Rafał Czarnecki najlepszy nad morzem! Nowy rekord Gdańsk Maratonu [ZDJĘCIA]


Rafał Czarnecki bohaterem 4. Gdańsk Maratonu. 39-letni utytułowany biegacz z Bliżyna koło Skarżyska-Kamiennej po raz drugi z rzędu wygrał bieg na królewskim dystansie w stolicy polskiego Pomorza, a uczynił to w imponującym stylu. Mimo że niemal od początku biegł sam, bo odskoczył od rywali już na 3 kilometrze, to jeszcze pobił własny rekord trasy (i jednocześnie swój rekord życiowy) o 56 sekund, triumfując w czasie 2:23:36.

– Na wczorajszym rozruchu miałem ciężkie nogi i dziś nie byłem zbyt pewny siebie, nie wiedziałem jak się noga będzie kręcić. Szybko się jednak okazało, że jest znakomicie. Czułem się wspaniale, biegłem bardzo swobodnie i szybko postanowiłem powalczyć o życiówkę i rekord trasy. W ubiegłym roku były lepsze warunki, bo temperatura wynosiła 9 stopni, a dzisiaj – dwa razy tyle. Dla maratończyka to ogromna różnica. Poczułem to koło 35 kilometra, tempo spadło mi o 5 sekund na kilometr, ale dociągnąłem – cieszył się na mecie Rafał Czarnecki. – Szkoda, że musiałem biec sam, bo gdyby był ktoś do pomocy i zmienialibyśmy się, z pół minuty można by jeszcze „urwać” – szacował zwycięzca.

Konkurencja dla Rafała nie istniała. Za to o drugie miejsce walka była zażarta. 11 minut po zwycięzcy przybiegli Paweł Kosek z Tychów i gdynianin Marcin Rakoczy, którzy „tasowali się” przez wiele kilometrów. Raz jeden, raz drugi uzyskiwał minimalną przewagę. Kosek zaatakował na końcowych kilkuset metrach, gdy obiegali już halę Amber Expo, w środku której organizatorzy zbudowali metę. Z czasem 2:34:35 wyprzedził o 10 sekund rywala, który tuż za metą padł jak nieżywy. Był tak wyczerpany, że jeszcze kilkadziesiąt minut później, stając na podium, robił wrażenie jakby nie do końca wiedział, gdzie się znajduje.

Ale i Pawła Koska bieg kosztował wiele. – Trochę się "podpaliłem" i do 10 kilometra starałem się za wszelką cenę gonić faworyta. Jak zobaczyłem wtedy swój czas (Czarnecki miał na 10 km 34:07, Kosek 34:09 - red.) wiedziałem, że za chwilę zaczną się schody. No i niedługo tak się stało. Jeszcze do półmetka biegłem wprawdzie zgodnie z moimi założeniami, na złamanie 2:30, ale potem przeszkodziły mi i wiatr, i zbyt wysoka temperatura. Drugie miejsce jest super, ale czas... szkoda gadać.

Ciekawa była rywalizacja najlepszych maratonek. Ubiegłoroczna zwyciężczyni Katarzyna Pobłocka tydzień temu zeszła z trasy na 18. kilometrze maratonu w Dębnie. W Gdańsku biegła na przełamanie, tak by tylko zaliczyć wiosenny maraton. A raczej miała tak biec, bo... – Znów mnie nie posłuchała i zaczęła za szybko – ocenił ojciec i trener Kasi, Piotr Pobłocki, sam czwarty na mecie z czasem 2:36:42. – Kasia już taka jest, nie potrafi biec z tyłu – mówił.

Do 25. kilometra Pobłocka biegła trzecia, za Justyną Śliwiak i Białorusinką Aleną Szumik. Długo traciła do liderki około minuty, ale od półmetka różnica zaczęła się powiększać, a między 25 a 30 kilometrem ubiegłoroczną zwyciężczynię dopadł potężny kryzys. Dostała kolki, znacznie zwolniła i spadła na czwarte miejsce wyprzedzona przez miejscową biegaczkę Małgorzatę Tuwalską. – Nie pamiętam, co się ze mną działo po 27 km – powiedziała nam Kasia. Okazało się, że na 30 km zasłabła, upadła i z trasy zabrała ją karetka. Po raz drugi w ciągu tygodnia nie ukończyła maratonu.

Triumfowała Justyna Śliwiak, warszawianka reprezentująca TKKF Promyk Ciechanów. Liderowała od początku, ale na 30 kilometrze poczuła się niepewnie. – Obejrzałam się wtedy i zobaczyłam rywalkę. Przestraszyłam się, bo w ubiegłym roku właśnie tu przegrałam z Kasią Pobłocką. Prowadziłam, a ona mnie dogoniła i dobiegła do mety 20 parę sekund przede mną – wspominała zwyciężczyni. – Ale dziś cały czas biegło mi się dobrze. Może było troszkę za ciepło, ale na szczęście słońce często chowało się za chmurami i nie świeciło bezpośrednio na nas. A z wiatrem sobie poradziłam, jestem drobna, więc jak zwykle chowałam się za chłopakami – śmiała się uszczęśliwiona Justyna Śliwiak, która w ósmym maratońskim starcie odniosła pierwsze zwycięstwo.

Świetnie spisała się Patrycja Bereznowska. Mega gwiazda ultramaratonów, rekordzistka świata w biegach 24- i 48-godzinnym, była na 10 kilometrze siódma, ale potem poprawiała pozycję i finiszowała piąta w czasie 3:04:24. – To moja maratońska życiówka – krzyknęła na mecie.

Magicznej dla maratończyków-amatorów granicy 3 godzin towarzyszyło jak zwykle wiele emocji. Barierę pokonało tym razem 56 biegaczy. Jako 57 wbiegł na metę Michał Wojnowski. Zabrakło mu do celu 6 sekund! – Nie mam jednak sobie nic do zarzucenia. Dałem z siebie wszystko, walczyłem do końca. I nie mam siły nic więcej teraz powiedzieć – stwierdził gdańszczanin z klubu Dream Tri Team.

Trzy i pół minuty po wybiciu „trójki” minął linię mety Adam Korol. Były mistrz olimpijski i 4-krotny mistrz świata w wioślarstwie miał mieszane uczucia. – Nie było tak jak chciałem. Wprawdzie mój trener Radosław Dudycz (2-krotny mistrz Polski w maratonie – red.) zakładał czas taki, jaki osiągnąłem, ale ja chciałem znowu złamać „trójkę” – przyznał były minister sportu. – W sumie jednak nie mogę narzekać, do 30 km biegłem bardzo równo, po 4'15/km, potem troszkę zwolniłem, ale żadnej maratońskiej „ściany” nie było – cieszył się Korol.

4 Gdańsk Maraton ukończyło 1700 osób. Jako ostatni przekroczyli metę trzymając się za ręce pan Edmund z paniami Agnieszką i Ludmiłą. Wielkie brawa dla nich, wielkie brawa dla wszystkich maratończyków!

Piotr Falkowski


Polecamy również:


Podziel się: