Rafał Kot i Anna Witkowska triumfują w Biegu 7 Szczytów 240 km. Ania i Królik Stefan rekordzistami trasy!


Opublikowane w ndz., 22/07/2018 - 14:01

Rafał Kot i Anna Witkowska triumfatorami Biegu 7 Szczytów, najdłuższego dystansu VI Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Rafał otarł się o rekord trasy, Ania rekord kobiet pobiła i to o ponad 3 godziny!

Dwadzieścia dwie minuty po północy z piątku na sobotę, na metę Biegu 7 Szczytów 240 km w uzdrowisku w Lądku-Zdroju wbiegł Rafał Kot. Uzyskał czas 30 godzin i 22 minuty, o 1h25' wyprzedził Rafała Bielawę, a o ponad 4 godziny – Jarosława Gonczarenkę i Marka Rutkę.

Wynik biegacza ze Szczytna, nazywanego „Góralem z Mazur”, jest o zaledwie 2 minuty (czymże są dwie minutki na tak długim dystansie, gdy spędza się na trasie 2 noce i cały dzień?!) gorszy od ubiegłorocznego rekordu trasy Łukasza Sagana, który tym razem nie dojechał do Lądka-Zdroju.

– Nie było w ogóle moim celem pobicie tego rekordu – twierdzi jednak triumfator. – Przed biegiem powiedziałem sobie, że albo pobiegnę poniżej 30 godzin, albo chcę tylko zrewanżować się za ubiegły rok i złamać, planowane wtedy, 32 godziny. Ściganie się o pojedyncze minutki mnie nie interesowało. Był taki moment, że drugiej nocy przysiadłem sobie na 10 minut na kamieniu. Pomyślałem: Rafał Bielawa jest daleko, to po co ja mam cisnąć? Ile mam w życiu momentów, że w środku nocy siedząc na górze mogę pogapić się w gwiazdy? To było wtedy dla mnie ważniejsze niż urwanie minuty czy dwóch – opowiada Rafał Kot.

– Teraz mam za to motywację do kolejnego wyzwania: wrócić za rok, albo dwa i pobiec 7 Szczytów poniżej 30 godzin, czego nikt jeszcze nie dokonał – mówi Kot. – Będę tylko musiał potraktować ten start docelowo i przygotować się przez kilka miesięcy specjalnie do niego, bo tegoroczny start był trochę z marszu. Może się uda namówić kilku mocnych zawodników i wespół przymierzyć się do takiego wyczynu – snuje plany zwycięzca Biegu 7 Szczytów.

– Tegoroczny plan był taki: w pierwszej części biegu wypracować przewagę, żeby w drugiej mieć z czego tracić – opowiada o swoim biegu Rafał Kot. – Czułem, że jestem w bardzo dobrej dyspozycji i jak biegliśmy we trzech, z Rafałem Bielawą i Jarkiem Gonczarenką, ciągle myślałem, jak im odskoczyć. Długo uniemożliwiały mi to jednak warunki panujące w nocy. Padający deszcz, a przede wszystkim nieprzenikniona mgła sprawiały, że co przyspieszyłem, to zaraz gubiłem trasę. Cztery razy było tak, że odskakiwałem od nich i nagle się okazywało, że są przede mną – śmieje się. – W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu się tak szarpać i znów biegliśmy razem, a ja czekałem do wschodu słońca. Dopiero jak się zaczęło robić widno, gdzieś po 80 kilometrach, postanowiłem spróbować jeszcze raz. Wbiegliśmy wtedy na czeską stronę, był lekki podbieg asfaltowy, chłopaki przeszli do marszu, a ja kontynuowałem trucht i powolutku zacząłem im odskakiwać. Nie spodziewałem się, że moja przewaga tak bardzo urośnie. W pewnym momencie z zaskoczeniem dowiedziałem się, że wyprzedzam Rafała Bielawę o godzinę – relacjonuje Rafał Kot.

– Rafał Kot podszedł do rywalizacji bardzo profesjonalnie – mówi z uznaniem Rafał Bielawa, który zajął drugie miejsce. – Cały czas kontrolował przewagę jaką miał nade mną i dostosowywał tempo do sytuacji na trasie. Przyznam szczerze (powiedziałem to zresztą później Rafałowi): nie sądziłem, że uda mu się utrzymać takie mocne tempo. Spodziewałem się, że nie wytrzyma i w drugiej części trasy będę próbował go dogonić – zdradza wrocławianin.

– Moje pierwsze słowa na każdym punkcie kontrolnym brzmiały: "Ile mam przewagi nad Rafałem Bielawą?" – potwierdza słowa rywala Rafał Kot. – Jak się dowiadywałem, że jest godzina, to czułem się pewnie, dostawałem kopa na kolejne kilometry. Raz tylko miałem moment zwątpienia, gdy na Pasterce (145 km) dowiedziałem się, że Rafał zbliżył się na 37 minut. Wiedziałem, że on jest lepszym długodystansowcem ode mnie i pomyślałem, że skoro on przyspiesza (albo ja zwalniam), to może już mnie ma. Ale na następnym punkcie (170 km) okazało się, że znowu jest godzina! – relacjonuje Rafał Kot. – Tymczasem mnie zdawało się, że ja między tymi punktami dosłownie człapałem! „Skoro ja człapię, a przewaga znowu rośnie, to widocznie Rafał człapie jeszcze bardziej” – stwierdziłem i dostałem takiego „powera”, że następny odcinek, 12 km do Barda, zrobiłem w godzinę i 10 minut! Nie wiem skąd na dwusetnym kilometrze miałem jeszcze tyle siły – śmieje się. – Wiedziałem już, że jeśli nie zrobię jakiegoś głupiego błędu, to będzie dobrze – opowiada triumfator Biegu 7 Szczytów na VI Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich w Lądku-Zdroju.

Zwycięstwo w Biegu 7 Szczytów to największe biegowe osiągnięcie Rafała Kota. – To najtrudniejszy bieg, jaki do tej pory zrobiłem – ocenia. – Zwycięstwo cenię sobie zatem bardzo. A kolejne wyzwania mam już zaplanowane do końca roku, jedno z nich będzie chyba jeszcze większe, niż 7 Szczytów, bo chcę jesienią wystartować i zrobić dobry wynik w BUT-Challenge w Beskidach. Tam jest 305 km, a jak znam Michała Kołodziejczyka, organizatora Beskidy Ultra Trail, to będzie pewnie ze 320 (śmiech), bardzo trudne i na dodatek w formule self-support (bez punktów na trasie i wsparcia ekipy, zawodnik musi polegać wyłącznie na sobie – red.). Najbliższy start to za 3 tygodnie Ultra Mazury, tydzień później Ultramaraton Magurski, po kolejnych 2 tygodniach Ultra Janosik, a na początku września będę na Festiwalu Biegowym w Krynicy, wystartuję w Biegu 7 Dolin 100 km. Nie wiem tylko jeszcze, czy pobiegnę „setkę” indywidualnie, czy może zmontujemy drużynę, bo i taki pomysł chodzi mi po głowie.Trochę tego jest tego lata i jesieni, bo dla odmiany 2 tygodnie przed Biegiem 7 Szczytów zająłem drugie miejsce w Bojko Trail 120+. Bałem się o regenerację po Bojko, czy w Lądku nie zabraknie mi sił na drugiej części trasy, czy mięśnie nie odczują i nie zapłacę za ten start – opowiada Rafał Kot. – Ale ja sobie radzę z tym przez psychikę – tłumaczy. – Wmawiam sobie, że te krótsze dystanse to jest tylko trening do biegów bardzo długich. A na Biegu 7 Szczytów miałem jeszcze dodatkową motywację. Wiedziałem, że wszyscy myślą: Kot zdechnie na trasie, nie wytrzyma. I bardzo chciałem im udowodnić, że tak nie będzie – śmieje się. – Ja już tak mam, że tego typu rzeczy mnie dodatkowo motywują... – zdradza

– Kiedy Rafał Kot nam odskoczył – mówi drugi na mecie Rafał Bielawa – miałem akurat kłopoty z żołądkiem. Znów, niestety, zastrajkował. Zrobiła się różnica, a Rafał „leciał” na najlepszym możliwym paliwie: świadomości, że jest pierwszy i ma fajną przewagę. Wiem jakie to ważne, kiedy biegłem Głównym Szlakiem Beskidzkim najwięcej sił dodawała mi świadomość, że mam zapas i duże szanse pobicia rekordu. Psychika jest cholernie ważna. Rafał pobiegł znakomicie i bardzo się cieszę, że wbrew moim przewidywaniom utrzymał tempo i skończył bieg w tak świetnym czasie. Należało mu się bardzo, bo zaryzykował i wziął co jego, ogromnie mu gratuluję – chwali zwycięzcę jego najgroźniejszy rywal.

– Wiedziałem, że Rafał Kot będzie kandydatem do zwycięstwa, bo od wygrania Stumilaka jest w świetnej dyspozycji i na krzywej wznoszącej, co w biegach ultra jest bardzo ważne – mówi Bielawa. – Obawiałem się też zwycięzcy sprzed 3 lat Dawida Pigłowskiego (zajął 9 miejsce – red.), Maćka Więcka i rekordzisty trasy Łukasza Sagana, zwycięzcy z ostatnich 2 lat (w 2016 roku ex-aequo z Bielawą – red.). Łukasz w ostatniej chwili zrezygnował, natomiast zaskoczył mnie Jarek Gonczarenko, bo wiedziałem, że to dobry biegacz, ale znałem go z nieco krótszych dystansów.

– Treningowo, fizycznie byłem przygotowany na dużo lepsze bieganie, natomiast nie po raz pierwszy nie zagrał mi żołądek – kontynuuje Rafał Bielawa. – Sporo ostatnio zmieniłem w diecie, odstawiłem mleko, choć je uwielbiam, przez 20 dni brałem probiotyk, a mimo to znów żołądek dawał mi jakieś dziwne znaki. Nie zrobiła mi dobrze także koszmarna mgła przez całą pierwszą noc. Ja przy moich długich nogach muszę biec na „luźnej nodze”, a przy zerowej niemal widoczności nie mogłem i nadwerężyłem to i owo. Nie mogłem się puścić na fajnych zbiegach, bo nic nie widziałem, próba przyspieszenia skończyła się kilka razy w krzakach. Ale planem minimum było skończyć, drugim – stanąć na pudle. To się udało i jestem bardzo zadowolony. A Rafałowi Kotowi raz jeszcze gratuluję, wygrał całkowicie zasłużenie! – podkreśla Rafał Bielawa.

Bardzo emocjonująca była też rywalizacja kobiet. Po zwykłym dla niej, długim czasie na rozkręcenie się, po 100 kilometrach prowadzenie objęła Anna Witkowska, przed Joanną Lorenc i Anną Piasecką-Wszołą. Tuż przed Kudową-Zdrojem (130 km) Ania przeżyła jednak potężny kryzys. – Źle znoszę upały i prawdopodobnie się przegrzałam – opowiada. – Zrobiło mi się słabo, miałam zawroty głowy, wystąpiły zimne poty. Musiałam przysiąść na dłuższy czas i wtedy dogoniła mnie Joanna Lorenc. Ona i jej support zachowali się fantastycznie: mimo że byłyśmy rywalkami, zajęli się mną, zaproponowali wszelką pomoc. Nie wykorzystała mojej słabości i od Kudowy do Szczelińca (148 km) biegłyśmy razem. Podziwiałam ją, jak jest mocna i świetnie radzi sobie na podejściach. A ja wróciłam już do formy i potem udało mi się jednak odskoczyć i osiągnąć założony cel – relacjonuję triumfatorka.

– Ten cel to nie była wygrana, choć zwycięstwo zawsze jest niesamowicie miłe i satysfakcjonujące – mówi Witkowska. – Moim celem było: ukończyć wreszcie Bieg 7 Szczytów (startowałam trzeci raz) i zrobić to w czasie poniżej 40 godzin. Wiązało się to z rekordem trasy (Agata Matejczuk 41:47 w 2015 r. - red.), choć długo wydawało mi się to marzeniem nieosiągalnym, bo gdzie mnie równać się z Agatą! Ale postawiłam wszystko na jedną kartę i... się udało!

Anna Witkowska wygrała Bieg 7 Szczytów w czasie 38 godzin i 37 minut, poprawiła wyczyn Agaty Matejczuk o 3 godziny i 10 minut! – Jestem przeszczęśliwa, moja mina na mecie najlepiej chyba wyraża niedowierzanie, że udało mi się to zrobić! –  śmieje się nowa rekordzistka Biegu 7 Szczytów.

– Ogromny wpływ na ten sukces miał mój wspaniały, niezastąpiony support, który zapewniał mi na trasie wszystko czego potrzebowałam – mówi Anna Witkowska - a także różne moje patenty na długie biegi, np. tzw. „bułgarski prysznic”: męski dezodorant o mocnym, odświeżającym zapachu. Spryskuję się i jestem świeżutka jak po kąpieli – śmieje się. – No i jeszcze mój nieoceniony partner na długich biegach Królik Stefan (maskotka, z którą Ania Witkowska biega na ramieniu – red.). W drugiej części trasy rozmawialiśmy ze sobą głośno, śpiewaliśmy piosenki, których słowa wymyślałam ad hoc. Królik Stefan kolejny raz bardzo mi pomógł, spisał się na medal! A emocje po zwycięstwie były tak wielkie, że choć przez dwie noce, z czwartku na piątek i z piątku na sobotę, nie spałam, bo biegłam, to po zawodach poszłam do łóżka dopiero późnym wieczorem. W ciągu dnia w ogóle nie zmrużyłam oka! – opowiada.

– Na mecie poczułam się jak w bajce, bo kiedyś sobie wyśniłam zwycięstwo w ultra biegu i przerwanie taśmy czempionki – zdradza Ania Witkowska. – I po raz pierwszy, tu w Lądku, tak się właśnie stało... „Boże, to naprawdę się dzieje!” pomyślałam.

– Spodziewałem się, że po północy na mecie będzie z 5-6 osób, które jeszcze nie poszły spać – wspomina zwycięzca Rafał Kot. – Tymczasem okazało się, że przywitało mnie kilkudziesięciu ludzi, którzy mocno „najarani” czekali na zwycięzcę i zgotowali mi owację, której w ogóle się nie spodziewałem. Było bardzo fajnie! – cieszy się.

– Zapewne fajnie byłoby finiszować przy tłumie kibiców, w ciągu dnia – dodaje Rafał Bielawa. – Trzeba by jednak start zrobić kilka godzin wcześniej, nawet rano, a wtedy bardzo wielu zawodników spędziłoby na trasie, oprócz dwóch nocy, także dwa bardzo gorące dni. A pogoda na lipcowym DFBG jest zwykle upalna. Wtedy ten dystans kończyłoby jeszcze mniej biegaczy niż teraz (Bieg 7 Szczytów kończy przeciętnie około 30 procent uczestników - red). Start wieczorem jest, moim zdaniem, optymalny, a zresztą aplauz i oklaski na stojąco, jakie dostajemy w niedzielę na podium podczas dekoracji, w pełni rekompensuje niewielką liczbę kibiców na mecie – mówi Rafał Bielawa.

Bieg 7 Szczytów to nie tylko rywalizacja o zwycięstwo i rekordy. Dla większości biegaczy to wyzwanie życia, starcie z granicą własnych możliwości. Pokonują 240-kilometrowy dystans za którymś podejściem (niektórym nie udaje się to nigdy). Oni spędzają na trasie wokół Kotliny Kłodzkiej prawie, albo nawet ponad 50 godzin (limit czasu wynosi 52 godziny).

Tuż przed godziną 20 w sobotę, a więc po 49 godzinach i 50 minutach biegu, na mecie w parku zdrojowym w Lądku pojawił się Maciej Korbela z Dąbrowy Górniczej. Twierdził, że w ogóle nie jest zmęczony. – Spałem w trakcie 20 minut i to wystarczyło. Czwarty raz biegłem 7 Szczytów i pierwszy raz skończyłem – opowiadał szczęśliwy. – Raz skończyłem po 190 km, a dwa razy w Kudowie na 130 km. Musiałem wreszcie wyrównać rachunki – mówił. 

– Ten rok był inny niż poprzednie, bo dużo mniej się przygotowywałem. Nie zamęczałem się kilometrami na treningach, nie mordowałem startami. Na świeżych nogach udało się osiągnąć cel w niecałe 50 godzin! Widać receptą jest czasami mniej trenować – podsumował. I zaraz opowiadał o swoim biegu: – Było rewelacyjnie! Prawie cały czas się dobrze czułem, z wyjątkiem kilku kryzysów było super! Pogoda na początku była... hmmm... zaskakująca, w porównaniu zwłaszcza z aurą sprzed 4 lat, kiedy od początku było straszliwie gorąco. Teraz padał deszcz i była mgła, ale mnie zdecydowanie bardziej pasowała taka pogoda niż ponad 40 stopni. A tak żartem to powiem, że osiągnąłem cel głównie dzięki memu koledze Maciejowi, który siadł mi na ambicję rok temu kończąc Bieg 7 Szczytów za trzecim podejściem. Musiałem mu dorównać! – mówił ze śmiechem. I już poważnie dodał: – Wiele osób pyta mnie, po co biegam takie dystanse. Odpowiadam: "Bo mogę!". To tak jak z górami: po co wchodzić na Mt. Everest? Bo jest. Ja dzięki takim biegom wiem, że mogę dużo, a dzis wiem, że mogę jeszcze więcej! – kończy Maciej Korbela.

Bieg 7 Szczytów - WYNIKI

Piotr Falkowski

zdj. autor, Rafał Milkowski, salomonrunning.pl

 

Polecamy również:


Podziel się: