"12 lat czekałem na ten medal, ale nie jestem spełniony. Moje marzenie to Tokio!" Marcin Lewandowski, brązowy medalista MŚ na 1500 m


Opublikowane w wt., 08/10/2019 - 20:15

Jeszcze nigdy reprezentant Polski nie biegał w finale mistrzostw świata na 1500 m. To stwierdzenie przestało być aktualne w niedzielny wieczór, gdy na starcie finałowego biegu na „półtoraka” stanął na bieżni Khalifa Stadium w Dosze Marcin Lewandowski. 32-letni zawodnik przełamał od razu kolejną barierę: zdobył medal. Po kapitalnym biegu finiszował trzeci zdobywając brąz i bijąc własny rekord Polski wynikiem 3:31:46!

Kapitan reprezentacji Polski na mistrzowskich imprezach lekkoatletycznych biegał w Katarze perfekcyjnie taktycznie. Dlatego na początku rozmowy pozwoliłem sobie żartem nazwać Lewandowskiego „profesorem”, określeniem od kilku lat przypisanym do kolegi i wielkiego rywala z bieżni Adama Kszczota. Temu ostatniemu start tym razem zdecydowanie nie wyszedł...

– Nie, nie, nie! Cieszę się, że biegałem perfekcyjnie, ale już ci kiedyś powiedziałem: proszę nie nazywać mnie profesorem, bo żaden ze mnie profesor! No, chyba że powiedziałeś to celowo, żeby zajawić temat (śmiech). Nie uważam się za żadnego profesora, bo nie chcę ubliżać takimi porównaniami ludziom, którzy wielkimi osiągnięciami osiągnęli ten stopień naukowy. Proszę utożsamiać mnie ze sportowcem Marcinem Lewandowskim i żołnierzem Wojska Polskiego, ewentualnie jeszcze „fighterem”, jak często określa się mnie w telewizji. Tyle.

– To był rzeczywiście żart, ale w Dosze biegałeś prefekcyjnie taktycznie. Z ogromną przyjemnością i satysfakcją patrzylem na to, jak niesamowicie mądrze biegniesz, jak jesteś pewny tego, co robisz.

– Sam chcę to na spokojnie obejrzeć w telewizji, bo już wielokrotnie słyszałem od ludzi, że biła ode mnie ogromna pewność siebie. To jest niesamowite! Fajnie, że tak to z boku wyglądało, bo... czułem się na mistrzostwach bardzo dobrze, oczywiście - pojawiały się czasem myśli „co ja tutaj robię?”, ale takie chwile niepewności to jest standard.

Wiedziałem, na co mnie stać, że jestem bardzo mocny, stać mnie na 3:30-3:31, czyli rekord życiowy i rekord Polski. Byłem pewny swego i mówiłem sobie głośno, że przyjechałem tam po medal. Mam 32 lata, kto wie, ile mi jeszcze zostało i to muszą być moje mistrzostwa. Przyznam jednak, że nie spodziewałem się aż tak szybkiego finału: to było jednak bieganie turniejowe, bez „zająca” jak na mityngach. Jestem w szoku po naszych finałowych wynikach, ale cieszę się, że moje nastawienie na sukces przyniosło sukces i upragniony medal.

– Medal, na który czekałeś aż 12 lat...

– Strasznie długo... Sześć finałów mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich, 3 razy czwarte miejsca, medal, który mi zabrano... Ta podróż była niesamowicie długa, ale opłacało się czekać! Teraz ten medal smakuje jeszcze lepiej, a te porażki i także sukcesy, choć nie takie jakie bym chciał, ksztłtowały mnie jako człowieka i sportowca. To jest chyba jeszcze cenniejsze niż samo zdobycie medalu.

– To najcenniejsze na razie trofeum w Twojej karierze?

– Myślę, że tak. Kibic czasami patrzy może inaczej: wyżej od brązu mistrzostw świata ceni złoto mistrzostw Europy, bo ono jest za wygraną, pierwsze miejsce. Ale dla mnie osobiście ten wyczekany długo medal światowy jest najcenniejszy i będę się nim opiekował jak jajkiem (śmiech). (czytaj dalej)


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce