Misja Brus jak rodzinny piknik [ZDJĘCIA]


Poligon Brus, 21 kwietnia, 11:57

Po odprowadzeniu wolontariuszy na wszystkie przeszkody i newralgiczne punkty trasy ledwo zdążam wrócić na start, który ma być za trzy minuty. Do końca biję się z myślami, czy wystartować. Tyram tu od szóstej rano, słońce mnie już nieźle zgrzało i nie czuję się zbyt świeży. Ale takiej zabawy na mojej własnej trasie nie mogę sobie odmówić.

* * * * *

O dawnym poligonie na Brusie – zapomnianej 150-hektarowej plamie zieleni na mapie zachodnich przedmieść Łodzi – zrobiło się głośno w ostatnich miesiącach. Władze miasta przedstawiły plan sprzedaży 10 procent terenu pod zabudowę i przekształcenie reszty w park. Alternatywny projekt przewidywał budowę stoku narciarskiego, strzelnicy i sztucznego jeziora. Do tego zapisy w projekcie studium zagospodarowania przestrzennego nie gwarantowały, że zabudowa ograniczy się do tej 1/10 obszaru. Po zdecydowanych protestach okolicznych mieszkańców, rekreacyjnych użytkowników Brusa i naukowców miejscy włodarze zostali jednak zmuszeni do odstąpienia od swoich zamiarów. Najdziksza strona Łodzi została uratowana (czytaj więcej)

Jak już wspomniałem przy okazji pierwszej edycji Misji Brus (relacja tutaj), to miejsce jest mi szczególnie bliskie. Kiedy jeszcze użytkowało je wojsko, w dzieciństwie zapuszczałem się tam nielegalnie. Odkąd zabrałem się poważniej za treningi do biegów górskich i przeszkodowych, Majerka (bo tak nazywają ten teren starsi mieszkańcy) stała się moim własnym poligonem. Dziki las i powojskowa „infrastruktura” w postaci wysokich wałów ziemnych, okopów, bunkrów, murków i ciasnych tuneli nadają specyficzny klimat i umożliwiają wszechstronny trening w jedynych w swoim rodzaju warunkach.

Kiedy znajomy postanowił zorganizować tam bieg, zaproponowałem mu pomoc w ułożeniu trasy. Wspomniana pierwsza edycja odbyła w zimny i ulewny październikowy dzień w 2016 roku. Ubiegłoroczna Misja miała jeszcze więcej pecha co do pogody – przez huragan Grzegorz została przełożona na tegoroczną wiosnę. Organizator, zajęty przygotowaniami i startem w halowych MP weteranów (mistrz na 400 m i wicemistrz na 800 m w kategorii wiekowej) i następnie w ME w Madrycie, zupełnie nie miał czasu na promocję wydarzenia, przez co przeszło ono niemal bez echa. Choć z garstką zawodników na starcie, mimo wszystko się odbyło.

* * * * *

Poligon Brus, 21 kwietnia, 12:02

Ze względu na start interwałowy, zostaję przydzielony do ostatniej grupy. Pierwszy z niej przeskakuję przez okno wypalonego domku i dobiegam na rzutnię, gdzie trafiam kamieniem do opony tylko raz na trzy próby. Przytulam dwie karne rundy. Po ich pokonaniu biegnę za własnoręcznie ustawionymi strzałkami i szarfami. Na stromych wałach ziemnych trochę zyskuję i stopniowo doganiam następną grupkę. Łapię ich przed Ruinami Strachu. Pilnująca przeszkody Aga robi nam kilka zdjęć. Na pierwszej ściance pomagam jednemu współzawodnikowi, przeskakuję drugą i uciekam, jednak Kuba z Watahy siedzi mi cały czas na ogonie.

Razem czołgamy się Robaczywymi Tunelami, w których najwięcej jest jakichś muszek, czy może meszek. Przybijam piątkę ze Stryjkiem i Pawłem z grupy wspaniałych dzieciaków z łódzkiego Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii nr 3, które pracują jako wolontariusze. Trochę odskakuję i długi biegowy leśno-piaszczysty odcinek lecę sam. Słońce mnie zgrzewa i zaczynam odczuwać skutki szybkiego startu, ale pętla ma tylko jakieś 4 km, więc powinienem wytrzymać.

Dobiegam do Nawiedzonej Chaty. Drzwiami nie wejdziesz, oknem nie wyjdziesz, bo pilnują ich niewidzialni mieszkańcy. Prawdziwy komandos przeskakuje jej ściany bez dotykania, a prawdziwy ninja je przenika. Zwykłemu śmiertelnikowi pozostaje się na nie wspiąć.

Następny odcinek specjalny zwie się Rzężące Chęchy. Nazwę tę dedykuję przedstawicielowi miejskich władz, który podczas konsultacji społecznych w sprawie przyszłości Majerki umieścił w sieci następujący tekst: „Teraz decyzja należy do Was: samofinansujący się park i remont pobliskich ulic, stok narciarski, jezioro i strzelnica za 200 milionów zł czy dziki las, chynchy i chaszcze tak, jak teraz. Decydujcie” (czytaj więcej). Przy układaniu trasy wykorzystałem te chynchy na maksa. Kilkukrotne wejście i zbieg z bardzo stromego ponad 10-metrowego nasypu, przejście przez wysoki konar i pofałdowany odcinek w pozostałościach okopów. Na jednym ze zbiegów wyprzedzam zawodnika z grupki, która wystartowała jako pierwsza.

Muszę zwolnić, bo jestem zgrzany i mnie odcina. Teraz jednak czekają trzy Bunkry Śmierci na wale ziemnym, gdzie znów trzeba się wykazać umiejętnościami wspinaczkowymi, wchodząc na ich ściany z obydwu stron – razem sześć wejść. Na jednym z nich doganiam ostatniego współzawodnika. Licząc interwałowy start, zyskałem więc już dwie minuty.

Na sam koniec zostawiłem dwie chyba najtrudniejsze przeszkody. Szybko się wspinam na pierwszy z brzegu Krwiożerczy Okap, przechodzę górą i zeskakuję. Wchodzę po linie na czerometrową Ścianę Płaczu, opuszczam się na drugą stronę i widzę rozłożoną na ziemi przez Radka wyjątkowo długą siatkę. Czołganie pod nią mnie do reszty dobija i na metę pierwszej rundy dobiegam na miękkich nogach w pół godziny bez pięciu sekund. Zwalam się na trawę i czekam na następnych zawodników.

Nad Marcinem i Markiem z drużyny Bozony Higgsa, którzy przyjechali z Warszawy, mam ponad dwie minuty przewagi. W takim odstępie czasowym wystartują po mnie na drugie okrążenie. Zdążyłem trochę odpocząć, ale nie czuję się zregenerowany. Znów zaliczam dwa pudła. Jak traficie hat-tricka, to mnie macie! – wołam do czekających na starcie rywali. Dalej ruszam dosyć zachowawczym tempem, nadganiając tylko na technicznych odcinkach i przeszkodach, które znam jak własną kieszeń.

Na Rzężących Chęchach niedaleko za sobą dostrzegam Marcina. Ale musiał nadrobić, traci do mnie tylko jakieś pół minuty! Koniec spacerowania. Na podejściach i hopkach czacha dymi i kręci mi się w głowie, ale nie udaje mi się go zgubić – kiedy kończę robić pierwszy bunkier, on właśnie go zaczyna.

Bunkry, okap i ściana jednak są moje. Przed żadną z przeszkód nie daję sobie czasu na oddech. Pokonywane dziesiątki razy na treningach dały automatyzm ruchów. Ostatniego bunkra pilnuje Iza, opiekunka wolontariuszy z MOS. Po wejściu na górę dziękuję jej osobiście za pomoc. Do mety znów powiększam przewagę do około trzech minut. Drugie koło zajmuje mi 31:05, a cały bieg 61 minut.

Kolejne miejsca zajmują Marcin Łukasiewicz i Marek Oleksiak z Bozonów Higgsa. Jednyne dwie dziewczyny, które ukończyły Misję Brus, to Iza Łaszczuk (Wataha) i Ewa Łuczak (Luzaki na Fantazji). Mam trochę opory przed przyjęciem statuetki za zwycięstwo na ułożonej przez siebie trasie. Moje zmęczenie już na starcie po jej przygotowaniu dało jednak jakieś wyrównanie szans współzawodnikom.

Niektórzy przybyli tu ze swoimi rodzinami i znajomymi, więc po biegu zrobił się mały rodzinny piknik. Przy kapuśniaku Iza stwierdza, że na trasie mnie nienawidziła, ale teraz już trochę mniej, bo na przeszkodach pokonała swoje lęki. Każdemu co innego najbardziej dało w kość – jednym wspinaczki, innym strome wały ziemne. Specjalne podziękowania należą się ekipie z MOS nr 3, która bezinteresownie pomogła w obsłudze trasy. Widzimy się z nimi już 19 maja na organizowanym przez Ośrodek charytatywnym Biegu po Nowe.

Ta edycja biegu wyszła taka trochę „podziemna”, co w pewien sposób dodało jej uroku. Stary łódzki poligon jest wciąż mało znany. Ma jednak taki potencjał do organizacji imprez biegowych i OCR, że zasługuje na pokazanie go ludziom. Miejmy nadzieję, że fama pójdzie w Polskę i więcej zawodników przybędzie na następne edycje Misji Brus – biegu na najdzikszej stronie Łodzi.

Kamil Weinberg

Fot. Agnieszka Mikulska i Adam Bandel


Polecamy również:


Podziel się: