Do porzygu razy sześć – 8. Sztafetowy Maraton Szakala w Łodzi [ZDJĘCIA]


Jak przystało na towarzyskie zwierzaki biegające watahą, łódzkie Szakale Bałut specjalizują się w organizowaniu sztafet. Jedną z nich jest rozgrywany tradycyjnie w lipcu Sztafetowy Maraton Szakala. Biorą w nim udział siedmioosobowe drużyny, a w skład każdej muszą wchodzić przynajmniej dwie kobiety. Pętla wokół jednego ze stawów w Arturówku ma równo jeden kilometr. Jak łatwo więc policzyć, dla uzyskania maratońskiego dystansu przez drużynę, każdy z uczestników zawodów musi umrzeć... znaczy pobiec sześć razy.

Wypruwanie się, bieganie w trupa, wypluwanie płuc – takich określeń zgodnie używają uczestnicy sztafety. To taki trening kilometrówek, tylko na długich przerwach. Są one na tyle długie, by bardziej odpocząć, niż przy klasycznych interwałach. Nie na tyle jednak, by wypocząć całkowicie. Można więc każdy odcinek pocisnąć jeszcze mocniej i wypruć się jeszcze bardziej. Do porzygu.

Nie udało się zebrać składu z mojej ekipy Biegiem po Piwo, więc w planie miałem tylko zdjęcia i relację. Dwa dni przed sztafetą jednak kolega Piotrek z zaprzyjaźnionej drużyny Korona Pabianice zaczął szukać najemników do składu, bo im się ludzie wykruszyli. Do składu wskoczyła więc Justyna z Konstantynowa oraz ja z Michałem z naszej paki. Resztę załogi Korony II stanowili: Paulina, Piotrek, Tomek i Bartek.

Trzy lata temu na tej nie całkiem płaskiej pętli miałem średnią poniżej czterech minut, ale wtedy biegałem piątkę o dwie minuty szybciej. Teraz pierwsza runda, pobiegnięta trochę zachowawczo, weszła mi powyżej 4:10. Odebrałem pałeczkę od Tomka na piątą zmianę, a przekazałem ją Michałowi.

Na drugim kole już tak nie kalkulowałem i chyba się udało zejść sekundę poniżej czwórki. Motywacją była pogoń za współzawodnikami, których czwórkę wyprzedziłem na drugiej połowie okrążenia. Trzy następne pętle to podobny scenariusz: rozsądny początek, gdzie zwykle wyprzedzały mnie charty z szybszych drużnyn, i dociskanie drugiej połowy w trupa. Tam zwykle czyjś oddech na plecach motywował mnie do wejścia w tryb „zes*** się, a nie daj się”. Przy okazji na zbiegu do stawu wyprzedzałem, kogo się jeszcze dało. Za każdym razem przypłacałem to prawie zejściem śmiertelnym w strefie zmian. A jeszcze trzeba było porobić zdjęcia...

Byliśmy gdzieś w połowie stawki. Przed ostatnią rundą wiedzieliśmy, że kilka drużyn przed i za nami ma bardzo zbliżone czasy. Wszyscy daliśmy z siebie maksa. Lecąc do porzygu, wykręciłem jeszcze 4:03. Biegnący na ostatniej zmianie Piotrek o mało nie dogonił rywala z Rysioteam III – zabrakło mu trzech sekund. Utrzymał za to spokojnie około półminutową przewagę nad kilkoma następnymi drużynami, które wpadły na metę w sekundowych odstępach. Dało nam to 26. miejsce na 51 drużyn. Przy okazji złamaliśmy maratońską trójkę (2:57:11). Pierwszy skład Korony Pabianice zajął 9. miejsce z czasem 2:36:38.

Wygrała trenowana przez Radosława Sekietę drużyna Time4s (2:12:11) z ponad dziesięciominutową przewagą nad ekipą trenera Mariusza Kotelnickiego – Akademią Biegacza Salos-Wodna Łódź (2:22:24), która z kolei o dwie minuty wyprzedziła Morenę Czołową I/Rysioteam pod opieką Ryszarda Goszczyńskiego (2:24:18). Kolejne trzy nagradzane pucharami miejsca zajęli: Razem Trenujemy Sport I (2:27:08), Everrun I (2:29:13) i Łódź Kocha Sport I (2:31:03). Wszystkie drużyny otrzymały pamiątkowe dyplomy, a sześć najlepszych nagrody od sponsorów biegu. Pełne wyniki - TUTAJ

Sztafetowy Maraton Szakala jest okazją do integracji nie tylko drużynowej, ale i rodzinnej. – Nasza Drużyna Neli wzięła nazwę od imienia naszej malutkiej córeczki, która ją założyła – śmiał się jej kapitan Tomek Janicki – i zwerbowała mnie, moją żonę Anię, braci, rodziców i przyszywanego wujka Piotrka. W przyszłości na pewno sama też pobiegnie!

Czy taki trening na maksymalnej intensywności może pomóc tydzień przed ultramaratonem? – Nie wiem, czy to był dobry pomysł, okaże się właśnie za tydzień – odpowiedział z krzywym uśmiechem przedstawiciel Szakali Maurycy Oleksiewicz, który chce powalczyć o miejsce w czołówce na 68 km na DFBG w Lądku-Zdroju. – Miało być na pół gwizdka, a jednak adrenalina swoje zrobiła. W dodatku biegłem dwie zmiany. Czego się nie robi dla drużyny. Szakalowe serce kolejny raz wzięło górę nad rozsądkiem...

– Czy to dobry trening? Raczej zmęczenie i straszne przeoranie! – podsumował Konrad Grzyb z ekipy Morena Czołowa/Rysioteam I. Przynajmniej ja nie robię takich mocnych treningów. – Ja też nie jestem sprinterem, wolę dłuższe dystanse – dodał jego drużynowy kolega Bartek Drobny – może nie biegam ultra jak co niektórzy, ale wolę półmaratony. Ale dla drużyny robi się wszystko, a nawet więcej! – Jesteśmy pijani od kwasu mlekowego, który nam wybija uszami! – śmiał się Konrad – chociaż pod koniec mieliśmy już bezpieczną przewagę nad czwartym miejscem i stratę nie do odrobienia do drugiego, więc biegliśmy po prostu po swoje. Bardzo dziękujemy trenerowi Rysiowi, który pomaga również Morenie Czołowej – to jest taka fajna współpraca drużyn.

Jak się później dowiedzieliśmy od innego członka Moreny Czołowej, ich nazwa została wymyślona przez kilku założycieli, z wykształcenia geografów. Łódź leży na morenach czołowych, więc czemu by nie wykorzystać tego faktu do intrygującej nazwy drużyny.

Prowadzący zawody jako konferansjer Szakal Maciej Rakowski zaprosił wszystkich na kolejną sztafetę na górce na Rogach, już 31 sierpnia – Wycie Szakala o Północy – a także październikowy Półmaraton Szakala, również na terenie łódzkiego Lasu Łagiewnickiego.

Tego rodzaju towarzyskie sztafety to z założenia imprezy integracyjne. Możemy się ostro ścigać każdy na miarę swoich możliwości i wypluwać płuca, ale najważniejsze jest zjednoczenie biegowego środowiska i dobra zabawa. I za to dziękujemy Szakalom. Widzimy się w końcu sierpnia na górskiej sztafecie nocnej.

KW


Polecamy również:


Podziel się: