Szakal, pies i spryciarz – Łódzkie Biegi Górskie po raz drugi [ZDJĘCIA]


Pochmurny niedzielny poranek zmienia się w słoneczne przedpołudnie. Mokry śnieg przestał prószyć. W północnej części Lasu Łagiewnickiego znów zbierają się biegacze, by wziąć udział w drugiej rundzie GP Łódzkiego w Biegach Górskich. Trasa ta sama, o której pisaliśmy poprzednio. Pięciokilometrowa pętla z dwiema większymi i dwiema mniejszymi górkami, którą można pokonać jedno- lub dwukrotnie. Baza w SP nr 61 przy Okólnej. Organizator to UKS „Orientuś”, którego ekipa nietypowo dla siebie urządza zawody bez mapy i kompasu.

Po czwartkowym wieczornym długim wybieganiu w fatalnej pogodzie i wczorajszym dość mocno pociśniętym Biegu Gajusza nogi trochę ciężkie, ale kolana nie protestowały. W ostatniej chwili zapisałem się więc na dychę. Cel: w miarę możliwości poprawić czas sprzed miesiąca.

Punktem odniesienia jest dla mnie kolega Dominik z klubu Szakale Bałut, z którym się czasem ścigamy. Poprzednio mi dołożył ponad 40 sekund. Nie nastawiam się jednak na trzymanie się go, ustawiam się gdzieś z tyłu i spokojnie robię pierwszy, długi i łagodny podbieg – znacznie wolniej, niż ostatnio. Pomarańczowa Szakalowa koszulka szybko znika mi z oczu gdzieś w przodzie.

Przez długie wypłaszczenie biegnę spokojnie, a na słynnym i wrednym, 400-metrowym podbiegu Orientusia staram się tym razem nic nie stracić. Chyba wchodzi mi szybciej, niż poprzednio i do tego mniej się męczę. Na „Gubałówce” – wyjątkowo stromej górce na 1.5 km przed metą – kilka miejsc do przodu, bo jako jedyny podbiegam. Największy zysk jednak robię tradycyjnie na długim i stromym zbiegu. Stawka się przerzedza, bo duża część towarzystwa skręca na metę piątki. Pierwsze koło w 27 minut z groszami.

Drugie zaczynam w towarzystwie dwójki współzawodników – jak się później okaże, Ani i Tomka. Jakieś urywane próby rozmów. Uciekam im trochę na zbiegu, a na wypłaszczeniu trzymam dystans. Orientusia znów się staram cisnąć mocno, ale dochodzą mnie zaraz za szczytem i aż do Gubałówki ponownie biegniemy razem. Łapię drugi oddech, trochę mocy wraca, a w oddali przed nami pojawia się pomarańczowa koszulka. Dorwać Szakala! – przechodzi przez głowę myśl...

Próbuję zgubić towarzystwo na ściance Gubałówki, ale trzymają mi się mocno na plecach. Przeganiam za to Dominika. Wyprzedza mnie ponownie na górnym wypłaszczeniu. – Za szybko było na górce? – rzuca w przelocie. W odpowiedzi tylko dyszę głośno jak pies, a może jak szakal.

Jak już mowa o psach, to jeden mnie właśnie też wyprzedza. Obok siebie widzę znajomą mordkę Mondaya – psiaka ze zgierskiego schroniska, z którym biegałem na 6 łap na City Trailu. Tym razem ciągnie moją znajomą Asię. Lecą jak wiatr, nie mam siły ich gonić. Na ostatniej hopce Tomek też mi ucieka. Trzymam się z Dominikiem i Anią.

Urywam ich skutecznie na długim zbiegu, lecąc po swojemu na złamanie karku. Do Asi z psem i Tomka zmniejszam dystans, ale nie na tyle, by ich dogonić. Na ostatnich płaskich 600 metrach do mety mam siłę tylko utrzymać pozycję. Łapię sobie czas 53:49. Brutto mi zmierzą 54:01 – trochę mniej żałośnie od 54:40 sprzed miesiąca. Na szybsze bieganie, mam nadzieję, jeszcze przyjdzie czas. Z całym towarzystwem dziękujemy sobie wzajemnie za fajną sportową walkę.


Na 10 km zwyciężył Jarosław Omąkowski (36:48), zaledwie o sekundę wyprzedzając najszybszego przed miesiącem Adama Łukasiaka (36:49) i o ponad trzy minuty Michała Stawskiego, poprzednio czwartego (39:53). Równie zacięta była walka wśród pań. Magdalena Woźna i Edyta Bartela znów zajęły dwa pierwsze miejsca, tym razem z różnicą tylko dwóch sekund (odpowiednio 47:11 i 47:13). Podium dopełniła Joanna Spułtowska (48:26), która wraz z pozostałymi biegnącymi na 6 łap wystartowała 5 minut po całej stawce. Na 5 km najszybszy był Konrad Płóciennik (19:44) przed poprzednim zwycięzcą Robertem Sobczakiem (20:07) i Mateuszem Fijałkowskim, przed miesiącem również trzecim (20:13) oraz Zuzanna Gielec (24:14), Ewa Pietruszewska (24:16) i Klaudia Łukasiak, poprzednio też trzecia (24:44). Pełne wyniki TUTAJ.

Było dokładnie tak, jak ostatnio – opowiadała druga wśród pań na dychę Edyta Bartela – prześcigałam Magdę na podbiegach, a ona mnie w bardzo, bardzo szybkim tempie na zbiegach. Ona szybciej ruszyła, najpierw musiałam ją gonić, na Orientusiu ją doszłam, ale dalej wiadomo. Jako że przed metą jest długi zbieg, to mi uciekła jakieś 50 metrów i już jej nie dogoniłam. Czasy teraz trochę lepsze, ale to może dlatego, że było mniej błota. Wtedy straciłam do Magdy siedem sekund, dziś tylko dwie. Trzeba dalej podjąć rękawicę – zakończyła ze śmiechem.

Do kuriozalnej sytuacji doszło na finiszu krótszego dystansu. – Zagapiłem się – powiedział Robert Sobczak, który ostatecznie zajął drugie miejsce – bo wiedziałem, że prowadzę i kontrolowałem przewagę nad Mateuszem Fijałkowskim, byłem ze 100 metrów przed nim. Wtedy mnie wyprzedził jakiś chłopak. Byłem przekonany, że biegnie na dychę i poleci w prawo na drugie kółko, nawet próbowałem go zapytać. Patrzę – a tu ten zawodnik Azymutu Pabanice skręca w lewo na metę... taki spryciarz! Jakbym wiedział, to bym powalczył, bo teraz nie biegłem na wynik tylko bezpiecznie trzymałem dystans przed Mateuszem. Oczywiście pogratulowałem mu zwycięstwa, ale następnym razem już mu nie pójdzie ze mną tak łatwo! – zadeklarował Robert.

Strona zawodów GPŁ w Biegach Górskich: www.gorywlodzi.pl

Kolejne biegi z cyklu odbędą się w dniach 21 stycznia, 18 lutego i 18 marca.

KW

Polecamy również:


Podziel się: