ZUK - dwa pogodowe światy. Rajca i Solińska ponownie najlepsi! Przyjadą do Krynicy


„W takich warunkach jeszcze nie biegałem!” - takie słowa padały z ust większości uczestników 5. Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego. Na metę w Karpaczu wpadali szczęśliwi, ale wciąż pod wrażeniem tego, co spotkało ich na pierwszej części trasy, od Hali Szrenickiej do Śnieżki (8-31 km trasy).

Te 23 kilometry miały jednego władcę: wiatr. A raczej – wichurę. Silną, zacinającą w twarz deszczem, niebezpiecznie spychającą czasem z trawersu... Do tego mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów. Tyczki wyznaczające szlak biegacze widzieli czasem w ostatniej chwili, niektórzy mówili później, że nie wiedzą nawet, kiedy przebiegli przez Śnieżne Kotły, tak przecież charakterystyczne miejsce tego fragmentu Karkonoszy.

W ten sposób karkonoska grań przypomniała, z czego słynie zimą. To jedno z najbardziej wietrznych miejsc w polskich górach. Nic dziwnego, że ogromną popularnością wśród docierających do punktów ludzi z niemal zamarzniętą prawą stroną twarzy (bo z tej strony wiał najczęściej lodowaty wiatr) cieszyły się gorąca herbata i znakomita zupa pomidorowa serwowana osobiście przez panią wiceburmistrz Karpacza w Domu Śląskim na 30 km, tuż przed podejściem na Śnieżkę.

A po drugiej stronie Śnieżki – inny świat. Na ostrym zbiegu z najwyższego szczytu Karkonoszy w uszy wręcz biła przejmująca cisza, a po kilku kilometrach zawodnicy wbiegli w piękne słońce. Odbijający się od białego śniegu blask bił po oczach. Kilka kolejnych kilometrów po czeskiej stronie to wręcz „złota polska jesień”, szutrowe ścieżki bez grama śniegu, mnóstwo brązowych, zeschłych liści. Za ostatnim punktem na Okraju śnieg, oczywiście, wrócił, było już jednak ciepło (kilka stopni na plusie) i bardzo przyjemnie.

A na koniec – wisienka na torcie. Kilkusetmetrowy zbieg "Kolorową", czyli stokiem narciarskim w Karpaczu prosto na metę na deptaku, po lekko zmrożonym, ale nie wyślizganym śniegu, co umożliwiało bezpieczne puszczenie się w dół, często z krzykiem euforii w roześmianej twarzy.

Trzeba przyznać, że – abstrahując od koszmarnych wichury i mgły – warunki stricte biegowe były bardzo dobre. Wiatr zwiał z grani nadmiar śniegu, dzięki czemu podłoże było twarde i można było biec naprawdę szybko. Gdyby tylko było widać, po czym się biegnie...

Czołówka biegaczy uzyskała więc na mecie bardzo dobre wyniki, a rezultat Michała Rajcy, który wygrał ZUK po raz drugi z rzędu, ochrzczono mianem „kosmicznego”. Uprawiający na co dzień górski triathlon 28-letni zawodnik z Głochołaz, mimo nieco dłuższej w tym roku trasy, ustanowił rekord imprezy, przebiegł 54 kilometry w czasie 4:32:17 godz., wyprzedzając Kamila Leśniaka o 26 i pół minuty! – Co najlepsze – śmiała się Agnieszka Korpal, organizatorka ZUK – Michał wbiegł na metę świeżutki, uśmiechnięty, jakby w ogóle niezmęczony.

Kamil Leśniak także „złamał” 5 godzin (4:58:45), a tuż za nim finiszował Piotr Uznański (5:00:11).

Równie wielką furorę jak zwycięzca zrobiła na mecie najszybsza kobieta. Katarzyna Solińska przybiegła już po 6 mężczyznach, uzyskała czas 5:33:27, a największą frajdę na trasie miała, gdy na zbiegu ze Śnieżki zobaczyła przed sobą „chude, gołe kostki Krzyśka Dołęgowskiego” i niedługo potem go wyprzedziła. Na metę przybiegła półtorej minuty przed tym wytrawnym biegaczem, z czego cieszyła się chyba nie mniej niż ze zwycięstwa, podobnie jak Michał Rajca – drugiego z rzędu.

Przewagę nad rywalkami miała Solińska ogromną. Na podium obok Kasi stanęły Wioletta Dessauer (6:24:41) i Olga Makowska (6:32:44).

5. Zimowy Ultramaraton Karkonoski ukończyło 380 osób. Kilkudziesięciu uczestników, których zmogły warunki pogodowe, zeszło z trasy w Domu Śląskim, po 30 km biegu.

Pełne wyniki: TUTAJ

Piotr Falkowski


POWIEDZIELI NAM:

MICHAŁ RAJCA, zwycięzca 5. Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego

Kosmiczny wynik?.. Były dobre warunki, twarde podłoże spowodowało, że trasa była szybka, wielu zawodników uzyskało lepsze wyniki niż rok temu, gdy było mnóstwo głębokiego, kopnego śniegu. Do tego dochodzi dobra forma, którą mam już w tej chwili i motywacja. Bardzo zależało mi na ZUK, bo to impreza „pode mnie”: dystans w sam raz (no, może prawie, bo wolałbym ciut krótszy) i zima, okres przygotowawczy, w którym kilometrów i bazy tlenowej jest bardzo dużo. Świetny okres na długi start na mniejszej intensywności, biegłem cały czas w zakresach tlenowych, nie wchodziłem na zbyt wysokie tętno, nawet na podbiegach.

Dobrze taktycznie rozwiązałem też sprawy żywieniowe, miałem swoje jedzenie, żele, picie, w ogóle nie korzystałem z bufetów. Wbiegłem tylko na chwilę do Domu Śląskiego, bo nie byłem pewny, czy w regulaminie nie ma obowiązku zameldowania się na tym punkcie. Wpadłem więc, krzyknąłem „cześć, jestem!” i pobiegłem dalej.

W czołówce było nas początkowo trzech. Cały czas biegłem swoim tempem, wiedziałem, że nie będzie żadnych „czarów” i ścigania się na końcówce, bo to jest bieg długodystansowy. Gdyby ktoś narzucił szybsze tempo, to i tak bym się go nie trzymał, bo najważniejsze było dobre rozłożenie sił. Nie chciałem popełnić błędu sprzed roku, gdy przeholowałem na pierwszej części i podbieg na 40 kilometrze dał mi się mocno we znaki, troszkę mnie odcinało. W tym roku czułem się świetnie na całym dystansie, myślę, że mądrze rozegrałem bieg i z tego też jestem bardzo zadowolony.

Podłoże było świetne do biegania, bardzo natomiast przeszkadzała pogoda. Wiatr dmuchający w twarz i marznący deszcz mocno dawały się we znaki. Do tego gigantyczna mgła... Podziwiałem widoki, które zapierały dech w piersiach (śmiech). A poważnie... trochę to było niebezpieczne, bo często nie widziałem, gdzie stawiałem stopę. A ja mam tendencje do skręcania kostki i trochę byłem przez to zestresowany.

Na szczęście ja jestem dość odporny na takie warunki, nie mam z nimi problemu, wolę jak jest zimniej niż zbyt ciepło. Dwie trzecie dystansu biegłem nawet bez rękawiczek, tylko w chustce na głowie. Założyłem rękawiczki tylko na odcinku od Szrenicy przez Śnieżne Kotły do Odrodzenia i na podbiegu na Śnieżkę, gdzie była największa wichura. A potem to już była prawdziwa wiosna.

To był mój drugi start w ZUK, drugi raz wygrałem, więc skuteczność mam stuprocentową (śmiech). Za rok postaram się o hat-trick, bo ten start bardzo pasuje mi terminowo. Ja właściwie to nie jestem biegaczem. W młodości uprawiałem lekką atletykę, biegałem średnie dystanse do 3000 m, potem przełaje, ale zawsze ciągnęły mnie góry, z tym, że... uprawiam przede wszystkim ekstremalny, górski triathlon. Podjazdy, przełęcze, zjazdy... Rower nie mtb, tylko szosowy, ale dużo przewyższeń. I potem bieg, który też zawsze kończy się gdzieś na górze. Tylko pływanie jest „normalne”, na szczęście nikt jeszcze nie wymyślił pływania pod prąd, czego się obawiałem (śmiech). W Polsce z takich triathlonów są tylko Karkonoski i Triminator w Radkowie, obie w ubiegłym roku wygrałem. A teraz zasadzam się na poważniejsze cele, czyli w czerwcu Swissman Extreme Triathlon, jedne z trzech najbardziej popularnych zawodów ekstremalnych na świecie. Meta jest w okolicach Eigeru, a po drodze trzy poważne przełęcze po 2,5 tysiąca metrów do zdobycia. Dystans pełny ironman (3,9 km pływania, 180 km roweru i maraton biegowy). Najlepsi kończą zawody w 11-12 godzin. ZUK jako baza treningowa idealnie wpisuje mi w przygotowania do tej imprezy.

A druga moja impreza docelowa na ten rok to październikowe mistrzostwa świata IronMan na Hawajach, zaproszenie wywalczyłem sobie rok temu w ciężkich, górskich zawodach w Walii, byłem trzeci w swojej kategorii wiekowej.

Pod start na Hawajach rozglądam się za jakimś fajnym biegiem górskim na przełomie lata i jesieni, myślę poważnie o Festiwalu Biegowym w Krynicy i biegu na 34 km, to byłby odpowiedni dystans na mocne przetarcie. Jest spora szansa, że się zobaczymy!

9. Festiwal Biegowy: Na Święto Kobiet Panie zapisują się ze zniżką 30 proc!

KATARZYNA SOLIŃSKA, zwyciężczyni 5. Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego

Sama nie mogę uwierzyć, że przybiegłam w ścisłej czołówce całej stawki, tylko za 6 mężczyznami, a przede wszystkim, że wygrałam z Krzyśkiem Dołęgowskim. Gdy na zbiegu ze Śnieżki zobaczyłam jego chude, gołe kostki, nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam sobie: to jakiś sen czy omamy? Było jeszcze jednak kilkanaście kilometrów do mety i myślałam, że chłopaki jednak mnie wyprzedzą, bo już czułam nogi, ale udało mi się utrzymać pozycję i ciągle jestem w szoku (śmiech).

Miałam nadzieję, że powalczę o zwycięstwo, bo przecież wygrałam w ubiegłym roku, ale to nie był cel nadrzędny. Chciałam po prostu tu wystartować i poczuć atmosferę tego biegu, bo jest naprawdę wyjątkowy, zapadł mi głęboko w sercu.

Pogoda była masakryczna, „zuczańska”, że tak powiem. Jak wbiegliśmy na Śnieżne Kotły to było wręcz nieznośnie, straszliwie wiało, zamarzła mi praktycznie prawa część ciała, bolała, szczypał język, miałam problem, żeby dostać się do żeli. Założyłam wtedy dodatkową czapkę. Śnieg też był trochę zwariowany, zasypywał ślady poprzedników, więc trudno było utrzymać stabilizację. Ale za rok na pewno znów przyjadę i powalczę o hat-trick (śmiech).

To był mój drugi ZUK, drugi raz wygrałam, a moja przygoda z biegami ultra zaczęła się trochę ponad rok temu. Znajomy zaproponował mi start w ubiegłorocznym ZUK, obejrzałam filmik z poprzednich edycji i pomyślałam, że to coś niesamowitego. Bajkowe góry, warunki na Śnieżce jak na Biegunie Północnym. Zachwyciłam się, ale warunkiem startu w ZUK jest ukończenie 2 biegów górskich, a ja takiego doświadczenia nie miałam. Był listopad, więc na szybko musiałam zrobić „kwalifikację”. Przebiegłam Winter Ultra Trail Małopolska na 48 km i w styczniu Zimowy Maraton Bieszczadzki na 44 km. ZUK był moim trzecim startem ultra w górach i... od razu wygrałam (śmiech). Wcześniej biegałam trochę półmaratonów ulicznych i coś niedługiego w górach. Ale jak wygrałam „połówkę” w Ultra Babia Góra, to pomyślałam sobie: „Solińska, może warto pomyśleć o czymś poważniejszym?” Mam teraz trochę więcej czasu, bo skończyłam studia psychologiczne i pracuję w dziale HR w jednej z firm rekrutacyjnych w Krakowie. A po pracy biegam i rozwijam swoją pasję.

Doświadczenia górskiego wiele jeszcze nie mam, ale ZUK nie jest moim najdłuższym startem. W ubiegłym roku biegłam na Festiwalu Biegowym w Krynicy w Biegu 7 Dolin 64 km, zajęłam piąte miejsce, a czołówka wyraźnie pokazała, gdzie moje miejsce (śmiech). Dziewczyny były bardzo mocne. Ale będę goniła, obiecuję. Mam niedosyt i w tym roku chcę wybrać się do Krynicy ponownie, żeby poprawić swój wynik na 64 km. Chętnie wrócę na Festiwal Biegowy, bo to niesamowita impreza, wszystko kręci się wokół biegania, jest tylu świetnych zawodników, których rzadko mam okazję spotkać. Więc zobaczymy się znów we wrześniu w Krynicy.

wysłuchał Piotr Falkowski


Polecamy również:


Podziel się: