla ucha” i przede wszystkim Łukaszowi Przybylskiemu za pomysł wspólnego treningu (i obietnicę wiosennego spotkania)…

Karol Trojan, Ambasador Festiwalu Biegów, Blog Biegambo.pl


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce