Bieg 7 Dolin 64 km Ambasadora. "Droga postępu nie jest ani szybka, ani łatwa"


Niezależnie od tego, skąd jesteś, twoje marzenia są ważne - Lupita Nyong’o

Do Krynicy wyjechaliśmy już w piątek rano, aby uniknąć korków. Chcieliśmy przyjechać na czas i mieć jeszcze coś z tego dnia, a nie potem latać i wszystko załatwiać na ostatnia chwile. To się udało, byliśmy już o 13, wiec odebraliśmy pakiety przeszliśmy się po EXPO i mieliśmy czas wolny. Wykorzystaliśmy wolne na spotkanie z TEAMem BUFFa na czele z Marcinem Świercem tegorocznym zwycięzcą TDSa. Po spotkaniu przyszykowałem wszystko co było mi potrzebne na trasę, zjadłem makaron z „dżemorem”, wypiłem elektrolity i od tego momentu wiedziałem, że już prawie jedną nogą jestem na trasie…

Wstałem o 4:20 i od razu rzuciłem się na kolejna porcje makaronu z dżemorem i elektorolity. Poranna toaleta a potem kolejny raz upewniam się czy cały sprzęt jest na swoim miejscu. Plecak, bukłak, jedzenie, wszystko jest. Ubrałem się zarzuciłem plecak i przewiązałem chustkę na głowie którą otrzymałem jako prezent urodzinowy (chyba najlepszy z wszystkich), SIŁA! - pomyślałem. Po czym wyszedłem na autobus odwożący zawodników na start do Rytra o 5:30.

W autobusie, powtarzałem sobie cały czas - nie spal pierwszego podbiegu, nie spal pierwszego podbiegu… aż chyba przymknąłem oko. Z drzemki wyrwał mnie szum, dotarliśmy na miejsce. Oddałem zatem dwa przepaki na 30 i 41km. Na pierwszy z nich wrzuciłem butelkę 0,5l coli, jeden baton, jeden żel i elktorolity. Na drugi punkt była już tylko cola i elektrolity. Skorzystałem jeszcze raz z toalety i ustawiłem się w kolejce z której zawodnicy byli wypuszczali interwałowo od 6:30 co 5 sekund. Dzieje się tak, ponieważ początek trasy biegu jest bardzo wąski A że wbiegają już na niego również uczestnicy biegu na 100 km, mogło by to utrudniać przedzieranie się szybkim zawodnikom. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, choć nie pozbawione wad.

Wystartowałem około 6:57. Przeżegnałem się i krzyknąłem SIŁA !!!

Ustawiłem zegarek na tętno wbiłem sobie do głowy jeszcze raz swój plan i już się go trzymałem. Kawałek asfaltem i potem na szlak ostro pod górę, spojrzałem na zegarek i z automatu zwolniłem, byłem już zbyt szybki, gdybym się trzymał tego tętna na górze było by już po zawodach. Zwolniłem i wyrównałem oddech. Wspinałem się na Przehybę. Skakałem po szlaku jak kozica systematycznie wyprzedzając tych którzy wystartowali przede mną. Rwałem do góry, a kiedy byłem już prawie na szczycie przyśpieszyłem i biegłem już w stronę schroniska gdzie mamy pierwszy punkt na 8. kilometrze, tam złapałem tylko pół drożdżówki, dwie ćwiartki pomarańczy i kubek ciepłej herbaty, po czym obmyłem się trochę wodą i już byłem na trasie. Spojrzałem na zegarek 1:11:37 - 2 minuty wolniej niż w zeszłym roku pomyślałem. Już wiedziałem, że wyjdzie mi to tylko na dobre.

Atakowałem w stronę Radziejowej - 1262 m n.p.m. Jest to najwyższe wzniesienie na trasie. W dalszym ciągu przebijam się przez wolniejszych biegaczy i mknę do przodu. Liczyłem że zobaczę tarty, niestety mgła była na tyle mocna, że mogłem tylko sobie pomarzyć o tych widokach. Kiedy przebiegłem przez najwyższe wzniesienie zaczął się zbieg i tutaj chyba rozgrywa się historyczny moment dla moich nóg i głowy. Marunia zbiega, głowa nie trzyma i nie bije się z myślami nie ma żadnej blokady, która włączyła się kiedyś po nieszczęśliwym upadku. A nogi? Nogi są pewne, stawiają mocne pewne i w miarę długie kroki, mimo obsuwających się kamieni pod stopami. Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem „nareszcie”!

Kiedy podjarany prędkością zbiegam w dół, dochodzi do mnie, że to będzie piękny dzień. Wyprzedzam na zbiegach, ja wyprzedzam na zbiegach a nie na podbiegach - serio? Co tu się dzieje! Tempo 4:15. Serio? Marunia nie popisuj się, nie ma przed kim - pomyślałem…

Teraz lekki podbieg na Eliaszówke - 1024m n.p.m., a za nią kolejne harce na zbiegach, które dalej są dla mnie niesamowitym wydarzeniem. Jednak zachowuje pełne skupienie. Zbieg zaczyna się w miarę wypłaszczać a ja podbiegam do jednego z zawodników, okazuje się nim starszy ode mnie facet myślę że około 45 lat, klepie go po ramieniu i mówię:

- Wiesz co Ci powiem

- Co takiego ?

- Życie jest piękne !

- Wiem młody przyjacielu, dlatego nie leżę już w łóżku!

Słyszałem już tylko w oddali, ale obróciłem się i krzyknąłem jeszcze SIŁA !

Zbieg do Piwnicznej, a tam następuje znów jeden z nieprzewidywalnych momentów na trasie ultra. Zawsze musi się coś wydarzyć, inaczej przecież to by nie było ultra? Było około 1 km do przepaku w Piwnicznej i nagle na boku ścieżki spotykam grupę turystów. Czwórka przyjaciół delektuje się krystalicznie czystą wodą z butelki z nazwą jednego ze skandynawskich krajów. Ahhh, cóż za piękny obrazek... jak na 10 rano. Zagadałem do nich i zapytałem czy browarka też przypadkiem nie mają, wtedy jeden z nich zaczął szukać złotego napoju w plecaku z niedowierzaniem, że ja na serio go o to spytałem. Kiedy dokopał się do dna wyciągnął średnio zimnego Kasztelana. Haaaaa! Doskonale! Pomyślałem, po czym wypiłem kilka łyków i podziękowałem a oni już z nalanym kieliszkiem w moja stronę, lufę też sobie z nami pier…..? Zaśmiałem się głośno i podziękowałem im jeszcze raz, oczywiście lufy odmówiłem już. Słyszałem jak z oddali krzyczeli jeszcze, siła! Ciekawe kto ich tego nauczył?

Piwniczna. Kiedy wbiegałem na przepak akurat stoi tam chmara ludzi, którzy czekają już na start kolejnego dystansu – 34 km. Krzyknąłem, ejjj, 34 nie spać !! Wtedy wszyscy zaczęli wrzeszczeć i od razu było mi lepiej.

Na przepaku jedna z wolontariuszek biegła już do mnie z moim workiem. Spakowałem baton i żel do plecaka, colę wypiłem prawie całą, a zaraz potem elektrolity. Z punktu złapałem jeszcze pomarańcze i rzuciłem się na dalszą trasę.

Przebiegam przez most, na którym jest pełno dzieciaków, jakie to jest super jak one się tak cieszą, skaczą, robią hałas i przybijają wszystkim piątki. Naprawdę to są super chwile na trasie. Jako że nie lubię być dłużny, postanowiłem im się odwdzięczyć i krzyknąłem z całych sił, SIŁA !! A każdemu z dzieciaków przybiłem z osobna piątkę.

Teraz zaczyna się strasznie strome podejście po betonowych płytach, pamiętam, że miałem tam w zeszłym roku spory kryzys. W tym roku jest dokładnie tak samo - walczę z słabościami, jest mi gorąco, mega gorąco, słońce zaczyna trochę grzać po karku. Po twarzach reszty biegaczy widać, że ewidentnie nie jest tylko ze mną źle. Kiedy dotarłem na górę, nagle spadł chłodny deszcz. Mżawka, która zadziała na mnie jak manna z nieba. Nabieram siły i włączam harce na zbiegu.

Nim się dobrze rozkręciłem, górka wyrasta na nowo zmagam się z tym diabelstwem. Mam naprawdę kryzysy, ale radze sobie z nimi, włączam pozytywne myślenie. Zbiegam w stronę hotelu na 41. kilometrze, gdzie mamy kolejny przepak.

Tam podchodzi do mnie starsza kobieta. Widziała i wiedziała, że mam słabości, ale wiedziała że może mi też pomóc. Kiedy jedna z wolontariuszek podawała mi torbę z przepakiem, mój chwilowy anioł stróż przynosił mi właśnie wszystko co było tylko na punkcie do spożycia. A ja znów wypiłem colę i elektrolity. Potem wziąłem od mojego anioła ciepłą herbatę i wysłuchałem dobrego słowa, to też zawsze pomaga. Podszedłem do spikera, który obsługiwał ten punkt. Poprosiłem o mikrofon i powiedziałem, że chciałem powiedzieć coś bardzo ważnego. Z moich ust wyłoniło się najgłośniejsze SIŁA! - tak głośne, jak tylko możliwe w tym akurat momencie. Nie czekając na żadne reakcje biegłem już na trasie. Widziałem tylko machającego anioła, który przed chwilą mi pomagał a w oddali słyszałem jeszcze komentatora.

- Cokolwiek to miało znaczyć, wiem, że na pewno zadziałało!

Wierchomla czekała już na mnie z otwartymi ramionami, a ja wbiegałem z uśmiechem w jej objęcia. Niemniej jednak za każdym razem, kiedy ona chciał zacisnąć swoje ramiona, wymykałem się z nich niczym nocny kochanek. Jej próba złapania mnie w swoje sidła trwała, a ja raz za razem podskakiwałem jak w szarpanym. A to w lewo a to w prawo, gdzie tylko łatwiej było postawić nogę. Mam Cię moja droga, pomachałem jej ręką na pożegnanie i zbiegałem już w dół do Szczawnika.

Kamienie znów obsuwały się pod nogami, ale mojej blokady już nie było. To nie był stary Marek, to nie był Marek którego znacie, to nie był ten Marek który w oczach miał strach upadku na zbiegu. To była tykająca bomba, która uwalniała równomiernie swoja energię, czekając na wielki finałowy wybuch.

W Szczawniku zaczynał się podbieg na Runek. Przeżegnałem się, bo to tutaj w zeszłym roku miałem swoje najgorsze chwile. Bałem się powtórki. Tym razem przygotowałem się lepiej. Rzuciłem się na podbieg, biegiem naprzemian z marszem.

Dobiegam do ostatniego punktu odżywczego na 52. kilometrze. Złapałem tylko pomarańcze, obmyłem się, a jedna z wolontariuszek wylała mi cała butelkę wody na głowę. To był mocny zastrzyk chłodu.

Gnałem dalej w stronę Runka - 1080m n.p.m.. Przed samym jego wierzchołkiem wyprzedziła mnie trójka najszybszych biegaczy z biegu na dystansie 34 km.

Runek za mną, teraz mamy około 10 km zbiegu, czy jestem w stanie się utrzymać na mocnym tempie? Sprawdźmy! Myślałem już tylko o mecie, ale w dalszym ciągu wyprzedzałem. To było super. To były kolejne pstryknięcia w ciało, które pchały mnie w dół zbiegu. Walczyłem z myślami, a myślałem już o mecie. Skup się Marek, skup się! Teraz najłatwiej o upadek, nogi są już ciężkie i zmęczone a głowa rozmarzona.

Trochę zaczyna mnie odcinać, zwalniam i regularnie oblewam się resztka wody z bukłaka jak mi została. To bardzo pomaga.

3 km do mety. Skrzydła rozłożone, po policzku lekko spływa już łza radości bo ja widziałem czas na zegarku i wiedziałem, że uda się zrealizować założonyplan.

1 km do mety. Słyszę już całą Krynicę. Słyszę spikera. Słyszę kibiców już tam jestem, już jestem w ogródku już witam się z gąską i nagle BACH! Gleba Maruś Zahaczyłem o jakiś wystający kamień, przywaliłem w niego dużym palcem u nogi z takim impetem, że aż go wyrwało i poleciał za mną. W powietrzu rozłożyłem się niczym superman do lotu, upadłem na ręce.

Upadek był na tyle szczęśliwy, że nic sobie nie uszkodziłem. Ale wyglądało to groźnie. Złapały mnie tylko, niejako z automatu, skurcze w łydce, które szybko przeszły. Wstałem na spokojnie i atakowałem dalej.

Gdy byłem już na asfalcie, wszyscy przechodnie bili mi brawo. Już byłem w raju, to już się działo - 300metrów do mety, deptak pełen kibiców. Krynica nie spać!

Tak się spełnia marzenia! SIŁA! Krzyczałem… Uśmiechnąłem się w głębi duszy i nie tylko, przekroczyłem linie mety.

Na mecie radowałem się z swojego kolejnego małego sukcesu, który jest kolejnym małym krokiem (mam nadzieje) do wielkich wyzwań jakie na mnie czekają!

Pamiętajcie, droga postępu nie jest ani szybka, ani łatwa !

Bieg 7 Dolin 64 km:

  • Marek Grund
  • Czas:7:42:29
  • Open 30
  • Kategoria M20 – 6

Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegów

Polecamy również:


Podziel się: