Ambasador „zającował” w Rzeszowie. Premierowo. „Ależ emocje!”

 

Ambasador „zającował” w Rzeszowie. Premierowo. „Ależ emocje!”


Opublikowane w wt., 14/04/2015 - 09:25

Od mojego debiutu w półmaratonie minęło już ładnych kilka lat. Ale w niedzielę 12 kwietnia ta sztuka udała mi się po raz kolejny. Stanąłem na starcie dobrze mi znanego dystansu, w nowej dla mnie roli: pacemakera – pisze Dionizy Szczudło, Ambasador Festiwalu Biegów.

Kontakt z organizatorem 8. PKO Półmaratonu Rzeszowskiego był szybki i konkretny. Ubiegłoroczny czas na tej samej trasie był wystarczającymi referencjami na posadę „zająca”. Jednego z kilkunastu.

Każdy z nas szuka wyzwań biegowych, nie zawsze musi być to poprawa życiówki. Moim wyzwaniem było pomóc biegaczom i poprowadzenie biegu równo i spokojnie na 1 godzinę i 40 minut na mecie.

Dzień przed startem pojawiła się lekka gorączka przed startowa, niepewność, czy sam poprowadzę grupę. Na szczęście na starcie okazało się, że jest nas trójka. Dostaliśmy baloniki i seledynowe koszulki ze stosownym napisem. Odpowiadaliśmy na sporo pytań od wszystkich zainteresowanych, każdy dokładnie wiedział, że tempo 4:44 min/km da upragniony wynik. Ustalamy, że pobiegniemy równo cały dystans...

Plan najprostszy: ruszyć równo i tak pobiec do mety. Jak się okazało – to nie jest takie proste, nawet w przypadku korzystania z GPS-a. Trochę za daleko ustawiliśmy naszą grupę na starcie i sporo wolniejszych optymistów musieliśmy mijać na pierwszym kilometrze. Lekkie zamieszanie na pierwszych metrach spowodowało, że premierowy kilometr poleciliśmy kilkanaście sekund za wolno. Ale stracony czas nadrobiliśmy spokojnie na kolejnych odcinkach, oczywiście pilnując tempa.

Kilka nawrotów na pętli, ciasnych zakrętów oraz spory wiatr nie ułatwiały zadania. Na dodatek zaczęło przygrzewać wiosenne słonko i na twarzach grupy pojawiło się zmęczenie.

Po nawrocie, na około 13. kilometrze, jeden z kolegów zająców zameldował o silnym bólu mięśnia czworogłowego i zszedł z trasy. Dalej, już we dwójkę, sprawnie pokonywaliśmy kolejne kilometry trzymając równe tempo. Na lekkich, krótkich zbiegach przypominałem o rozluźnianiu rąk i korzystaniu z pomocy grawitacji, by trochę odpocząć.

Ostatnie 5 km na „połówce” jest najcięższe – to wiemy nie od dziś. Wiatr na bulwarach wzdłuż Wisłoka dokuczał jeszcze bardziej. Jako, że wzrostu jestem ponadprzeciętnego zachęcałem do chowania się za mną. Ostatnie kilometry głośno odliczałem i przeliczałem na niewielką ilość minut walki, jakie pozostały nam do mety, jednocześnie zagrzewając wszystkich do ostatniego wysiłku. Starałem się jak mogłem zachęcić doganianych zawodników, by podpięli się pod naszą grupę i powalczyli o 1:40.

Na 2 kilometry do mety zdałem sobie sprawę, że grupę prowadzę już sam, bo kolega trochę osłabł. Na szczęście na prostej wiodącej do mety, zlokalizowanej na dziedzińcu galerii handlowej, mieliśmy wiatr w plecy. Ostatnia mobilizacja zawodników i wbiegamy na metę na zegarze: 1:40:36. Ufffff...Zadanie wykonane!

Mój debiut w nowej roli przysporzył sporo emocji, jednocześnie dając masę satysfakcji na mecie,że udało się podołać zadaniu. Kolejna edycja półmaratonu w Rzeszowie przechodzi do historii...

Dionizy Szczudło, Ambasador Festiwalu Biegów  

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce