"Chyba jeszcze tu wrócę". Łukasz Sagan, dwukrotny mistrz podwójnego Spartathlonu. "60 godzin jest do ugryzienia"


Opublikowane w wt., 19/11/2019 - 23:48

*Ukończyć w limicie. *Wygrać i obronić tytuł. *Pobić rekord trasy. *Złamać 60 godzin.

Takie cele wyznaczył sobie Łukasz Sagan stając w piątkowy poranek na starcie 5. Authentic Phidippides Run, biegu na 490 km (6800 m przewyższenia) z Aten do Sparty i z powrotem. Z powodu przebiegu trasy, bieg jest nazywany potocznie "podwójnym Spartathlonem".

„Saganis” triumfuje! Rekord! Łukasz Sagan znów najlepszy w Authentic Phidippides Run!

Polski ultras po raz drugi z rzędu zdecydowanie wygrał prestiżowe zawody. Przebiegł blisko pół tysiąca kilometrów w czasie 69 godzin 22 minut i 17 sekund, bijąc o ponad 5 godzin rekord trasy sprzed 3 lat Amerykanki Brendy Guajardo.

Trzy zadania zatem wypełnił. Do wymarzonych 60 godzin zabrakło prawie 9 i pół. Ale Łukasz Sagan i tak jest szczęśliwy. Słychać to było w jego głosie, gdy rozmawialiśmy dobę po spektakularnym triumfie na ateńskim rynku. Dwadzieścia kilka godzin po przybyciu na metę tylko spał i od czasu do czasu jadł. Musiał przede wszystkim odpocząć po wyczerpującym biegu.

Piotr Falkowski: Ogromne gratulacje, Saganisie! Wiesz, że tak, z grecka, nazywają Cię od paru dni polscy kibice biegania?

Łukasz Sagan: Tak. można mnie tak nazywać, nie przeszkadza mi ta grecka forma (śmiech). Bardzo się cieszę, że już jestem po i udało się dobiec bez kontuzji. To jest dla mnie najważniejsze. 60 godzin nie udało się złamać, ale... uważam, że to jest do zrobienia. Muszę tylko przeanalizować pewne rzeczy i trochę zmienić, chodzi o okres przedstartowy. Z tym, co mam w tej chwili, będzie to raczej trudne, ale przede mną jest przynajmniej rok na poprawki. Pewnie tutaj jeszcze wrócę i trzeci raz zmierzę się z trasą Phidippidesa. Ale zobaczymy, kiedy. Potencjał chyba jeszcze mam nie wykorzystany w pełni.

W ubiegłym roku w uzyskaniu lepszego wyniku czasowego bardzo przeszkodziła Ci ekstremalna, jak na Grecję, pogoda: zimno, ulewy, śnieżyce. Tym razem aura bardziej sprzyjała?

"Myślę, że zrobiłem coś wielkiego..." Łukasz Sagan, triumfator 4. Authentic Phidippides Run

Tak. Pogoda dopisała. W dzień było nawet dość gorąco, słońce grzało mocno, byliśmy jak na patelni. Góry były zupełnie innym miejscem niż znałem sprzed roku. Nie padało. Dopiero jakieś 40 kilometrów przed metą „dowalił” taki deszcz, że nie pamiętam, bym kiedykolwiek biegł w takiej ulewie! Na drodze była woda po kostki! Na szczęście było ciepło.

Poprawiłeś wynik sprzed roku o 6 godzin i kwadrans. To zasługa właśnie pogody czy byłeś lepiej przygotowany?

Stawiam na pogodę. Przygotowania miałem podobne, nic nadzwyczajnego w tym roku nie zrobiłem w treningu. W zeszłym roku dużo czasu straciłem, na przykład, na wielokrotne przebieranie się, suszenie, zmianę obuwia... W tym roku przebiegłem w 3 parach butów, przebierałem się dużo rzadziej: raz założyłęm legginsy, a poza tym cały czas bieglem w spodenkach. Druga noc była jeszcze cieplejsza, niż pierwsza, więc nie było potrzeby cieplejszej odzieży. Kryzysy, które przeżywałem, były związane z fatalną aurą. W tym roku też było ich kilka, ale brały się z braku snu.

490 km w 75h36"! Łukasz Sagan zwycięzcą podwójnego Spartathlonu!

A dużo spałeś w ciągu tych ponad 60 godzin biegu?

W sumie chyba około 2 godzin, o jakąś godzinę mniej niż w zeszłym roku. Drzemałem, gdy organizm się tego domagał. Pierwszy raz - niecałe pół godziny, w połowie pierwszej nocy, po ponad 20 godzinach. Potem przespałem się ok. 40 minut na półmetku, w Sparcie, gdzie też wziąłem gorący prysznic. I potem jeszcze raz, gdy stwierdziłem, że nie ma sensu wlewanie w siebie kolejnych litrów kawy czy innych wspomagaczy. Nigdzie się nawet nie kładłem: dobiegłem do punktu, usiadłem przy stoliku, przyłożyłem głowę i zasnąłem.

A w jakich warunkach śpi się na takim biegu? W busie, którym jedzie ekipa wspierająca, czy może przy trasie pod drzewem?

Część punktów jest zlokalizowana w pomieszczeniach, np. kawiarniach, tam można się położyć i zdrzemnąć. Można także w samochodzie, ale korzystałęm z tego, co oferowali organizatorzy.

Dużo daje taka krótka, nawet kilkunasto- czy kilkudziesięciominutowa drzemka?

Bardzo. Nawet taki króciutki sen robi fajną robotę. Nawet 20-25 minut snu stawia od razu na nogi. Totalnie wtedy odpływasz, zatracasz się, odrywasz od rzeczywistości. Wyciągnięcie zmęczonych, zesztywniałych z wysiłku nóg, zdjęcie butów, bardzo regeneruje mięśnie. Wychodzisz potem i czujesz się znacznie bardziej świeży. Więc uważam, że warto. Tracisz niewiele czasu, a zyskujesz dużo siły.

Przez cały czas realizowałeś plan taktyczny na bieg?

Tak. Nawet jak trzej Grecy wyrwali do przodu, nie przejmowałem się nimi i tym, że uciekli mi na kilkanaście czy kilkadziesiąt minut. Wiedziałem, że prędzej czy później ich minę. Na takim biegu początek to nie jest moment na wyścig. Ewentualne ściganie następuje w drugiej części trasy. Robiłem więc swoje i koncentrowałem się wyłącznie na sobie.

Za żadne pieniądze nie było możliwości, żeby Grecy utrzymali początkowe tempo. Ich wcześniejsze wyniki nie pozwalały patrzeć na nich jako na potencjalnych zwycięzców, nie dawały im specjalnie szans. Nie mieli żadnych osiągnięć w Spartathlonie, biegu dobowym czy na dwie doby. Oczywiście, w takim biegu niczego nie można przewidzieć na pewno, nie można do końca wiedzieć, jak ktoś się przygotował.

Nikogo więc nie przekreślałem, ale nie wierzyłem, żeby tempo, w którym ruszyli od startu, dalo się utrzymać przez cały bieg. Prędzej czy później mięśnie musiały to odczuć, musiało przyjść osłabienie. Ta trasa jest cholernie trudna! O wiele trudniejsza, niż Spartathlon. Tu trzeba nie tylko dobiec do Sparty, ale jeszcze wrócić. (uśmiech)

Obstawiałeś prawidłowo , Grecy skończyli źle. Dwaj zeszli z trasy jeszcze przed półmetkiem, na 170 i około 200 km. Trzeci dobiegł wprawdzie do mety, ale stopniowo wszyscy go wyprzedzali i zajął 20. miejsce, ostatnie pośród tych, którzy osiągnęli metę w Atenach.

Nawet tego nie śledziłem, ale widzisz, że miałem rację. Ten bieg nie wybacza takich strzałów w kolano, jaki zrobili sobie Grecy bardzo szybkim tempem na początku.

 

Jak ważny był dla Ciebie ten bieg i ponowne zwycięstwo w Phidippidesie?

Bardzo ważny. To jest moje odbudowanie się po Himalajach, które zdecydowanie mi nie wyszly. Potrzebowałem takiego zakończenia sezonu. Porażka w Himalajach nie siedzi mi jakoś szczególnie mocno w głowie, bo na takim biegu zawsze coś może pójść nie tak, bardzo wiele rzeczy nie zależy od ciebie, ale jednak... Dlatego bardzo mi zależało, żeby w Grecji wszystko poszło tak jak powinno.

Chciałem koniecznie dociągnąć do mety, nawet nie wygrać czy pobić rekord, ale ukończyć bieg w limicie. Dlatego był to mój cel numer jeden. Wszystkie zadania pozostałe – dopiero na kolejnych miejscach. Bardzo się cieszę więc, że zmazałem moje tegoroczne porażki, nie tylko w Himalajach, ale też na początku roku w Atenach, gdzie musiałem skończyć przed czasem bieg 48-godzinny, bo zacierałem się w pachwinach. Kończę sezon sukcesem i to jest najważniejsze!

PEŁNE WYNIKI

Rozmawiał Piotr Falkowski

zdj. Michał Złotowski - photography


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce