Okiem Ambasadora: Etapowa Triada Zimowa w Krościenku


Etapowa Triada Zimowa to cykl 3 biegów rozgrywany w ciągu jednego weekendu, z trzema różnymi dystansami o długości 30 km, Maraton – 45 i Ultra – 60 km. Każdy bieg odbywał się w innym paśmie górskim.

Relacja Magdaleny Wilk, Ambasadorki Festiwalu Biegów

Weekend w Krościenku powitał nas dużymi opadami śniegu. Było jasne, że ta „Triada” będzie rzeczywiście zimowa. Praktycznie do czasu rozpoczęcia każdego etapu mogliśmy się spodziewać jakichś zmian.

I

Etap pierwszy przewidywał 16-kilometrową trasę po Gorcach. Mieliśmy wystartować z Grywałdu, biec na Lubań, tam odhaczyć się na czubku wieży widokowej i przez Marszałka zbiec do Krościenka. Szybko okazało się, że puszczenie biegaczy na Lubań nie będzie możliwe. Ostatecznie ominęliśmy szczyt, trawersując zbocze.

Ponieważ śniegu miejscami było po pas, około 700 uczestników mogło poruszać się przetartą przez organizatorów ścieżką jedynie gęsiego. Na „bieg” więc mogła więc liczyć praktycznie tylko czołówka – reszta dreptała jeden za drugim i wystarczyło, by ktoś szedł wolniej lub przystanął na seflika, by zatrzymali się wszyscy za nim.

Za Lubaniem było już nieco szerzej, sadzenie rączych susów w świeżym śniegu to była prawdziwa frajda, zakończona niejednokrotnie spektakularnym zjazdem niekoniecznie na nogach. Śnieg padał cały czas, więc na górskie widoki nie było co liczyć, za to las pokryty warstwą grubego puchu, rekompensował je w pełni. Gdy w oddali zamajaczyła charakterystyczna iglica kościoła Chrystusa Dobrego Pasterza wiedzieliśmy, że meta już blisko. Na niej czekał na nas pierwszy drewniany medal w kształcie drogowskazu ze szlaku, z napisem „Gorce”, herbata i pyszna zupa szpinakowa.

II

Etap drugi Pieniny startował o godz. 19 i przebiegał 5,5-km pętlą po Krościenku przez Toporzysko.

Maraton pokonywał ją dwukrotnie. Ruszyliśmy w kierunku przeciwnym, niż początkowo przewidywano, bo pierwotnie planowany zbieg był zbyt oblodzony. Z drugiej strony zbocza grunt okazał się z kolei mocno namoknięty i brodziliśmy po kostki tym razem nie w śniegu, ale w błocie. Za to widok rzędu światełek z czołówek i rozjarzonego Krościenka – bezcenny. Za metą – kolejny medal drogowskaz, „Pieniny” i herbatka z prądem.

III

Etap trzeci w Beskidzie Sądeckim przyniósł najwięcej niespodzianek. Maraton startował na 18 km z Czardy. Na Przehybie miał być punkt regeneracyjny, potem przez Dzwonkówkę mieliśmy zbiec do Krościenka. Okazało się jednak, że najwytrwalsi z wytrwałych nie byli w stanie przedrzeć szlaku na Przehybę.

Trasę ostatecznie skrócono do 14 km i zostaliśmy pozbawieni punktu regeneracyjnego. Pogoda od rana nas nie rozpieszczała, mocno padało i wiał zimny wiatr. Nastroje biegaczy, jadących autobusami na start, były wyraźnie przygaszone i jakże inne od tych, gdy rozentuzjazmowani jechaliśmy na start w Gorcach. Początek biegu też nie był motywujący. W Czardzie spotkaliśmy się z mającymi tam zwrotkę, biegnącymi z Krościenka i z powrotem, Ultrasami. Znów mieliśmy do dyspozycji „jednoosobową” ścieżkę w kopnym śniegu, którą my wspinaliśmy się na Dzwonkówkę, środek Ultra zbiegał nią do Czardy, a czołówka Ultra po nawrotce wracała do góry! Okrzyki „Ultra idzie do góry”, „Uwaga, ultrasi w dół!” nieco pozwoliły sterować ruchem, ale te warunki z pewnością dla nikogo nie były komfortowe.

Za Dzwonkówką na szczęście peleton się rozluźnił i mogliśmy na pełnym gazie zbiec do Krościenka.

Po pokonaniu dodatkowej, ponad 3-km pętli w samej wsi, gdzie siekący śniegiem wiatr najbardziej dał się we znaki, mogliśmy wzdłuż Dunajca pobiec prosto po upragniony, trzeci z kompletu, medal.

Imprezę polecam, taka formuła udowadnia, że można „na zmęczeniu” biec kolejne dystanse, a trzy biegi zintegrowały ludzi między sobą – poznawaliśmy się i pozdrawialiśmy na poszczególnych etapach. Szkoda, że pogoda nie pozwoliła się cieszyć tym, co zostało zaplanowane, ale przynajmniej w pełni poznaliśmy uroki biegania w górach zimą.

Magdalena Wilk, Ambasadorka Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: