Adam Kszczot na kwarantannie. "Trenuję jak mogę, nie kombinuję i staram się nie zwariować"


Opublikowane w pt., 20/03/2020 - 18:21

Powinien teraz przebywać w Stanach Zjednoczonych i na obozie wysokogórskim we Flagstaff szykować formę na igrzyska olimpijskie w Tokio. Ale teraz nic nie jest tak jak być powinno. Igrzyska – nie wiadomo, czy się odbędą, a sportowcy, zamiast trenować, organizują sobie trening zastępczy koło domu albo – jak Adam Kszczot i Marcin Lewandowski – odbywają przymusową kwarantannę.

Przed południem rozmawiałem telefonicznie z Adamem Kszczotem. Dwukrotny wicemistrz świata i trzykrotny mistrz Europy w biegu na 800 metrów jest od poniedziałku zamknięty we własnym domu w Łodzi. Przechodzi obowiązkową 14-dniową kwarantannę po wymuszonym powrocie z obozu w górach Arizony.

Ile czasu trenowaliście we Flagstaff? Czy to był twój najkrótszy obóz w życiu?

Adam Kszczot: - Niech policzę... Krótszego niż 8 dni chyba rzeczywiście nie miałem. 8 dni licząc z dolotem do Stanów i powrotem do Polski.

Jak wygląda dzień Adama Kszczota na kwarantannie?

Próbuję się obudzić przed 10, ze względu na dużą zmianę czasu, ale wciąż jeszcze, jak zapewne słyszysz, mam z tym problem. Śniadanie, o godzinie 13 obiad. Potem dwie godziny „odsapki” i około 15 wskakuję na rowerek – zaczynam trening. Po treningu rozmawiam przez telefon z rodziną, a wieczorem mogę odpalić Netflixa, coś oglądam i jakoś staram się ”dojechać” do nocy. Czasem włączę komputer i coś tam popracuję, ale jetlag jak zwykle mnie zabija, pod koniec dnia jestem półprzytomny.

Kwarantannę spędzasz samotnie, bez rodziny?

Tak, odseparowaliśmy się. Żona i dzieci są u mamy, dlaczego oni mają przeze mnie cierpieć i przez 2 tygodnie nie wychodzić z domu? Dzieci potrzebują ruchu i trzymanie ich przez tyle czasu w zamknięciu byłoby ze strony rodziców bestialstwem.

A ty uczciwie przestrzegasz izolacji i zakazu wychodzenia?

Zakaz to zakaz. Codziennie przychodzi policja, dzwonią domofonem albo widzą mnie w oknie i rozmawiamy telefonicznie. Kwarantanna jest pod kontrolą. Polak wprawdzie potrafi i ci, co chcą kombinować, pewnie znajdują sposoby, ale ja nie mam do tego powodu.

Nie zwariujesz przez te 2 tygodnie samotności?

Zapytaj mnie za 10 dni, wtedy ci powiem (śmiech).

Jak wyglądają twoje treningi i przygotowanie do igrzysk w Tokio?

Wyglądają... domowo (śmiech). Na szczęście nie ma tragedii, bo podtrzymuję trening wysokogórski spędzając godzinę dziennie w maseczce hipoksyjnej. Imituję sobie bardzo dużą wysokość, wczoraj na przykład zaordynowałem sobie 11 procent tlenu w powietrzu, podczas gdy normalnie mamy 21 procent. Przyjmuje się, że 2 procent tlenu ubywa z kilometrem wysokości, więc to było niecałe 5000 metrów nad poziomem morza. Saturacja w takim treningu spada poniżej 80 procent.

A po co ci aż taka niebotyczna wysokość? Przecież na obozy wysokogórskie jeździcie zwykle na 2 tysiące metrów z kawałkiem?

Tak, ale ja używam maseczki przez niespełna godzinę w ciągu doby, a w górach jestem przez 24 godziny. Chodzi o spowodowanie szoku w organizmie, żeby zaczął produkować więcej czerwonych krwinek. Wygląda to tak, że po treningu zakładam na kilkadziesiąt minut maseczkę, a potem idę spać.

Są dwie metody hipoksji: maseczka albo namiot. Namiot też mam, ale musiałbym spędzać w nim 10-12 godzin „na wysokości” 2500 metrów. Wolę więc maseczkę, która także podnosi parametry krwi, działa równie skutecznie.

Masz doświadczenie z hipoksją? Wiesz, że dobrze na ciebie działa?

Stosuję tę metodę już od 2014 roku i sprawdza się rewelacyjnie. Używałem jej choćby w treningu do Halowych Mistrzostw Świata w Sopocie w 2014 r., gdzie zdobyłem srebrny medal.

Zakładasz maskę po treningu, a jaki trening wykonujesz? Co jesteś w stanie zrobić w warunkach domowych, nie mogąc wychodzić z domu?

Sprawa jest dość prosta, bo pole manewru jest bardzo ograniczone. Mam rower stacjonarny, natomiast nie mam jak biegać, bo nie udało mi się zaopatrzyć w bieżnię mechaniczną. Zamówiłem na wypożyczenie, ale okazała się szersza niż to było podane w katalogu i nie zmieściła się w otworze drzwiowym. Nie dało się jej wnieść do mieszkania i musiałem odesłać transport.

Kręcę więc na rowerze i ćwiczę. Oprócz ćwiczeń sprawnościowo-gibkościowych, rozciągania czy zakresu ruchu, pozostają mi gumy oporowe imitujące ciężar i, oczywiście, piłki lekarskie. Jak by to było, gdyby lekkoatleta nie miał do ogólnorozwojówki swoich piłek w domu! Mam jeszcze drążek, więc wykonuję ćwiczenia siłowe i... to wszystko. Więcej w domu zrobić nie mogę.

Bardzo brakuje ci możliwości pobiegania chociaż trochę, chociaż paru luźnych kilometrów?

No jasne, że brakuje! Jak się schodzi z 30 tysięcy kroków dziennie na zaledwie kilka tysięcy, to jest bardzo ciężko.

Przytyjesz przez 2 tygodnie ograniczonej aktywności?

Nie, nie ma obawy. Jak nie trenuję, nie robię nic intensywnie, to tracę łaknienie. Nie mam, na szczęście, takiego problemu. (czytaj dalej)


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce