ultraMaraton Bieszczadzki znów na medal. „Na pewno tu wrócę” [ZDJĘCIA]


Opublikowane w wt., 14/10/2014 - 11:29

Podobno Bieszczady są najpiękniejsze jesienią gdy czerwienieją buki. Kiedy jeszcze świeci słońce, jest przejrzyste powietrze, a temperatura bardziej przypomina o minionym lecie, niż o trwającej jesieni, wtedy nie ma nic lepszego niż założyć buty do biegania i wystartować w zawodach. Zakończony w niedzielę ultra Maraton Bieszczadzki gwarantował wymagającą 53-kilometrową trasę po dzikich, mało znanych szlakach, a przede wszystkim zapierające dech w piersiach widoki. Ja się skusiłem.

Relacja Macieja Gelberga z Cisnej.

Maraton Bieszczadzki to młodszy brat Biegu Rzeźnika. Jak twierdzą organizatorzy to doskonałe przetarcie dla tych co nie mają jeszcze dużego doświadczenia w biegach ultra, ale ich ambicje sięgają przynajmniej The North Face® Ultra-Trail du Mont-Blanc®. Należę do takich osób. Co prawda w tym roku przebiegłem już Maraton Gór Stołowych, ale ciągle w biegach ultra poruszam się bardzo niepewnie, czując olbrzymi szacunek do każdego górskiego dystansu powyżej 50 km.

Do Cisnej wybierałem się jednak z dużymi nadziejami. Kocham Bieszczady. Zarówno bezkresne połoniny, jak i zalesione szczyty. Lubię biegać w Bieszczadach za ich klimat, ale również za to, że na szlaku nie jestem skazany co chwilę na skakanie po kamieniach. Tu częściej spotykamy trawę i błoto, czy żwir na stokówkach. Przyznaję bez bicia, to bardziej odpowiada moim kolanom.

Nie wiem czy podobnie myśleli inni, ale faktem jest, że w weekend do Cisnej zjechało kilkuset biegaczy z całej Polski. Miejscowi podkreślali, że ruch był jak w sezonie, trudno było znaleźć wolne pokoje. Swoje zrobiła też pewnie piękna pogoda. Nie pamiętam kiedy w połowie października było w dzień ponad 20 stopni Celsjusza.

Sobota upłynęła na lenistwie. Był co prawda lekki rozruch, ale bardzie skoncentrowałem się na chłonięciu klimatu Bieszczad, odebraniu pakietu startowego (biuro zawodów bardzo sprawnie działało), czy konsumpcji podwójnej porcji makaronu na pasta party. Wieczór to oczywiście emocje związane z meczem Polska-Niemcy. Nasz triumf uznałem za dobry prognostyk przed nadchodzącym biegiem.

Ponieważ to już jesień i dzień szybko się kończy organizatorzy zaplanowali start maratonu na 7.30. Kiedy na półgodziny przed początkiem zawodów pojawiłem się w miasteczku biegowym było jeszcze szarawo, chłodno i unosiła się wilgoć. Czuć jednak było, że zapowiada się piękna, bezwietrzna pogoda.

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce