„Piękny maraton, w pięknym miejscu”. Biegiem na Malcie


Malta kojarzy się z Zakonem Joannitów, zwanych też Kawalerami Maltańskimi. Przybyli tu w XVI wieku z Rodos i odcisnęli silne piętno na wyspie. Ufortyfikowali wyspę i obronili Europę przed inwazją Turków. Po nich byli Francuzi bardzo źle tu wspominani a po nich na wyspę w początkach XIX w przybyli Brytyjczycy, po których pozostał język angielski, lewostronny ruch i czerwone budki telefoniczne czynne zresztą do dziś. To oni z dużym poświęceniem obronili Maltę przed germańską dziczą. Tyle historii.

Na Maltę przylecieliśmy via Frankfurt, w czwartek. Z lotniska w Luqa’ce do Valletty dojechaliśmy autobusem transportu publicznego, który tu jest tani i zaspokaja praktycznie wszystkie potrzeby budżetowego turysty. Właściwie nie do Valletty, a do podnóża jej ufortyfikowanych murów. To zespół fortów, bastionów i działobitni wzniesionych z żółtego piaskowca na wysokość kilkudziesięciu metrów na wąskim cyplu otoczonym z dwóch stron zatokami morskimi. Dalej już szliśmy pieszo wąskimi ulicami historycznego miasta.

Tak mimochodem zaczęliśmy zwiedzanie miasta i wyspy. W piątek zwiedzanie historycznej stolicy wyspy Mdiny również mocno ufortyfikowanej na wysokim pagórku. Po południu płyniemy promem przez zatokę Marsamxett do Slieny, gdzie w hotelu Le Meridien St. Poul odbieramy pakiety startowe na Vodafone Malta Maraton, który rozgrywany jest w tym roku po raz 33.

Organizacja nie zachwyca. Chociaż jest jeszcze wcześnie wydawanie pakietów, idzie dość wolno więc spędzamy w długiej kolejce około 1 godziny. Pakiet dość skromny ale jest przynajmniej pamiątkowa koszulka i jakieś żelki. Sliena to współczesne miasto z niezbyt pięknymi apartamentowcami, więc po krótkiej przechadzce wracamy do pięknej Valletty, zresztą pogoda zniechęca do spacerów siąpi deszcz i wieje silny chłodny wiatr.

W sobotę poprawa pogody i w samych koszulach możemy popłynąć łodzią podobną do gondoli tylko z doczepionym silnikiem przez zatokę Grand Harbour do trzech historycznych miast: Cospicua, Vittoriosa i Kalkara , które są również silnie ufortyfikowane ale na tyle kameralne, że można je obejść spacerem w kilka godzin.

W niedzielę wczesna pobudka, wychodzę z hotelu około 5:00. Muszę się dostać autobusem do Mdiny gdzie o 7:30 wyznaczono stert Maratonu. Wprawdzie mam w pakiecie wykupiony za 5E transport do Mdiny ale musiał bym się najpierw dostać do Slieny. Na miejscu okazało się jednak, że prościej będzie jechać bezpośrednio z Valletty do Mdiny.

W autobusie o 5:30 ja jeden biały, reszta to Afrykanie i Azjaci. Trochę dziwnie ale oni jadą do pracy a ja na maraton. Docieram do Mdiny około godz. 6:30. Jest dość ciepło i wilgotno, siąpi nawet drobny deszczyk.

Na miejscu już dość tłoczno, ludzie się przebierają i rozgrzewają. W grupie słychać wielu Polaków. Rzeczy oddajemy do depozytu do samochodów DHL, które odwiozą je do Slieny na metę. Gra orkiestra dęta na zmianę z muzyką płynącą z głośników.

O 7:30 startujemy, jest nas na oko ponad tysiąc osób. Ja mam na sobie folię, którą wyrzucam po kilku kilometrach gdy się już rozgrzałem.

Strategia na bieg jest prosta: początek około 5:30 do 5:45 min./km i tak do połówki. Później bieg na przeżycie, aby zmieścić się w limicie 6 godzin. Cały czas mam bolącą kontuzję kolana i łydki w prawej nodze. Właściwie nie powinienem biec ale oczywiście pokusa jest zbyt duża.

Po nas, o 9:30 startuje półmaraton - znacznie liczniej obsadzony. Z przekroju trasy wynika, że duża część trasy prowadzi w dół ale jest to tylko część prawdy. Pierwsze dwa kilometry zbiegamy rzeczywiście dość ostro w dół. Biegniemy lokalnymi drogami wzdłuż pól ogrodzonych niskimi murkami z kamieni i obsadzonymi kolczastymi opuncjami. Przebiegamy przez niewielkie miejscowości.

Pierwsze 25 km to trzy kółka u podnóża Mdiny, którą co pół godziny widzimy z boku na wzgórzu. Jednak za każdym razem biegniemy trochę inną trasą. Są zbiegi ale też kilka długich podbiegów.

Bufety rozstawiono co 5 km trochę rzadko ale da się wytrzymać. Mijamy po drodze wiele grających orkiestr dętych, to jakiś lokalny koloryt.

Półmetek mijam po 2 godzinach z małym haczykiem. Do tej pory było nieźle ale po mału robi się ciepło. Łydka przestała boleć, rozchodziła się ale kolano dokucza coraz bardziej. Od 25 km biegniemy razem z półmaratończykami, którzy w międzyczasie wystartowali z Mdiniy. Tutaj rzeczywiście jest już lekko w dół do 37. kilometra, gdzie wybiegamy już na nadmorskie bulwary. Ja zwalniam, dużo maszeruję nie mam parcia na wynik, zresztą kolano skutecznie przypomina o kontuzji.

Nadal mijamy małe wioski, które niepostrzeżenie przechodzą w zwartą, niską zabudowę. Biegniemy otwartą szosą przy normalnym ruchu samochodowym, co pewien czas ktoś włącza się do ruchu lub skręca przecinając kolumnę biegaczy. Czasem samochody przejeżdżają niebezpiecznie blisko. Dopiero, gdy wbiegamy na główną dwupasmową drogę, biegniemy jednym wydzielonym pasem ruchu. Po mału znikają orkiestry dęte a pojawiają się zespoły rockowe lub soliści grający do akompaniamentu gitary.

W sumie minęliśmy kilkanaście punktów muzycznych. Gdy dobiegamy do zatoki Marsamxett zaczynają się bulwary i pojawia się więcej kibiców. Jest ciepło, prawie gorąco, jestem mocno wyczerpany, trochę biegnę trochę idę. Na 40. kilometrze wyciągam polską flagę, teraz już łatwiej biec. Pozdrawiają mnie kibice i inni zawodnicy. To jest właśnie duch maratonu!

Na łuku zatoki już widać metę oddzielnie dla maratonu oddzielnie, kilkadziesiąt metrów dalej dla półmaratończyków. Zbieram się i finiszuję.

Czas 4:58:02 czyli w granicach oczekiwań, miejsce 750/882. Piękny maraton, w pięknym miejscu. Trochę szkoda, że musiałem go przebiec w turystycznym tempie.

Powrót promem do Valletty. Wieczorem czas na zwiedzanie a w poniedziałek powrót do domu via Monachium…

Jan Nartowski, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: