8. Półmaraton Pabianicki – tradycyjny szok termiczny [ZDJĘCIA]


Opublikowane w ndz., 08/04/2018 - 20:34

W ostatnich kilku latach stało się już tradycją, że podczas pabianickiego półmaratonu biegacze przeżywają szok termiczny. Nie inaczej było podczas dzisiejszej, ósmej edycji. Jeszcze niedawno trenowaliśmy w mrozie, a ostatnie dni też były chłodne. Zdecydowane ocieplenie przyszło właśnie na półmaratoński weekend. W dzień biegu prognozy temperaturę powyżej 21 stopni. Odczuwalna miała być oczywiście jeszcze wyższa.

Zapisany na pabianicką połówkę byłem już dawno. Potrzebowałem mocniejszego asfaltowego przetarcia przed górskimi startami. Z planowanych treningów jednak niewiele wyszło – jak nie przeziębienie, to kłopoty z kolanem. Cztery lata temu na tej dość płaskiej i szybkiej trasie, w zimnie i deszczu (co się stało?) udało mi się po doskonałym taktycznie biegu wykręcić życiówkę 1:39:51. Teraz realnie oceniałem swoje szanse na około 1:50, a biorąc pod uwagę prażące słońce, raczej powyżej tej granicy.

Już na rozgrzewce czuję się zgrzany. Na starcie na bieżni stadionu MOSiR ustawiam się sporo za zającami na 1:50. Do półmetka plan na bieg trochę wolniej od nich, a potem się zobaczy. Po pierwszym kilometrze zaczyna się długa prosta na wschód. Głównie pod górę i cały czas pod wiatr. Szybko odechciewa mi się marzyć o godzinie pięćdziesiąt. Trzymam jednak tempo około 5:15 na km. Baloniki się oddalają – niby planowo, ale podejrzanie szybko. Tracę je z oczu na długo przed skrętem w prawo na 6 km.

Później się dowiem, że zające delikatnie mówiąc dali ciała. Jeszcze przed półmetkiem wyprzedzili mojego kolegę, który biegnąc równo, na mecie był w 1:47. Kawałek dalej postanowili się zatrzymać, by zaczekać na swoją grupę, którą... po drodze zgubili.

Na 8 km łapię równo 42 minuty. Aż dziwne, że tak dobrze idzie. Gdybym za półmetkiem lekko przycisnął... ale gdybać to sobie mogę. Najpierw nieodczuwalnie, później coraz wyraźniej zaczyna się do mnie dobierać słońce. 5:20, 5:25... każdy następny kilometr jest coraz wolniejszy. Nawet wiatr w plecy nie pomaga. Coraz więcej współzawodników mnie wyprzedza.

Najgorszy jest podbieg na wiadukt na 16 km. Ledwo truchtam pod górę i kilometr wchodzi w 6:20. Co gorsza, żaden z kolejnych – już płaskich – nie będzie wiele szybszy. Stawiam sobie za punkt honoru, by nie przejść w marsz. Widok karetki pędzącej na sygnale do jakiejś ofiary upału niespecjalnie dodaje mi mocy. Na 18 km wolontariusz mnie dwa razy pyta, czy wszystko w porządku. Muszę już naprawdę kiepsko wyglądać.

Na kilometr przed metą słyszę za sobą rozmowę. – Nie za szybko ciśniemy na dwie godziny? – ktoś pyta. – Mamy pół minuty zapasu – odpowiada jego kolega. O w mordę, to zające na 2:00! Budzą się we mnie resztki sponiewieranej dumy i dociskam resztką sił. Wpadam na stadion, ten zryw mnie drogo kosztuje, znowu muszę zwolnić. Do mety doczłapuję w 1:58:42, odbieram medal i wodę i siadam jak nieżywy pod barierką.

Kiedy kilkanaście minut później robię wywiady ze zwycięzcami piątki i półmaratonu, jeszcze ledwo stoję na nogach i mam mroczki przed oczami...

* * * * *

W towarzyszącym biegu na 5 km najszybszy był pochodzący z Pabianic łodzianin Maciej Jagusiak (17:17) przed Przemysławem Obarą z Płocka (17:23) i Michałem Jamiołem z Kielc (17:55). Wśród pań wygrała pabianiczanka Kamila Rydzyńska (24:02) przed Anetą Goździk-Zarębą z Łodzi (25:34) i Angeliką Pilch (25:46). W biegu wzięło udział 116 osób. Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– Najważniejsze jest dla mnie zwycięstwo w moich rodzinnych Pabianicach – przyznał zwycięzca piątki, który obronił ubiegłoroczny tytuł – a wynik jest sprawą drugorzędną. Na ten bieg szykowałem formę, chciałem wygrać i marzenie się spełniło. Słońce dyktowało warunki, wiatr niby delikatny ale też przeszkadzał, szczególnie że nie biegliśmy w grupie. Biegłem cały czas drugi, na pół kilometra przed metą miałem jeszcze przynajmniej 30 metrów straty do prowadzącego, ale finisz na stadionie rozegrałem już po swojemu!

W półmaratonie nie zawiódł główny faworyt. Nasz olimpijczyk z Rio Artur Kozłowski pewnie zwyciężył z czasem 1:06:10, wyprzedzając Ukraińca Wołodymyra Timaszowa (1:13:00) i Damiana Glapiaka z Bucza (1:13:30). Miejscowa zawodniczka Zuzanna Mokros nie okazała się gościnna dla rywalek, zwyciężając z wynikiem 1:21:43 (21. open). Damskie podium dopełniły Ukrainka Olena Kytytsia (1:23:37) i Izabela Sobańska z Drużbic (1:35:43). Wystartowało 820 zawodników. Pełne wyniki można zobaczyć TUTAJ.

– Na początku biegłam druga – opowiadała zwyciężczyni, która przed rokiem zajęła tu drugie miejsce – z założeniem, by pobiec tempem maratonu, bo za dwa tygodnie startuję w Warszawie (Orlen Warsaw Marathon – red.). W drugiej części dystansu trochę przyspieszyłam, najpierw doszłam rywalkę, a potem ją zostawiłam na 13 kilometrze. Mimo że biegłam treningowo, to przy okazji chciałam wygrać (śmiech).

Przetrzeć się przed mistrzostwami kraju zamierzał również Artur Kozłowski. – Ściganie z rywalami nie było dziś najważniejsze – przyznał. Chciałem równo przebiec cały dystans w dobrym czasie. Cały początek był pod mocno odczuwalny wiatr, natomiast na drugiej połowie zaczęło mi się naprawdę fajnie biec i tempo wzrosło. Dzięki wiatrowi słońce trochę mniej dawało się we znaki, ale na mecie już mi się od niego trochę zakołowało w głowie.

– Czuję, że dyspozycja rośnie i szczyt formy przyjdzie za dwa tygodnie – opowiadał mistrz Polski w maratonie – i może wtedy nie będzie tak ciepło, jak dziś. Chociaż w Warszawie to zwykle wiatr rozdaje karty. Oprócz ścigania o mistrzostwo, jak zwykle wraz z kolegami będziemy celować w jak najwyższe miejsca w międzynarodowej stawce. Od początku trzeba będzie iść z pierwszą grupą, a jak się uda, to na końcu zaatakować. W tym roku poziom MP będzie dużo wyższy, ale chciałbym obronić tytuł. Drugim celem jest kwalifikacja na sierpniowe ME w Berlinie, które będą dla mnie najważniejsze w drugiej połowie roku.

W klasyfikacji najszybszych pabianiczan zwyciężył, nie po raz pierwszy zresztą, Andrzej Pietrzak (10. miejsce open). – Pojawiło się dużo młodych, dobrze biegających zawodników – opowiadał nam na gorąco – więc musiałem się starać. Udało się dzięki mocnej końcówce. Poza tym bardzo lubię słońce i dobrze znoszę upał.

Mimo znakomitej i chwalonej przez wszystkich organizacji, frekwencja była w tym roku mniejsza, niż w poprzednich edycjach. W porównaniu z rekordową ubiegłoroczną spadła aż o prawie jedną trzecią. Głównym powodem jest prawdopodobnie zaledwie tygodniowy odstęp przed Maratonem Łódzkim, któremu w tym roku towarzyszy także półmaraton. Czy ze strony łódzkich organizatorów jest to dobry pomysł, okaże się już za tydzień. Obszerne relacje z Łodzi pojawią się również na naszym portalu.

KW


Polecamy również:


Podziel się: