"Gdzie jest ten gość, który to wymyślił?" Maraton Leśnik jeszcze trudniejszy niż zwykle


Opublikowane w ndz., 08/04/2018 - 16:25

„Gdzie jest gość, co wymyślił taką końcówkę?” – takie słowa gościły najczęściej na ustach biegaczy, kończących pierwszą w tym roku, wiosenną odsłonę cyklu Maraton Leśnik w Beskidzie Małym, organizowanego po raz czwarty przez Fundację „Aktywne Beskidy”, czyli Michała Kołodziejczyka i jego ludzi, znanych przede wszystkich z BUT (Beskidy Ultra-Trail). A Michał, jak to Michał, śmiał się tylko i powtarzał wszystkim: – To, co trudne, daje największą satysfakcję. Musi być przygoda, tylko takie biegi ludzie zapamiętują na długo. Ja dla siebie też zawsze wybieram trudne biegi, bo wtedy najbardziej mnie cieszy, że to zrobiłem.

Cykl Maraton Leśnik jest organizowany od 2015 roku, obejmuje 4 biegi w Beskidach na dystansie okołomaratońskim, każdy w innej porze roku i na innej trasie. Głównemu dystansowi towarzyszą ostatnio także PółLEŚNIK (20-25 km) i NadLEŚNIK (+50 km).

Tegoroczny maraton rozciągnął się do 51 km (choć anonsowano 49) i ponad 2400 m przewyższenia, PółLEŚNIK liczył 26 km (1400 m+), a NadLEŚNIK miał blisko 90 (prawie 4500 m+).

Wydłużenie dystansu wynikało przede wszystkim z chęci usunięcia z trasy jak największej ilości asfaltu. Ale jak to w górach: często nie da się poprowadzić prostej trasy i trzeba kluczyć po szlakach. A jeśli takie rzeczy robi Michał Kołodziejczyk, musisz spodziewać się nie tylko wydłużenia, ale i znacznego utrudnienia trasy. Ten typ po prostu tak ma: źle się czuje jak jest łatwo. A raczej nie bardzo trudno.

Na krótkiej przedbiegowej odprawie organizator uprzedzał biegaczy, że na ostatnich, tych dołożonych, kilometrach trasy czeka ich niespodzianka. Mało kto spodziewał się, jak szatańska ona będzie.

Ale po kolei... Prawie 30 śmiałków wystartowało do NadLEŚNIKA o 4 rano. Start Leśnika (blisko 160 osób) i PółLEŚNIKA (230 biegaczy), zaplanowany na 8, został opóźniony o kilka minut, tak wiele uczestników zdecydowało się na odbiór numerów startowych w ostatniej chwili. Piękna, słoneczna pogoda, na niebie nawet małej chmurki. Tylko chłodno, a wręcz zimno, około 2 stopni C. Gdy o 7:15 w pobliskim Międzybrodziu Bialskim wsiadałem do samochodu, szyby po nocy były solidnie zamarznięte.

Na stadionie LKS Porąbka, gdzie znajdowały się biuro zawodów, start i meta, niemal wszyscy szczelnie opatuleni. Część pobiegnie w krótkich spodenkach, tylko nieliczni ruszą w krótkim rękawku. A był to, jak się okazało, najlepszy wybór, bo pod wpływem słońca temperatura bardzo szybko zaczęła rosnąć. W pewnym momencie odczuwalna wynosiła grubo powyżej 20 stopni.

Na „dzień dobry” ponad 4-kilometrowe podejście na Bukowski Groń (767 m n.p.m.). Potem trochę płasko i fajne zbiegi. Pierwszy maratoński punkt z piciem i suchym jedzeniem na 13 km na Przełęczy Kocierskiej.

Prawie 14 km było wspólne dla wszystkich dystansów, potem trasa rozwidlała się. Oznakowanie tego miejsca było bardzo wyraźne, co jednak nie przeszkodziło kilkunastu PółLEŚNIKOM pobiec w lewo, na trasę maratonu. Blisko 10-osobowa grupa z jedną z najszybszych kobiet, chyba mocno między sobą zagadana, zorientowała się w pomyłce na tyle późno, że dołożyła do swego dystansu około 5 kilometrów.

Od pewnego czasu biegłem z dziewczyną, która, jak się okazało na półmetku, była liderką kobiecego maratonu. Dla Joanny Janus szansa na zwycięstwo wydawała się zupełnie nieistotna. – Nigdy nie zakładam, że będę na podium w kategorii open, liczę tylko na sukces w kategorii. Zawsze zaczynam wolniej, dopiero z upływem dystansu przyspieszam i ile mogę, tyle z siebie daję. A mogę chyba sporo, bo parę sukcesów na koncie już mam. Najważniejsze, bo na własnych, lubuskich „śmieciach”, były zwycięstwo w Gwincie 110 km i drugie miejsce w Ultramaratonie Zielonogórskim 110 km – mówi Asia, która ostatnio przeprowadziła się z Zielonej Góry do Katowic i w Beskidy ma teraz znacznie bliżej.

Kocierz i Jaworzyna biegowe, potem ostro w dół (cóż za rozkosz dla tych, co lubią się puścić!) i drugi punkt żywieniowy na 23 km przy zaporze w Tresnej. Stąd dopiero zaczął się prawdziwy bieg, selekcjonujący zawodników.

Zaraz za punktem trudne, strome podejście na Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego (930 m n.p.m.), o długości ok. 4 km i przewyższeniu 600 m. Było już dość gorąco, a że na niemal całej długości podejścia próżno było szukać cienia, wielu biegaczy ucierpiało od upału i prażącego słońca, do których w tym roku nie było jeszcze kiedy się przyzwyczaić. Niektórym życie ratowały zakupy w schronisku na Magurce Wilkowieckiej, bo trzeci (i ostatni) punkt maratonu z napojami organizatorzy umieścili dopiero po Przegibku i Chrobaczej Łące, po kolejnych 23 km dystansu (czyli na 45-46 km).

W starej wersji trasy tu skręcało się już do Porąbki i ponad 3 km biegło asfaltową drogą do mety na stadionie. Po nowemu asfaltu nie było, była za to... obiecana na starcie niespodzianka. – Dużo ludzi jeszcze u mnie nie biegało, więc nie znają znaczenia tego słowa – śmieje się organizator. Niespodziankę Michał Kołodziejczyk zaserwował nawet podwójną, bo na dołożonych 6 km trasy były dwa ostre (to drugie niemal pionowe) podejścia, z których równie ostro trzeba było zbiec. Dla dodatkowej frajdy biegaczy ostatni zbieg był upstrzony dziesiątkami powalonych drzew. Nudzić się nie dało.

O skali trudności świadczy fakt, że najlepsza kobieta Leśnika, Joanna Janus, finałowe podejście pokonywała... na czworaka. Iść nie była w stanie. – Wiedziałam, że to będzie trudny bieg, bo trasę wiosennego Leśnika (bez tej szalonej końcówki) biegałam kilka razy treningowo. Te podejścia przed metą po prostu mnie zabiły. Mięśnie czworogłowe ud odmówiły mi posłuszeństwa, chętnie bym już tam została (śmiech). Ale mimo to, wystartuję w Leśniku–Lato. Już się zapisałam. I to na... NadLEŚNIKA, choć teraz się zastanawiam, czy to dobra decyzja. Muszę jeszcze raz przemyśleć kwestię dystansu (śmiech).

Znacznie spokojniej do morderczej końcówki podszedł zwycięzca Maratonu Leśnik. – Ja to nazywam „michałowym podejściem” i „michałowym zbiegiem”, czyli pionowo w górę i zaraz tak samo w dół. Końcówka na czworaka to u tego organizatora norma – mówi Paweł Przybyła. – Ale rzeczywiście ludzie przeklinają, na którymś z końcowych podejść spotkałem panią z PółLEŚNIKA, która tam po prostu siedziała i używała różnych epitetów pod adresem pomysłodawcy trasy (śmiech). A ja tam zapewniłem sobie zwycięstwo, wyprzedziłem ostatniego rywala. Trochę tylko się potem zdziwiłem, bo na zbiegu rozpocząłem finisz, ale gdy miałem już wbiec na metę i paść na ziemię, nagle pojawiło się jeszcze jedno, pionowe podejście. Było ciężko, ale cóż, trzeba było przed startem dokładniej obejrzeć profil trasy... – opowiada ze śmiechem i Paweł i zdradza swoja biegową taktykę.

– Zawsze zaczynam spokojnie, biegnę w okolicach 10-15 miejsca i dopiero potem stopniowo się rozkręcam. Na podejściu z Czernichowa, gdzie są 2 kilometry z nachyleniem 23-24 %, wyprzedziłem 2 biegaczy i byłem drugi. Przemęczyłem się na płaskim i ostatniego, który był przede mną, dogoniłem na szczycie Kozubnika. W ten sposób zrealizowałem swój plan, tyle że później pojawiła się jeszcze ta niespodziewana ściana (śmiech).

Paweł Przybyła to etatowy bywalec leśnikowych podiów. Biegów w poszczególnych porach roku wiele nie wygrał, obstawia raczej niższe stopnie. Rokrocznie za to triumfuje w klasyfikacji generalnej całego cyklu. – Warto, bo dzięki temu mam zagwarantowany bezpłatny start w kolejnym roku – śmieje się biegacz z pobliskiego Szczyrku, który drugiego na mecie Mariusza Ciapę wyprzedził o 4,5 minuty. – Bardzo lubię dystanse około 45-50 km, zwłaszcza, że Michał dba o to, by były na nich duże przewyższenia, które uwielbiam.

– Wiosenny Leśnik podoba mi się najmniej, bo jest bardzo płaski, ma tylko 2500 m przewyższenia na 50 km. Leśnik-Lato w Szczyrku ma na tym samym dystansie 3500 m w górę. Bardzo lubię tak się bawić – zdradza – bo o ile zbiegam przyzwoicie, nie odstając od najlepszych, to jestem bardzo mocny na podejściach i tu zwykle zyskuję przewagę. Tak wygrywam zawody. Stoki o nachyleniu do 20 procent często podbiegam, bardziej strome mocnym krokiem podchodzę.

Bawić się w tak ekstremalny sposób uwielbia także Mateusz Talanda, który z przewagą godziny nad swymi krajanami z Bielska-Białej, Marcinem Jankowskim i Grzegorzem Kubisiem, wygrał 90-kilometrowego NadLEŚNIKA. – Jak to zrobiłem? Prosta zasada: lewa, prawa, oddychaj! – śmieje się. – Nie patrzyłem na to, że od startu mam dużą przewagę. Starałem się robić swoje. Żona czeka na mnie w domu, kazała mi szybko skończyć i wracać, więc trzeba było zastosować się do wytycznych – żartuje bielszczanin.

Na mecie szybko okazało się, że Mateusz Talanda też mocno „maczał palce” w morderczej końcówce trasy. – Mieszkamy z Michałem Kołodziejczykiem, organizatorem biegu, w tym samym mieście, często razem trenujemy w Beskidzie Małym i czasami pomagam mu układać przebieg tras. Bardzo lubię to pasmo górskie, bo Beskid Mały, choć po profilu i przewyższeniach wydaje się dość lekki, oferuje bieganie cały czas góra-dół, inaczej niż Beskid Śląski czy Żywiecki – tłumaczy.

– Końcówkę wiosennego Leśnika rzeczywiście wymyśliłem ja. Michałowi się spodobała i ją zatwierdził, dlatego tak dziś wszyscy finiszowaliśmy – opowiada. – Michał ma zacięcie do tworzenia ciężkich tras, ale to jest fajne, bo można się solidnie zmęczyć, a jednocześnie zobaczyć coś ciekawego w okolicy. Na trasie NadLEŚNIKA byliśmy na przykład w jaskini i w skałkach, trzeba tam było nieco odbić ze szlaku do punktów kontrolnych.

Tradycja Leśnika są także nagrody dla tych, co postanowili najdłużej cieszyć się urokami Beskidu Małego i do mety docierają jako ostatni. To urocze maskotki stworzone rękami Małgorzaty Wojtkiewicz. W tym roku trofeum towarzyszył także specjalny medal. 

Druga, letnia odsłona Maratonu Leśnik, odbędzie się 16 czerwca w Szczyrku i ma być znacznie bardziej wymagająca niż bieg wiosenny. Zresztą, jak zdradził nam Michał Kołodziejczyk, Leśnik-Wiosna za rok znów będzie trudniejszy. – Ale zmiana jest jedna i to mała – zastrzega od razu. – Chcę jeszcze bardziej ograniczyć asfalt, więc trasa pójdzie tak, że będzie trochę bardziej pod górę. Ociupinkę.

No to za rok trzeba będzie się przekonać, co Michał Kołodziejczyk rozumie pod pojęciem „ociupinka”...

Pełne wyniki: TUTAJ

Piotr Falkowski


Polecamy również:


Podziel się: